Judasz! Zdrajca!
Judasz! Zdrajca! http://sport.t-online.de/lothar-matthaeus-und-der-fehlschuss-gladbachs-bitterster-pokal-moment/id_54918538/index

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin wydarzyło się tak wiele ważnych spraw, i tak bardzo odległych w swej materii, że chwilę musiałem zastanowić się w jakie szaty ubrać wpis ten, by chociaż odrobinę przekonać, że zmagałem się z chaosem. Wyszło, jak wyszło, ale kwestie podnoszone są na tyle istotne, by poinformować o nich jednocześnie, póki nie wystygną do cna...

REKLAMA
O! Której sława przez tak długie lata
Trwa i trwać będzie, aż do końca świata!
Piekło
Ci, co skąpili i ci, co trwonili,
Za grzech ten, piękny świat nieba stracili;
Z niedowierzaniem czytam to, co ostatniemi dniami wyprawia się na Bukowej. Wiecie, gdzie to jest, prawda? I Wy również na hasło „GKS” macie przed oczami ten herb, prawda?
logo
Jak zatem możliwym jest, że tradycja, historia i dokonania przerzucane są, niczym srodze zużyta gumianka, a większościowi udziałowcy to rywale na placu, bawiący w dwa ognie?
Padły onegdaj poważne zapowiedzi, ważkie słowa, które miały stanowić zapowiedź powrotu katowickiej GieKSy w należne szeregi; myśli były przednie, deklaracja zaiste świeciły się w słońcu, jakby tylko działania zabrakło... Niech no sobie przypomnę, jak to prawił William Blake? Kto myśli, a nie działa, szerzy zarazę, tak to chyba leciało...
Łatwo było rzucać na prawo „Nigdy nie zostawimy GKS'u”, a na lewo „Zawsze znajdzie się kilka milionów dla klubu”, kiedy jednak trzeba było zacisnąć zęby, kiedy przyszło do rozliczania się z tych kwiecistych obietnic, kiedy wreszcie trzeba było zmierzyć się, przyjąć na klatę, oberwać po łbie, wspomnienia dawnych słów podważano.
Ale pamięć w dzisiejszych czasach trwalsza jest niż drzewiej; wystarczy jako taka umiejętność obsługi komputera, czasem wirtualny wehikuł czasy; w każdym razie do ogarnięcia przez każdego, skorom ja pojął w czym rzecz.
Przecież jeszcze rok temu obiecywano ekstraklasę!
Gdy dzisiaj czytam o szantażu, tak, szantażu właśnie, że albo miasto odkupi udziały, albo klub zostanie zlikwidowany, oczom nie wierzę; że co? Ot, tak, kaprysem? Przecież to niedorzeczność! W jakim świetle stawiają się właściciele pakietu większościowego? Zlikwidujemy legendy Furtoka, Szewczyka, Czaji, Góralczyka i wielu, wielu innych, bo czujemy się urażenie, bo nam nie pyknęlo, bo są tacy, którzy występują przeciw nam? Czy zakup klubu piłkarskiego można zestawić z wejściem w posiadanie swetra, który sprany, zabrudzony z dziurą pod pachą wyrzucamy na śmietnik i idziemy kupić nowy? Czy decydując się na taki krok nie przyjęli panowie z Centrozapu pewnych zobowiązań, i nie, nawet nie tyle wobec kibiców, co wobec dziejów, dziejów klubu, regionu i miasta? Ale skoro w Katowicach lekką ręką można wyburzać perełki architektoniczne, to powątpiewam, czy ta sprawa kogoś w Ratuszu w ogóle interesuje...

Czyściec
Czasu tysiąca księżyców za mało,
by zmyć pokutą jego plamę całą.
Środowy półfinał DFB-Pokal przeszedłby bez większego echa, ot, Borussia nie ustrzeliła na Bayernie hat-tricka w tym sezonie, mecz ogólnie dobry, a awans faworyzowanych Bawarczyków raczej zasłużony, ale, bo zawsze jest jakieś ale...
Trąbiono w „Kickerze” przed pierwszym gwizdkiem, że z kolei ostatni tego spotkania oznaczać będzie ogłoszenie transferu Dantego do Monachium. Pióro podobno było gotowe, w gabinecie szampan na zdrowie, czekano tylko, aż stoper „Źrebaków” weźmie prysznic pomeczowy. Historia dopisała jednak niebywały epilog, a właściwie zatoczyła koło. W decydującej o awansie do berlińskiego finału serii rzutów karnych, Dante pudłuje jedenastkę; nie on zawalił, bo jeszcze jeden kiks się przytrafił, ale akurat widmo pudła z takiego miejsca i w takich okolicznościach pojawiło się nad Mönchengladbach przypominając pewną starą legendę...
Jest maj 1984 roku finał Pucharu Niemiec; ostatni dzień maja i ostatni mecz w barwach Borussii młodego, niebywale utalentowanego pomocnika. Ha! Pomocnika prawię, ale wkurzony nieco na niego Jupp Heynckes wystawia go złośliwie na prawej obronie, upychając na ulubionej pozycji dwudziestotrzylatka, doświadczonego Winfrieda Schäfera. