Gdy gruchnęła dzisiaj wiadomość o śmierci Włodzimierza Smolarka uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nic o nim nie wiem. Mogę naturalnie użyć pewnych szablonów i napisać coś o przygodach pucharowych Widzewa, medalu Mistrzostw Świata, golu z Portugalią, jego słynnym przetrzymywaniu piłki w narożniku boiska, czy osławionej waleczności, ale przecież najlepiej pamiętam jego sensacyjny powrót do kadry w 1992 roku! Całkiem wiekowy już, jak na piłkarza, 35-letni Smolarek został powołany na mecz z Holandią przez Andrzeja Strejlaua i zaprezentował się naprawdę dobrze. Chyba wtedy zacząłem zastanawiać się, tak na poważnie, nad dziwnymi losami piłkarzy, o których gdzieś kiedyś słyszałem, a którzy zostali wyparci ze świadomości. Cała generacja futbolistów z lat '80 zaledwie przekroczyła granice Polski, by na obczyźnie dorabiać resztkami sił trzydziestolatków, a z miejsca stawali się passé. Bardzo wielu z nich przepadło całkowicie, jak Andrzej Buncol, czy Andrzej Pałasz; inni powracali, jako okazjonalna ciekawostka, np. Roman Wójcicki po wygraniu DFB-Pokal, czy właśnie Smolarek.

REKLAMA
I rzeczywiście, co właściwie wiemy o jego karierze w Niemczech, w Holandii?
Do Eintrachtu Frankfurt trafił w 1986 roku; na miejscu nie mógł czuć się sam, bo do klubu z Hesji trafił razem z Jarosławem Biernatem oraz Januszem Turowskim. Obaj zwiali ze Szczecina i zakotwiczyli nad Menem, musieli tylko odczekać okres dyskwalifikacji. Smolarek pełen entuzjazmu brylował w pierwszym sezonie. Już w debiucie wbił dwa gole Fortunie Düsseldorf i trafił do jedenastki kolejki; bramek nie strzelał zbyt wiele ale pokazywał klasę na boisku, dla Niemców, absolutnie unikatową. Był obok legendy klubu, Karla-Heinza Körbela, najlepszym piłkarzem z pola (nota w Kickerze 3,03), nad jego grą rozpływali się w zachwycie niemieccy dziennikarze wymieniając go jako jedynego, obok sprowadzanych do Bundesligi graczy Dynama Kijów oraz Turka Tüfekciego (grającego na początku lat '80), technicznego piłkarza sprowadzonego ze Wschodu.
Ale Smolarek w siłowej lidze niemieckiej nie czuł się najlepiej; źle znosił ciężkie, pięciogodzinne treningi, po których, jak skarżył się w prasie „masz zwyczajnie dość piłki”. Nie był jednak mazgajem, takie opinie były całkiem powszechne u technicznie usposobionych zawodników, technicznie i szybkościowo. Internacjonał Uwe Rahn wtórował Smolarkowi twierdząc, że „Z konia pociągowego nie da się żadnym sposobem zrobić konia wyścigowego!”.
Ponadto jego Eintracht pałętał się straszliwie w lidze w miejscach już to niebezpiecznych, już to obojętnych, nie dając gwarancji sukcesów. Drugi sezon był nieco lepszy dla drużyny (miejsce dziewiąte, chociaż jeszcze po piętnastu kolejkach zaledwie dwa punkty nad strefą spadkową), dla samego Smolarka nie był już tak efektowny w wykonaniu, niemniej zdecydowanie bardziej obfity w bramki – zdobył ich aż dziewięć ustępując w wewnętrznej klasyfikacji jedynie Węgrowi Lajosowi Détáriemu. Odszedł po zaledwie dwóch latach, z żalem jakby. Zanim jednak przywdziewać zaczął koszulki klubów holenderskich osiągnął zupełnie niespodziewany sukces z drużyną spod góry Taunus.
