Pan Samo Zło
Pan Samo Zło http://olomoucky.denik.cz/fotbal_region/heinz-s-ordosem-v-zaloze-to-nefunguje-pripustil-ulicny-20120304.html

Mieszanina charakteru, emocji i stresu. Petr Uličný w żywiole nauczyciela wychowania fizycznego, jak mawia za Josefa Csaplara o zawodzie trenera: minimum kompetencji, maksimum odpowiedzialności: „masz tu takich to, a takich piłkarzy i radź sobie. Albo masz szczęście i trafią się dobrze gracze, albo nie, i wtedy masz problem”.

REKLAMA
A jeśli on ma problem, to musi eksplodować, prędzej, czy później, ale musi…
Lekarze powiedzieli mi, że obciążenie trenera piłkarskiego porównywalne jest do obciążenia serca kosmonauty.
Boby Brno, cóż to za nazwa! Kaprys właściciela pod kirem schował legendarną Zbrojovkę, a ogromne ambicje spełniać miał właśnie „John”. Był to bodaj najwspanialszy okres kariery. Na stadion Za Lužánkami chodziły tłumy, dość powiedzieć, że frekwencja nigdy nie zeszła poniżej trzynastu tysięcy, a na praskie drużyny mobilizowano się szczególnie dobijając do, a w jednym przypadku przekraczając, trzydziestu tysięcy. Nic dziwnego, że przed taką widownią Brno przeważnie wygrywało, wysoko, efektownie i z polotem, notując zaledwie jedną porażkę, ze Slavią Praha, paradoksalnie przed największą publiką...
Legendarna, genialna lewa noga, Jan Maroši, wspominając tamte piękne chwile docenia rolę trenera,
Przy takiej frekwencji nikt nie pozwolił sobie na to, by zagrać słabo, a jeśli jednak nam się przytrafił taki mecz, to potem w szatni latały w powietrzu kosze na śmieci, w które kopał trener…
Był wtedy w klubie taki młody chłopak, rudzielec o niebagatelnym talencie, który zahaczy kiedyś o reprezentację. Właśnie urodził mu się syn i Richard Dostálek na treningu był całkiem nieprzytomny. Wystarczyło; lawina wrzasku, Do diabła, przestań ciągle myśleć o tym dziecku! Nie byli już kumplami…
Dziwny wybryk? To co powiecie na to?
Być może Baník Ostrava to nie jest najlepszy moment jego kariery, a jednak rzadko zdarza się zwolnić trenera niemal w połowie rundy, gdy jeszcze nie przegrał żadnego spotkania. U Chacharów doigrał się zachowaniem względem podopiecznych. Nie jestem do końca pewien, czy sytuacje są tożsame, czy były dwie zupełnie różne, pozostawiam więc nieco miejsca na przypuszczenia. Zwolniono go za chamskie, ordynarne zachowanie wobec jednego z piłkarzy. Być może chodzi o gwiazdę górniczego klubu, Radka Slončíka. Ówczesnemu reprezentantowi Czech urodziło się właśnie dziecko, a już wiecie jak traktuje Uličný usprawiedliwianie się narodzinami potomka. Zmieszał z błotem jegomościa oraz od tchórzy i mięczaków wyzwał, bo ten nie chciał pojechać na mecz ligowy wybierając wyczekiwanie przy żonie na narodziny pierworodnego; „John” sam ma dwóch synów i wie jak należy się zachować - za każdym razem, gdy któryś z nich przychodził na świat, on rozgrywał mecz mistrzowski. Slončík, który i tak nie przepadał za „Johnem”, pobiegł ze skargą do dziennikarzy, zanim trener zdążył go przeprosić; zrobił się porządny smród…
W Pradze pracował bardzo krótko, nie, nie była to Sparta, nie była to Slavia, nie była to nawet Bohemka, ale mały, dzielnicowy klub Viktoría Žižkov, który przed wojną nawiązywał rywalizację z obiema praskimi „S”, a w czasach „Komanczów” potraktowany został, jak, bez przymierzania, Cracovia… Tak, czy siak tych kilkanaście meczy wystarczyło, by i tam nabroić. W meczu z zespołem FC Chmel Blšany, czując pismo nosem, po kolejnym błędzie swojego zawodnika z wściekłością kopnął w ogrodzenie; to wystarczyło, by arbiter uznał zachowanie „Johna” za nieetyczne i odesłał go na trybuny. W zdarzeniu tym wystąpił dwa paradoksy: po pierwsze trener zaklinał się na poprzedniej „dyscyplinarce”, że już się tam nie pojawi, a tu bęc, i już go wołają na kolejną wizytę. Miał zresztą o to pretensje do prowadzącego mecz arbitra, bo nie było to, zwłaszcza jak na niego, adekwatne zachowanie względem wymierzonej kary,
Sędzia Krula mnie tym uraził, była to zbyteczna inicjatywa z jego strony, porządni ludzie tak nie postępują.
