Ufff...
Ufff... http://www.ahaonline.cz/clanek/sport/29651/ulicny-hruza-bida-sr-ky.html

Rzadko zdarzało się, by zwalniano Uličneho z powodu słabych wyników sportowych; właściwie to dorobił się nawet własnej teorii, że po około trzech latach należy samemu odejść, bo człek jest już wypalony, motywacji brak, zmęczenie materiału przekracza limity normy, brakuje wzajemnej chemii, nie tylko z piłkarzami, ale i z osobami odpowiedzialnymi za organizację klubu. Wyrzucano go za drzwi wielokrotnie, ale upokorzeń szkoleniowych doznał zaledwie dwukrotnie. Praca w Viktorii Žižkov, a zwłaszcza nieudana próba ratowania ligowego bytu dla FK Opava to najpoważniejsze brudne plamy na jego trenerskim dyplomie.

REKLAMA
Byłe królem, nigdy bym nie przypuszczał, że mogę spaść z ligi. Kiedy przytrafiło mi się to z Opawą było to dla mnie, jak mała śmierć. Walczyłem jak lew, ale futbolowy bóg chciał tego spadku i już! Nikomu nie życzę degradacji, szczególnie, że ja naprawdę lubię wszystkich kolegów po fachu.
Przejmując śląski klub miał całkiem niezłą wyjściową pozycję, chodziło głównie o stabilizację i o to, by czegoś nie spieprzyć; nie udało się, spieprzył i to efektownie – z czterech punktów przewagi nad futbolowym piekłem nie pozostało nic, a decydujący, bezpośredni mecz ostatniej serii z prześladującym go przez całą karierę FK Jablonec przegrał w druzgocącym stylu (0:4).
Nie powiodło mu się również na Słowacji, gdzie dostał niezłą posadkę u obrońcy mistrzowskiego tytułu. Ružomberok stanowił już jednak cień dawnej drużyny; właściwie to drużyny nie było, bo co tylko potrafiło kopnąć poprawnie piłkę zostało opchniętę na targowisku, jakim jest okienko transferowe. Z tym, co mu pozostało osiągnął wynik, jaki osiągnął – czwarte miejsce i brak pucharów. Awans do rozgrywek europejskich był celem, umowy więc nie przedłużono, ale był celem zgoła szalonym, duża punktowa strata i gorszy zespół od Artmedii i Žiliny, tym razem cudu nie było.
Właściwie to na własną prośbę odchodził ze Zlína (chociaż i tam usłyszał to magiczne „musisz wygrać” i wygrał z Příbramem stawiając w bramce na żółtodzioba, Zdenka Zlámala), Sigmy, czy Hradce. Ale i fartem ratował skórę, zdarzało się!
logo
Petr Uličný jako Votrok. Radość z autorem wyrównującego gola, Blümlem. SFC Opava - FC Hradec Králové 1:1 http://fotbal.idnes.cz/trener-preje-i-tymu-s-nimz-sestoupil-dvy-/fot_dsouteze.aspx?c=A010505_210452_fot_dsouteze_bym
Wyobraźcie sobie taką sytuacje, macie niezłą posadkę, wszystko wydaje się w porządku, chociaż wiadomo, w zawodzie trenerskim tak naprawdę nigdy nie możesz spać spokojnie. Więc siedzicie sobie w domu, wieczorem oglądacie wiadomości i nagle dostajecie obuchem: wasz zawodnik zwierza się reporterowi, Następnym razem musimy wygrać, gramy o posadę trenera! Ty o tym nic nie wiesz, ale szatnia ma swoje tajemnice. Grają o twoją głowę, a ty dowiadujesz się o tym wcinając kolację! René Wagner, skądinąd doskonały napastnik, postarał się; postarał znakomicie strzelając gola, a że koledzy dołożyli jeszcze cztery to efektownym 5:2 umożliwili Uličnemu dalsze pobieranie wypłaty [trener wspomina w jednym z wywiadów, że spotkanie z FK Jablonec było tym, w którym ważyły się jego losy; najprawdopodobniej jednak pamięć już nieco szwankuje, a efektowna wygrana nastąpiła w czwartej kolejce sezonu 1995/96 – po trzech wtopach i ostatnim miejscu w tabeli – na własnym stadionie z zespołem SK České Budějovice – MK].
Tyłek uratował mu również jeden z jego obecnych podopiecznych ze Sigmy. Rok 2005; grając z Mladou Boleslav dostał ultimatum – albo wygrywasz, albo lecisz na zbity pysk. Dziewięćdziesiąt minut udręki, nic nie chce wpaść do siatki rywala. Sekundy do końca, „John” drze się w kierunku stopera, Radíma Kučery, żeby przeszedł do ataku; jeszcze jedna akcja, jeszcze jedna wrzutka, zamieszanie, strzał – gol!!! Już w czasie doliczonym bramkę strzela, a jakże, Kučera, a Uličný ratuje posadę!
