"Misiowaty" kapitan Pilzna w Chorzowie.
"Misiowaty" kapitan Pilzna w Chorzowie. http://www.fcviktoria.cz/cs/v-ofenzive-jsou-hodne-silni-varuje-trener-vrba

Już za momencik, już za chwileczkę, kolejne polskie ekipy stoczą boje, tfu, to znaczy, rozegrają mecze w europejskich pucharach; wczorajsze męki Śląska nie napawają optymizmem, ale, dbające o zdrowie kibiców stacje telewizyjne, na szczęście nie przeprowadzą transmisji... z najbardziej interesującego ze spotkań. Trochę szkoda, bo w Czechach nie mają wątpliwości, że zapowiada się wyborny mecz, i bynajmniej nikt nie ignoruje Ruchu, wręcz przeciwnie, oddają im należny szacunek. A przy okazji można wyciągnąć wnioski dlaczego Tomaš Josl nie zagrał nawet minuty w lidze, chociaż był jedynym lewym obrońcom w kadrze „Niebieskich”...

REKLAMA
Śledząc wypowiedzi czeskich piłkarzy i trenerów przed dzisiejszym spotkanie na Cichej aż prosi się o kilka cytatów, bo z jednej strony zabawne, z drugiej żałosne wspaniale dopełniają Švejkowatego obrazu Czechów.
Humorysta i legenda klubu z Pilzna, Pavel Horváth, miał usłyszeć na Ruchu, że jest trochę „misiowaty”, ale zupełnie mu to nie przeszkadza, właściwie można zaryzykować tezę, że wziął się za siebie, i jest postęp, bo jeszcze rok temu w Kopenhadze, gdy Viktoria wyrzucała z Ligi Mistrzów faworyzowany miejscowy FC dziennikarze kpili z niego, że w diecie ma tylko hamburgery. Skwitował to sympatycznym: „No, jestem misiowaty. Nawet gdybym zrzucił siedem kilo, to i tak dalej byłbym misiowaty. Za to zaskoczę ich szybkością”. Gdy już padło pytanie o „jeden z najsławniejszych polskich klubów” całkiem poważnie odpowiedział, że wcale nie uważa Pilzna za lepszy zespół, chorzowscy wiedzą o co chodzi w piłce i grać potrafię, pytanie, czy są w stanie powielać swoje zagrywki na odpowiedniej szybkości (bo takie warunki postawią goście). W każdym razie cieszy się, że zagra z futbolowym zespołem, przewiduje przez to więcej swobody („Będą próbowali nas przycisnąć, więc z przodu powinno być nieco miejsca”), ale bez jakichś dziwactw, w końcu mowa dopiero o pierwszym spotkaniu.
Wtórował mu trener Pavel Vrba, który osądza Ruch, jako bardzo poważnego rywala, bo „zespół ten skończył ligę na drugim miejscu w Polsce, a to już sukces sam w sobie”. Dl;a nas brzmi, jak science-fiction, ale są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy uważają, że nasza skopana jest cokolwiek warta. Po meczach z tymi kelnerami ze Skopje („oni są na poziomie naszej trzeciej, no, może drugiej ligi”), wnioskuje, że „Niebiescy” „są lepsi w fazie ofensywnej, mają zawodników, którzy w ataku są bardzo silni”. Między innymi dlatego nie zaryzykuje przestawienia Rajtorala do pomocy, a myslał otym, oj, myślał, bo wypada ze składu ten Ormianin. Woli jednak zabezpieczyć tyły, dlatego w pomocy zagra młodziutki Hora. Za najlepszych piłkarzy Ruchu uważa Piecha, Jankowskiego i... Malinowskiego (czyli zrazu daje znać, że fachowiec niezgorszy).
Na konferencji nie pojawił się żaden polski dziennikarz. W końcu nie gra „topżenujący” polski klub...
Również Marek Bakoš, słowacki supersnajper Viktorii, który dzisiaj nie zagra odpoczywając po raz ostatni za czerwoną kartkę z gier zeszłorocznych przeciwko Schalke nie przewiduje spacerku. Obecny jednak będzie. Na trybunach, ale jednak. Trener Vrba tak poważnie podchodzi do rywala, że nakazał Bakošowi z trybun przyglądanie się grze obronnej Ruchu i rozkminianie, jakim sposobikiem przechytrzyć ich w rewanżu. To się nazywa profesjonalizm! „Przyglądać się będę grze obrońców przeciwnika, ich mocnych i słabych stronach, nawykom w grze oraz reagowaniu na konkretne sytuacje boiskowe. Nie jest to to samo, co przebywanie na boisku, ale cały czas lepsze niż oglądanie spotkania w telewizji [zwłaszcza, że żadnego meczu w TV nie będzie – MK]. Z trybuny można przyglądać się zachowaniu przeciwnika poza okiem kamery...”