narzekał po mecz, ale nie był to jedyny powód do jeremiad. Rozczarowujące wyniki spowodowały, że podziękowano mu za pracę, zaledwie po ośmiu kolejkach… (mając całkiem niezłą pakę był przedostatni!).
Trzej tenorzy: Hřebík, Adamec i Uličný. Folklor czeskiej ligi początku lat '90
Po niezłym trenerskim dołku pomocną dłoń podano mu w Hradcu Králové. Nie byłby jednak sobą, gdyby i tam nie pozostawił śladu swej neurastenii. Niesłychane, ale Pan Trener chciał pobić kibica! W trakcie jednego ze spotkań, jakiś fan jego nowego klubu przypomniał sobie związki „Johna” z Ołomuńcem i było mu to cholernie nie w smak. Zaczął go obrażać. Ale obrażał go w ten najohydniejszy sposób, który wyłamuje wszelkie bariery, a że akurat trafiło na niego, nerwusa, który uprawiał kiedyś dziesięciobój i wciąż czuje się mocny, więc rozpoczęła się ciekawa wymiana zdań,
- Zamknij się, bo tam podejdę i rozgniotę cię na miazgę!
- Ty ch…!
- Jeszcze słowo i zaraz tam będę!
A ten gość dalej go obraża. Uličný przeskakuje niezgrabnie ogrodzenie i biegnie ze czterdzieści metrów po trybunie na górę; biegnie, biegnie i biegnie, wreszcie dobiega ledwie zipiąc i trzymając się pod bokami, czuje, że zaraz zejdzie ze zmęczenia; to jednak sprawa honorowa, więc podnosi głowę, by spojrzeć wściekłym wzrokiem na gagatka i… ups, ten face okazuje się straszliwym klocem, gorylem, olbrzymem, gigantem; z miejsca odechciewa mu się konfrontacji, oj, jaka zmiana tonu:)
Dobra, dobra stary, bez emocji, wszystko jest OK:)
Innym razem pertraktował z arbitrem głównym używając popularnego słowa na literę „K” (K..o, Holube!). Znowu ląduje na dywaniku komisji do spraw niegrzecznych trenerów proponującej mu zacną kilkudziesięciotysięczną karę. „John” starał się znaleźć okoliczności łagodzące, udał się nawet do językoznawcy, ten jednak nie udzielił mu rozgrzeszenia tłumacząc: widzi Pan, jeśli to słowo na literę „K” zakończy Pan literką „a”, to nie jest to nic obraźliwego, wyraża Pan w ten sposób jedynie emocje, jeśli jednak zakończy Pan to słowo literą „o”, uuuu, Panie Uličný, to już wtedy zwraca się Pan tym słowem do konkretnej osoby, a znaczenie jego jest absolutnie urażające!
Na miejscu dowiedział się, że literka „o” warta jest 50,000 koron...