W sezonie 1987/88 Włodzimierz Smolarek współtworzył ostatni wielki triumf Frankfurtczyków – sięgnięcie po DFB-Pokal! W tych rozgrywkach tradycyjnie wiedzie im się nieźle; rok wcześniej odpadają dopiero w ćwierćfinale (Smolarek zagrał w trzech meczach i zdobył jedną bramkę), tym razem udało się wznieś nad głowę Puchar Niemiec. Polski skrzydłowy miał niemały udział w tym osiągnięciu, grając we wszystkich sześciu potyczkach i zaliczając dwa trafienia (w drugiej rundzie z SSV Ulm 1846, ówcześnie drużyną z zaplecza Bundesligi oraz pieczętując ćwierćfinałowe zwycięstwo nad Beyrem Uerdingen, wydawało się na owe czasy, nową siłą niemieckiej piłki). Jednak bohaterami spisanymi wierszami wieczności zostali inni. Pozwolę sobie i o nich słówkiem wspomnieć, wszak stanowili jedność (jako drużyna).
Półfinałowa batalia z absolutnym suwerenem w Niemczech, Werderem Bremen, łapczywie spoglądającym w kwietniu 1988 roku wciąż na trzy trofea. Zielono-biali, występujący w roli gospodarzy, osiągnęli zdecydowaną przewagę, a jednak polegli. Polegli za sprawą niespotykanej konsekwencji Eintrachtu, bramce uzyskanej tuż przed przerwą (autorstwa Franka Schulza po niezwykłym, 45-metrowym crossie Schlindweina), a przede wszystkim facetowi o tysiącu rąk, jak określiła go po spotkaniu niemiecka prasa, czyli Uli Steinie. Bramkarz sprowadzony z Hamburgeru SV dostał szansę gry dopiero w listopadzie poprzedniego roku, wracając do żywych po straszliwej aferze z meczu o Superpuchar Niemiec, w którym, jeszcze jako gracz HSV, uderzył w twarz napastnika Bayernu, Jürgena Wegmanna, tuż po tym, gdy właśnie ten zawodnik zdobył bramkę dającą Bawarczykom prowadzeni 2:1. Nie miało znaczenia, że Stein był reprezentantem Niemiec, został przez klub zawieszony, a przez opinię publiczną znienawidzony (od 1:06 sek.).
Odbudował się właśnie we Frankfurcie, a półfinał z Werderem był jego popisową partią – bronił w niezwykłych sytuacjach; po jednej z nich, strzał głową Karla-Heinze Riedla, sędzia spotkania, Dieter Pauly (to ten sam, który wyrzucił Steina z boiska w grze o Superpuchar!), był tak pewien gola, że zaczął już dmuchać w gwizdek, ale Uwe zatrzymał piłkę na linii!
Bajkowa wręcz postawa bramkarza otworzyła przed ekipą Smolarka prawo gry o główną nagrodę. Za rywala mieli niezbyt silną drużyn VfL Bochum, która dopiero w końcówce sezonu otrząsnęła się z niemocy i uratowała ligowy byt. A jednak, finał wcale nie był łatwą przeprawą; skomasowana defensywa „Niedegradowalnych” uprzykrzyła na tyle życie faworyzowanym Hesyjczykom, że z czasem całkiem stracili rezon. Ba! To Bochum przegrupowało szeregi na bardziej ofensywne! Ale właśnie wtedy sprawę załatwił wspomniany już Lajos Détári. Sprowadzony za grube pieniądze (3,6 mln marek!) ofensywny pomocnik początkowo miał problem przyzwyczaić się do nowych okoliczności, nowego otoczenia i sposobu gry. Po latach wspominał, że między innymi pomoc Smolarka umożliwiła mu odblokowanie, i już w rundzie rewanżowej Węgier błyszczał na boiskach Bundesligi. Błysnął i w finale. W 81 minucie najpierw dał się sfaulować Thomassowi Eppowi, a następnie sam przymierzył bezapelacyjnie z 20 metrów. Triumf. Eintracht po raz czwarty, i jak do tej pory ostatni, sięgnął po Puchar Niemiec!
logo
Smolarek i Détári po zwycięskim finale z VfL Bochum (1:0) http://www.express.de/fussball/ex-eintracht-profi-gestorben-ebi-smolarek-trauert-um-vater-wlodzimierz---54-,3186,11780862.html
Pomimo pokusy gry w europejskich pucharach Smolarek, jak i kilku innych technicznych graczy (w tym Détári) postanowił zmienić otoczenie. Niemcy zdecydowanie mu nie odpowiadały, nie ukrywał tego...