I na koniec hicior. Wywiad z Tomašem Joslem, które radził się trener Vrba. OK, dziennikarzyna mógł poprzekręcać, co nieco, w końcu nie śledził z całą pewnością polskiej ligi; jeśli jednak cytat jest z zapisu audio, wtedy nie dziwota, że gościu przez rok nie powąchał ligowej murawy, co za błazenada...
Od razu z grubej rury jedzie. Przede wszystkim uważa, ze Ruch jest lepszy w obronie niż w ataku. Pewnie dlatego, by poprawić sobie samopoczucie (te nieszczęsne zero przy ilości występów). No, akurat trudno się z nim zgodzić, ale skoro gość przegrywał rywalizację z Szyndrowskim to musi nieco zabajerować, żeby nie traktowano go jak ostatniego ogórka. Za lidera obrony uważał, uwaga, Grzelaka, który jednak odszedł przed nowymi rozgrywkami do Wrocławia. W szatni chyba również nie bardzo był spostrzegawczy, bo nie dostrzegł żadnych zmian w drużynie; według niego właściwie od trzech lat kadra „Niebieskich nie była wietrzona, poza jakimiś retuszami (według niego przed bieżącymi rozgrywkami doszedł tylko Šultés). To oryginalna teza, w końcu przez te sześć okienek transferowych bilans zysków i strat wynosi: 19-15, nie licząc dzieciaków, a to być może nie koniec... Pilzneńskiemu trenerowi przekazał także, kto jest w Ruchu najlepszy; tu nie miał wątpliwości, trio ocierające się o kadrę narodową, czyli Piech (tu wiadomość, dla dziennikarzy szukających sensacji, Piechem interesują się w Niemczach i Fracji! - czy mu się nie pomylił Arek z Nakoulmą?), a także Zieńczuk i, o matko!, Janoszka. Gdy trzeba było przyłożyć grę Pilzna do tej Fornalikowej, zarzekał się, że Ruchowi gra kombinacyjna rywala ewidentnie nie leży; to dla mnie również frykas, bo w polskiej kopanej nie ma anie jednego zespołu, który potrafiłby grać kombinacyjnie;] No, końcówka już nieco lepsza; podobnie jak Darida, Kolař, czy Limberský, dostrzega siłę Ruchu w ich kibicach, zwariowanych i niezwykłych (obecni gracze Pilzna cieszą się nawet, że na stadionie będzie maksymalnie cztery tysiące miejscowych, będzie zatem „luźniej”). Josl tak charakteryzuje fanów: „To klub, który wywalczył 14 tytułów mistrzowskich, ma mnóstwo kibiców. I na spotkaniach wyjazdowych nasz sektor bywał zapełniony. Na przykład w Gdańsku, gdzie jest ogromny stadion, pojechało za nami trzy tysiące fanów. Ludzie są tam po prostu fantastyczni. To coś niezwykłego mieć za sobą takich kibiców. Są szaleni, mają swoje przyśpiewki [bajeczne, podoba mi się ten fragment najbardziej – MK]. Ligą w Polsce bardzo się interesują ludzie. Ale nie tylko w mediach, również w policji. Na każdym stadionie jest z 50 kamer. O bezpieczeństwo kibice Viktorii nie muszą się bać”.
Uff, dobrze, ze wywiad nie trwał dłużej, bo gościu miałby okazję jeszcze, co nieco palnąć. A tak na koniec skonstatował, że szanse są 50:50. Czyli po tych głupotach, które wygadywał o swoim byłym pracodawcy, Pilzno jest jednak nieco mocniejsze.
Według mnie dzisiaj Ruch może i jakimś psim swędem wygra; powiedzmy, że wolą walki wyciągnie 2:1 (ale równie dobrze może przywitać gości „szwedzkim stołem” i Horváth & Co. Wezmą, co swoje). W dwumeczu to byłby jednak ogromny sukces, awans Ruchu...