Jako trener Sigmy doigrał się w niecodzienny sposób najwyższej kary. Pamiętacie historię z Hradca Králové. Znowu to zrobił;) Cztery lata nie stał przed obliczem sędziów moralności futbolowej, ale złamała go kosmiczna głupota pewnego widza. Jakiś frajer na trybunie gospodarzy całą pierwszą połowę spotkania ze Zlínem najbardziej wymyślnymi wulgaryzmami obrażał zawodnika swojej własnej drużyny (sic!), Davida Rojkę (do tego stopnia, że młodziutki, 22-letni napastnik tak był roztrzęsiony tym stekiem obelg pod własnym adresem, że Uličný zmuszony był w przerwie zostawić go w szatni! Wyp... z boiska tego nieudacznika!, to najłagodniejszy z epitetów). Tym razem trener nie pobiegł w kierunku gościa, tylko naubliżał mu z bezpiecznej odległości, zza płotu, a z całego monologu „Johna” do opublikowania nadaje się tylko jedno zdanie: Skoro nie bawi cię ten mecz, to idź sobie do domu. Domyślacie, się, że nie za te słowa oberwał 35,000 koron kary… (no dobra, uległem pokusie, miał powiedzieć coś w stylu: Zamknij wreszcie gębę, albo ci do niej nasram! Uzupełniając wypowiedź równie elokwentnym Ty k...sie, na mecz się patrz!).
Morawianin nie miał zamiaru przepraszać za swoją reakcję,
Było to w amoku, powtarzam, w amoku. Dziesięciosekundowy wybuch, taki już jestem. Ten pan zasłużył sobie na to. Rojka był z tego zdarzenia całkowicie zdołowany, musiałem go zdjąć z boiska. Proszę zrozumieć, ja będę bronił swoich piłkarzy!
Opinia publiczna była podzielona, za to piłkarze Sigmy nie mieli wątpliwości, trener stał za nimi do końca, owszem zbluzgał cię jak psa, ale sam byłeś temu winien, zagrałeś kiepsko i już; przecież jednak traktował cię, jak syna, a gdy ktoś zaczepi, stanie w twojej obronie – postanowili zrobić zrzutkę na nałożoną na trenera karę, widząc postawę zawodników Petr popłakał się ze wzruszenia, a działacze (Jaromír Gajda i Jiří Kubíček) wyłożyli całą sumkę z kasy klubu!
Wściekły był nie tylko na werdykt Wydziały Dyscypliny, który moralizował smucąc coś o etyce zawodowej, ale również na dziennikarzy, bo to jeden z pismaków opisał zdarzenie i na tej podstawie słono przyszło mu zapłacić. Jesteście moimi wrogami! Powiedział wychodząc z „dyscyplinarki”.
Furia potrafiła tak nad nim zapanować, że zdarzało mu się wbiegać na murawę. Najbardziej spektakularna historia zakończyła się próbą wymierzenia sprawiedliwości: sędzia strasznie „dusił” jego zespół, nie pozwalał grać, rozwinąć skrzydeł; trwało to jakiś czas, aż wreszcie nie wytrzymał, wziął rezerwową piłkę, wbiegł z nią niemal na środek boiska i wykonał half volley w kierunku arbitra; nie przyłożył się zbytnio i spudłował z kilku metrów! Konsternacja; wreszcie salwa śmiechu, wyją trybuny i… jego piłkarze. Jeszcze na murawie kpią z niego i z tego kiksa: Trenerze, przecież półwolej to Pana specjalność! Sędziemu do śmiechu było jakby mniej…
Drugi pobyt w Brnie również okraszony sukcesem. Miejsce było wprawdzie niższe, za to punktów więcej. Rekord w karierze, coraz większe aspiracje właściciela klubu, rosnący stres...
Wybuchowy charakter musiał spuścić powietrze z organizmu; zdarzyło się w Žižkové (1:1), gdzie jeden z kibiców postanowił rozpocząć z nim dialog od słów „Ty ku...sie!”, doświadczony w te klocki Uličný pokonał kibica techniką, doświadczeniem i zwinnością języka,
Miało to miejsce pod koniec pierwszej połowy. Ten pan w czapce był wobec mnie bardzo chamski, a tego ja nie lubię. Jeśli ktoś jest wobec mnie chamski, to ja wtedy jestem bardzo zły.