I ponownie Brno (i ponownie luki w pamięci Petra, które koryguję). Tym razem rzeczywiście za przeciwnika mają Jablonec. Po kiepskim początku ligi tylko komplet punktów przedłuży jego misję. Gra się nie klei, do przerwy bezbramkowy remis, rośnie zdenerwowanie. „John” trochę w akcie desperacji wpuszcza na boisku byłą wielką nadzieję morawskiej piłki, ale w 2007 roku lepiej radzącą sobie w kasynach okolicznych niż na boisku, Milana Pacandę. Meteor. Futbolowy syn Uličneho. Wiedząc, co się święci wręcz prosi chłopaka: Gościu, lubię cię, mamy ze sobą fajne relacje, uratuj mój zadek. I „Paci” ładuje gola już po trzech minutach ładnym uderzeniem po długim rogu, z efektownym stemplem na słupku; a gdy goście upierdliwie dążą do załatwienia na cacy „Johna” i wyrównują, to jego pupilek zrywa się jeszcze raz i sensacyjnie, bo głową, co przy jego wzroście jest ewenementem, po raz drugi wyprowadza Brno na prowadzenie. Tak już pozostało; trener na koniec sezonu zdobył najwięcej punktów w swojej pierwszoligowej historii, Brno z polotem grając zajęło czwarte miejsce, a Pacanda… Pacanda za swój niesportowy tryb życia dostał kopa w dupę; próbował jeszcze swych sił w Zlínie, ale i stamtąd go pogoniono, a bramka z 56 minuty była jego ostatnią na ekstraklasowych boiskach.
Po następnych trzech kolejkach ponownie stawiają mu w klubie ultimatum: trzy wygrane, albo wylatujesz! I tym razem się udało, dwukrotnie wygrywa z tymi nieszczęsnymi Czeskimi Budziejowicami (liga i puchar), raz odprawia Bohemians 1905. I tak, jak nigdy nie był przesądny, tak tym razem czuł pomoc sił nadprzyrodzonych... kasztanów,
Otrzymałem je od żony, i faktycznie przyniosły mi szczęście. Znaleźliśmy je na Svatém Kopečku w Ołomuńcu*, gdzie chodzimy na spacery, pomedytować... I chociaż są już takie wysuszone i popękane to jednak wciąż działają!
Miał je od pierwszego z meczy o życie… trzymał w kieszeni kurtki… Ta kurtka również przynosi mi szczęście. Cholera, to teraz mam już dwie takie rzeczy, kurtkę i kasztany. Jeszcze chwila i będę jak Petr Rada, który nie zmienia swetra.
Gdy sezon dobiegł końca, dziennikarz Robin Krutil zapytał trenera o historię minionych rozgrywek i sukces niewątpliwy. „John” żartobliwie odpowiada,
To też trochę twoja zasługa, chłopcze, że zakończyłem sezon sukcesem. Bo to właśnie ty napisałeś po szóstej kolejce, że chyba mnie zwolnią z klubu, i wtedy zawodnicy postanowili mnie uratować.
Trochę to jego trenerskie życie podtrzymywane było szczęściem, przypadkiem i zadziwiającymi okolicznościami, ale równie dobrze można napisać, że oddaniem zawodników i ich poświęceniem – chcieli walczyć za niego, a to już niezły fundament do osiągnięcia czegoś sympatycznego,
Panie, to jest najważniejsze! Ja miałem to szczęście, że mnie moi zawodnicy chyba lubili. Ale może być i tak, że mają cię powyżej dziurek w nosie, wtedy już lecisz, już jest z tobą amen. Nie możesz jednak prosić piłkarzy, żeby dla ciebie i za ciebie grali, to musi wyjść od nich. Trzeba mówić te typowe hasła, żeby grali dla siebie, dla klubu, należy przyzwoicie ich przygotować do sezonu, i trochę pobudzić. Reszta zależy od nich, czy mają ochotę za trenera walczyć, i czy w ogóle mają umiejętności na danego rywala…
No i umiejętności mobilizacji; metody bywają różne (František Straka, ikona Sparty Praha – dziś paradoksalnie pracujący dla odwiecznego rywala, Slavii – przed meczem derbowym praskich „S” potrafił zabrać zawodników na kolację, gdzie podano tatara w kształcie charakterystycznej gwiazdy widniejącej na koszulkach „Zszywanych”). „John” ma różne sposoby, na przykład taki,
Obejmuję piłkarzy, jak własnych synów i ze łzami w oczach im dziękuję, mówię jak ich kocham. Trzy mecze będę jeździć na dupie, ale potem to przestanie działać.
I tak oto facet, który nigdy niczego nie wygrał, osiągał relatywnie zwyczajne wyniki, nie wzbudzające większego poklasku, nie podnoszące temperatury, został szkoleniowcem z największym ligowym stażem.
A teraz? Teraz czeka go ostatnia misja…

* Można tam zwiedzić np. barokową Bazylikę Najświętszej Marii Panny. Wzgórze wznosi się na 382 m n.p.m.