Wybrał się śladem byłego kolegi klubowego, Davida Mitchella, do Rotterdamu. Z miejsca w Feyenoordzie robi furorę, odżywa cieszy się ponownie grą, bawi piłką. Strzela bramki w prestiżowych meczach z Ajaxem...
oraz PSV Eindhoven
Pomimo trzynastu goli w półtorej roku pozbyto się go, oddając zimą bez większego żalu do FC Utrecht. Po latach przyznano w klubie, że popełniono wielki błąd. O tym jak wiele mógł dać jeszcze drużynie przekonywał przez kolejnych sześć lat! Trzy pierwsze (pełne) sezony kończy jako najlepszy strzelec zespołu! Jest nie tylko liderem ale i wzorem. Wspominając go ówczesny trener Utrechtu, Ab Fafié, zwraca uwagę, że nie tylko przykładał się do treningów, bardzo często zostając dłużej z nim i bramkarzami (mowa o czasach, gdy specyfikacja „trener bramkarzy” ledwie miała stan embrionalny), ale gdy trzeba było, potrafił wstrząsnąć młodymi zawodnikami, szczególnie, gdy skłaniali się ku różnym pokusom życia doczesnego. Potrafił przemówić im do rozum, kształtował.
logo
Smolarek w żywiole! http://fcutrecht.nl/nieuws/actueel/4509/wlodi-smolarek-overleden
Z całej plejady wyśmienitych gier najgoręcej wspomina się jego bramkę przeciwko słynnemu Realowi Madryt. W 1991 roku obie drużyny mierzyły siły w Pucharze UEFA. Naturalnie „Królewscy” bez większego problemu awansowali dalej, niemniej właśnie Smolarek dał miejscowym chwilę upojenia wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie w 18 minucie. Niemal do końca pierwszej połowy trwał ten miły stan odurzenia... Bramki z pierwszego meczu, w tym gol Smolarka, możecie zobaczyć TUTAJ
http://nos.nl/video/348992-1991-fc-utrechtreal-madrid.html
Warto przy okazji wspomnieć, że Smolarek strzelał gole w dwóch wcześniejszych pucharowych bataliach przeciwko Sturmowi Graz. I te bramki zostały uwiecznione... (od 2:20)
Jego popisy można również śledzić na obszernych fragmentach potyczek z PSV:
1991.02.03
i
1991.12.08

A na koniec jeszcze drobnym drukiem o najlepszym bodaj, sam przecież tak uważał, meczu w kadrze. Naturalnie chodzi o Lipsk, 1981 rok i rewanżowy mecz z Niemiecką Republiką Demokratyczną. W Niemczech Wschodnich panował całkiem spory optymizm przed tym meczem. Powszechnie twierdzono, że o awansie zadecyduje bilans bramkowy w grach przeciwko Malcie, tak wielce pewni byli udanego odwetu za porażkę jedną bramką w Chorzowie. Po meczu na Zentralstadion obie jedenastki czekały jeszcze potyczki z outsiderem właśnie. Grający w pomocy drużyny NRD Matthias Liebers przyznał potem, że jeszcze nigdy nie był tak pobudzony jak w tym spotkaniu. Pełny stadion, 80,000 miejscowych i jeszcze trzy tysiące kibiców z Polski (notabene bilety, a nawet wizy przyznano im baaardzo niechętnie). I popis jednego gościa – Smolarka. Dwa niecelne podania i pif-paf. Po pięciu minutach dwa gole po stronie Polaków! O Smolarku napisano: „biega na setkę w 11 sekund! Tylko zawodowo trenujący sprinterzy potrafią biegać szybciej!”. Legendarny trener Georg Buschner po porażce wyznał: „Było to najgorsze doświadczenie w całej mojej karierze”. Stracił prace po dwóch golach Smolarka! Jedenaście lat na stanowisku, historyczne 1:0 z NRF na Mistrzostwach Świata w 1974, ale porażka z Polską zrobiła swoje – won! Podobno niemieckie telewizory stygnąć zaczęły zaraz o końcowym gwizdku, jak tylko pokazano polskie flagi powiewające triumfalnie, a niemieccy fani wściekli mieli wrzeszczeć do naszych: „Idźcie lepiej do pracy!”...
Aha, i jeszcze jedno, może bez znaczenia, choć ja tak nie sądzę – to właśnie Smolarek przerwał niemoc polskiej drużyny na Mistrzostwach Świata w 1982 roku, to jego gol z Peru wszystko zapoczątkował, chyba wiecie co...