Następny sezon to jednak mały dramat; dramat zapoczątkowany już w okresie przygotowań, gdy kilku kluczowych zawodników wypada z przyczyn zdrowotnych; potem w lidze jedni wracają z lazaretu, ale ich miejsce zajmują inni, desperackie próby utrzymania dyscypliny (kary finansowe) i wzmocnienia wytrzymałości zespołu. Nie udaje się. Po fajnym początku (druga seria gier, zwycięstwo 4:1 nad silnym Slovanem Liberec, Petr Uličný jedyny raz w swej karierze jest liderem 1.Ligi) przychodzi pasmo kiepskich lub fatalnych meczów. Czary goryczy przelewa domowy remis z SK České Budějovice i stracone zwycięstwo w 93 minucie.
Tego było zbyt wiele dla duszy „Johna”, w którym buzował gejzer emocji,
Tragicznie, żałośnie, gównianie!
rzucił na korytarzu klubowym, co stanowił uwerturę do dalszych rozważań. Wściekłość ukazał w pełni dopiero w szatni, z pianą na ustach i rozwianym włosem, fechtując wulgaryzmami, mieszając z błotem każdego,
Padały tam określenia męskich i żeńskich narządów płciowych i inne obraźliwe słowa, podzielił się z mediami jeden z graczy.
Ale to nie koniec! Rzucaniem plugastwa nie wyładował emocji do cna, epilog nastąpił na konferencji prasowej,
Bardzo, bardzo brzydko ich obrażałem. Wstydzę się tych zawodników, z ich strony był to koszmarny i tchórzliwy występ. Wszyscy mi pozdychali. Ten zespół jest bardzo słaby, nie stać go na więcej. Przepraszam widzów za drugą połowę, to było tragiczne. Zupełnie pozdychaliśmy, całkiem przestaliśmy grać. Ludzie mieli prawo na nas gwizdać. To kwestia kondycji zawodników, w podobny sposób pozdychali mi już na Žižkovĕ. Poza grą Trousila, Živného, Marečka i Polácha pierwsza połowa była straszna. Tego Střeštíka to chciałem zmienić już w 30 minucie. Jestem cholernie wściekły. Drużyna, która tu dla mnie gra, nie jest dobra. Było to żałosne, straszne. Ale będziemy walczyć dalej, to znaczy ja będę walczył. K...a, do dymisji się nie podam.
Stracić punkty w takich okolicznościach to najgorsze, co może spotkać szkoleniowca,
kiedy przegrywasz mecz w 94 minucie, powinieneś zostać prewencyjnie przewieziony na oddział kardiologiczny.
Właściciel klubu, Roman Pros nie zamierzał z wyrozumiałością potraktować słów wypowiedzianych na konferencji prasowej; przedstawienie trenera nazwał publicznym harakiri, i zwolnił go niemal w trybie natychmiastowym. Sam zainteresowany po całym zdarzeniu ochłonął, uspokoił się; serce znów pracowało właściwym rytmem. Nie wypierał się swej winy, karę przyjął na klatę, jak facet, a z klubem rozstał się w zgodzie. Tak podsumował ostatnie wydarzenia w Brnie i pożegnanie z zespołem:
Wszedłem do szatni i wydałem im ostatnie polecenie, żeby wstali i objęli mnie. Życzyłem im najlepszego, szczerze, chociaż niektórzy niekoniecznie muszą mnie lubić.
Kroplą, która przelała czarę goryczy było moje przedstawienie na konferencji prasowej po niedzielnym meczu. Było to całkowicie niewłaściwe, ale był to wybuch gniewu, który musiałem wydusić z siebie. Przesadziłem, bez wątpienia; zdałem sobie z tego sprawę, zaraz po wypowiedzeniu tych nieprzyzwoitych słów. Dwa dni z tego powodu nie spałem. Wprawdzie z wiekiem eksploduję coraz rzadziej, ale złości i rozczarowania było we mnie tak wiele, łącznie z tym golem w dziewięćdziesiątej minucie, że musiało to ze mnie wylecieć.
Postawiliśmy przed sobą wysokie cele, ale tych zawodników zwyczajnie brakują drużynie [chodzi o kontuzjowanych – MK], i nie dało się spełnić oczekiwań. Wprawdzie odchodzę z miejsca szóstego, ale prezentowaliśmy się z każdym meczem gorzej. Na ten moment jestem przekonany, że nie da się tego poprawić tak długo, jak nie wrócą Dvorník, Došek, ktoś w miejsce Besty, a także Kalivoda i Večeřa.
Tak naprawdę w Brnie zaczęło robić się nieprzyjemnie już wcześniej, a wspomniany Besta, tak ten sam, który próbował swych sił w Górniku Zabrze, był „bohaterem” całkiem głośnego zdarzenia. Podczas treningowej gierki ostro wjechał w nogi młodziutkiego i obiecującego Marka Střeštíka. Poleciały męskie słowa, obaj rzucili się sobie do gardeł. „John” wiedział, że jeśli kogoś uspokoić w pierwszej kolejności, to „Bestię”. Złapał gościa za rękę, ale Besta wyrwał się gwałtownym szarpnięciem; ok., inaczej wezmę się za ciebie, i trenerską ręką capnął piłkarza za szyję. Oblał soczystymi wyzwiskami i wyrzucił z treningu; wschodzącą gwiazdeczkę zresztą też. Střeštík ochłonął w szatni, Aleš Besta bynajmniej. Miał akurat fatalną passę, stał się wyjątkowo problemowy, łapał finansowe kary, i, co najgorsze, nic a nic nie zamierzał się zmieniać (potrafił np. w szatni przed meczem podważyć decyzje personalne trenera, gdy ten zastąpił dobrze spisującego się w bramce Tomáša Bureša rezerwowym Martinem Lejsalem; niewyparzona gęba w tym przypadku kosztowała go pięć tysięcy). Zwinął manatki i pojechał do domu; gdy jeszcze mógł uratować skórę, całkiem na to się wypiął (wystarczyło przeprosić kolegów z zespołu i trenera, wolał jednak unieść się dumą). To był koniec Besty w klubie.
Nie pozwolę robić mi bajzlu na treningu. Jesteśmy facetami, czy nie? Co mogę, załatwiam rękoma. To Besta nie potrafił zmierzyć się z tą sytuacją.
Złapanie za szyję – ostro, naprawdę ostro. Bo rzucanie winogronami w głowę podopiecznego brzmi raczej zabawnie, niż groźnie, a i to mu się zdarzało w karierze…
Po czasie „John” przyznał, że reakcja i sposób, w jaki załatwił sprawę nie były najwłaściwsze. Dał ponieść się emocjom, ponownie!, i przegiął setnie. Szczególnie, że Besta to dokładnie typek, jakich on lubi. Za późno.
Naturalnie, konieczne jest tworzenie symbiozy w szatni. Ja jestem dość konkretny. Stary, twardy typ. Do nieprzyjemnej sytuacji doszło z Alešem Bestou. Gdy oceniam to z perspektywy dnia dzisiejszego, muszę przyznać, że gdybym wtedy nie zareagował, odwrócił się do całego zdarzenia plecami, kto wie, może wciąż trenowałbym Brno, a klub stałby lepiej w lidze, bo na przykład Aleš wbiłby ze trzy gole. Nie wiem…
Trudno, stało się; czasem rozpamiętuje i wciąż nie ma przekonania, jak należało się zachować w tym nieszczęsnym zdarzeniu…
Jestem wybuchowym gościem, który podobne negatywne sytuacje rozwiązuje od ręki. Widzę to, jak dziś, biegnę do Besty i Střeštíka, a Trousil i Švejnoha, ci mili, dobrzy chłopcy, wołają za mną: „Spokojnie, Panie trenerze, nic się nie stało”. A ja na to: Ja wam dam „nic się nie stało”!
Chociaż miał wrażenie, że szatnia trzyma jego stronę, de facto jednak odwróciła się od niego. To był chyba ten moment, gdy w Brnie był skończony. Za plecami zawodnicy ostro po nim jechali; zdarzyło mu się to drugi raz, wcześniej w Zlínie; w obu przypadkach jego charakter najbardziej przeszkadzał starszyźnie, wiadomo, bez względu na ligowy staż dostawałeś wychowawczego klapsa dokładnie takiego samego, jak junior…
Po tej aferze zdarzały się anonimowe głosy zza jego pleców wypowiadane przez byłych podopiecznych z Brna. Nie były to miłe słowa,
Na zewnątrz powtarza, jak to wszystkich kocha, jak wszyscy są wspaniałymi ludźmi, ale w szatni potrafi być dokładnym przeciwieństwem. Gdy chodzi o jego głowę jest podrażniony, wściekły, krzyczy i obraża, nie jest to nic przyjemnego. Alibista. Ale przed szefostwem udaje dobrego.
Ktoś inny dodawał,
Ciągle nam powtarzał: grajcie dla mnie, kocham was! Tylko, że on nas kochał do momentu, gdy wygrywaliśmy. Potem byliśmy dla niego, jak zdrajcy! Ale grunt to dobrze wypaść przed dziennikarzami i ludźmi. Ciągle grał dobrego wujka, a przecież cały się trząsł, żeby go nie wywalili.
I jeszcze jedno echo ze Srbskéj,
To cały on. Jak tylko coś nie idzie, to kopie wszystkich naokoło. Nie potrafi przyznać się do błędu.
Ale prawdę jest też, że gdy za rok zagra sparing przedsezonowy ze Zbrojovką właśnie, to na urodziny piłkarze już wtedy rywala przecież, podarują mu butelczynę Ballantine.
(dla pełniejszego obrazu warto odnotować, że odejście Uličneho, jeśli coś zmieniło, to na gorsze; klub z Brna przepadał z każdym dalszym tygodniem w otchłań bylejakości notując dwukrotnie więcej porażek niż zwycięstw, a miejsce szóste, które zajmował w momencie zwolnienia Petra, zamienił na miejsce jedenaste…)
To jego klasyczne zagranie, to finalne przemówienie i wyściskiwanie na odchodne. Bon mot. Podobnie zachował się w Sigmie, wystarczy porównać:
Wszystkich was cenię, jesteście bombowymi facetami, kocham was jak synów. Są chwile piękne i są te nieprzyjemne. A teraz przychodzi nam się pożegnać. Wraz z pożegnaniem rozpoczyna się nowy etap, a wy w tym nowym czasie nie możecie smrodzić trenerowi. Zdarza się, że obrażacie mojego kolegę, konfrontujecie nowego trenera ze starym, a ten stary przeważnie wychodzi wtedy na debila. Nie róbcie tak! Jesteście inteligentnymi piłkarzami, dlatego myślcie tylko o tym, co Uličný dał wam dobrego, a to, co było złe, odrzućcie. Tak, byśmy mogli kiedyś spotkać się znowu i znowu objąć.
Tak samo, jak typowy dla niego jest arbitralny krzyk. Latka lecą, ale porządku pilnuje solidną łaciną w odpowiedniej tonacji; któryś się zdziwi, któryś skrzywi, tłumaczy im zatem,
Do diabła, od piętnastu lat wiecie jaki jestem, wiecie, że raz na jakiś czas muszę na was nawrzeszczeć! Dzięki temu zawodnicy boją się go. Mówię im: przyjmijcie to jak faceci, jeśli jesteście zbyt zniewieściali, to przepraszam i pytam się [rozkłada ręce i wrzeszczy] masz z tym jakiś problem, czy jak?! I jest spokój. Niektórzy narzekali, że nawrzeszczałem na nich, a to potem uniemożliwiało im normalnie grać. Ale to jest szukanie alibi. Bzdura!
HFK Olomouc. Trzecia liga. Zawodowa degradacja. Nie sądźcie wszelako, że stres jest mniejszy, a zachowanie bardziej obojętne. Wystarczy mała iskierka i „John” znowu eksploduje. Tak, jak w spotkaniu z silnym Zábřehem. Sędzia wyrzuca mu zawodnika, więc on wyrzuca sędziemu, co o nim sądzi. Chyba tylko szacunek arbitra do jego osoby uchronił go od kolejnej kary, zdawał sobie sprawę, że stąpa po bardzo cienkim lodzie, ale
Jest presja na mnie, na piłkarzach. Musiałem pokazać tę swą agresywną charyzmę. Wyrzucono mi zawodnika, więc co nieco się wkurzyłem. Musiałem podnieść głos, potrzebowaliśmy zwycięstwa, a ja chciałem temu dopomóc. W ten sposób przenoszę na chłopaków waleczność, i udało się…
Wygrali 2:0.
W całej swojej karierze zapłacił około 120-140,000 koron kar dyscyplinarnych. Gdy intensywnie zjeżdżał na kolejne obrady Wydziału Dyscypliny dziennikarze żartowali, że właściwie to powinien mieć tam już swój własny kubek na kawę lub herbatę.
Nie raz i nie dwa zdarzało mu się zdruzgotać słownie przełożonych, ot, choćby w Ołomuńcu (Panowie! Powtarzam jeszcze raz! Uličný kończy robotę! Nie ma już tej drużynie co dać! Trzy lata to maksimum! – to najłagodniejsze słowa wykrzyczane w twarz Jirki Kubička, szefa Sigmy); dawał sobie takie prawo wypracowanym nazwiskiem, jak i ponoszoną odpowiedzialnością, dziwnie tylko nie znajdywał zrozumienia tych wybuchowych monologów, a w gabinetach z miejsca zaczęły się nerwowe rozważania, jak pozbyć się tego przyjemniaczka. „John” konsekwentnie stosował tę zagrywkę. Śledząc jego karierą podobne słowa padały i w Hradcu Králové (Ich obowiązkiem jest, żeby mnie tu już nie było! Krzyczał, mając na myśli właściciela klubu Jana Vodę i jego brata Vladimira, prezesa klubu oraz dyrektora sportowego Petra Jezdinského. Na ich miejscu zwolniłby trenera z takimi wynikami!), i wspomnianym Ołomuńcu, i w Brnie. Przychodziło mu to bardzo łatwo,
Mogę zbesztać każdego, od prezydenta po bezdomnego.
Czasem tego żałuje, czasem nie, czasem przeprosi, czasem ma to w nosie… Koniecznie muszę jednak dodać, że tak samo, jak każdego potrafi obrazić, tak również jest otwarty i z każdym porozmawiać może; nie ma w nim tej pyszałkowatości, co poniektórych, którzy dobierają sobie rozmówców. Pogada z każdym, prezydentem i bezdomnym.
Piłkarzom dowali, działaczom dowali, ale unika konfliktów z innymi trenerami, ceniąc, szanując i zwyczajnie przyjaźniąc się z każdym; jednak i na tym poletku zdarzały mu się faux pas. Wystarczyło, że Zdeňek Ščasný zwrócił dziennikarzom uwagę na wulgarne zachowanie „Johna” podczas wzajemnego meczu, a chryja była gotowa. Jeden jedyny raz pokłócił się z kolegą po fachu. Szybko jednak sprawę wyjaśnili, a on sam posypał głowę popiołem.
Aha, nie, sorry. Było jeszcze jedno starcie, z niejakim Karelem Trnečką. Głupi sparing Prostějova z jego Baníkiem. Nie wiem, dokładnie, czym podpadł Trnečka, ale nie miała znaczenia jego sędziwa pięćdziesiątka w dowodzie osobistym, „John” złapał go za kark, jak gówniarza.
Bez obaw. I tym razem wszystko wyjaśniło się przymilnie, a Karel za jakiś czas będzie asystentem Uličneho i w Brnie i w Holickým FK Olomouc.
Mogliście się już dowiedzieć, że specjalnie nie przepadał za mediami. Nie lubi wścibskich, wyczekujących sensacji dziennikarzy. Traktuje ich tak, jak traktuje, stając się zarazem predatorem, jak i ofiarą. Z Brnem pojechał zakończyć tak udany dla niego sezon; w Zlínie popisali się zawodnicy, ale kibice już nie bardzo robiąc sporo zamieszania na trybunach. Uličný specjalnie tym się nie przejął, a że piłkarze poprosili, by trener wspólnie z nimi podziękował fanom za całosezonowe wsparcie, bez obiekcji zgodził się wykonać ten symboliczny gest. Ha! Reporter czeskiej telewizji tylko czekał na ten moment. Dobry montaż i na koniec wypowiedź trenera, będzie musiał się grubo tłumaczyć! Tylko, że „John” zamiast się tłumaczyć wolał zbluzgać pana z mikrofonem. Wyszło całkiem zabawnie (od 1:42):

- Tam właściwie nic się nie działo, nie. Klasyczne... K...a, co za pytania mi zadajesz! Pierdzę ci na takie głupie pytania, dupku... Co on mi za pierdoły mówi...?
Wiadomo, wstyd. Ale żałuje bardziej samej formy, niż treści,
To był mój wielki błąd, bardzo za niego przepraszam. Nie byłem na to gotowy. Przez cały sezon moje wypowiedzi były świetne, wszyscy chwalili moje swobodne opinie. A w tym Zlínie…, piłkarze, a dokładniej Tomáš Polách, poprosili mnie bym podszedł i podziękował kibicom; normalnie tego nie robię. Poszedłem więc i podziękowałem za cały sezon. A on [dziennikarz – MK] pytam mnie, za co im dziękuję, przecież w czasie meczu latały tutaj race i domagał się, żebym ich osądził. Ale ja tego nie zrobię, ponieważ ci kibice mnie lubią, a jeśli byli tam jacyś awanturnicy, to mieli nimi się zająć organizatorzy meczu i policja. No i wtedy zrobiłem, co zrobiłem, to był błąd. Ale jednak przez cały sezon miałem świetne wypowiedzi.
Innym razem wypowiedział się tak o całym zamieszaniu,
Ja muszę lubić kibiców, bo potrzebuję ich w swej pracy. Najczęściej okazują mi swoją sympatię, dlatego tym razem to ja im się zrewanżowałem idąc im podziękować. Były to bardzo miłe odczucia. Szukać w tym czegoś negatywnego bardzo mi się nie podoba. Kibice są bardzo ważni dla piłki. Jeśli dobrze kibicują, są dwunastym zawodnikiem, co świetnie pamiętam sprzed jedenastu lat w Brnie, gdy na mecze chodziło po trzydzieści tysięcy. Czasem robią różne głupie rzeczy, ale tym razem nie było to aż tak straszne.
Media miały z niego uciechę, było o czym pisać, ale gdy tylko podwinęła mu się noga potrafiły być bezwzględne. Nienawidzi tego! Dwulicowe szuje! Gdy tracił robotę, akurat w tym samym momencie, co jego kompan, Petr Rada, te same media, które z taką lubością robiły z nim pieprzne wywiady, pisały z rozkoszą o końcu ery hultajów w czeskiej piłce.
Zawsze podejrzliwy wobec nich. Kiedyś jednemu z dziennikarzy powiedział, że jeśli będzie zadawać głupie pytania, a za takie uznał dociekliwość o jego zarobkach, to dostanie po pysku...
Cały Petr Uličný – Out of control:)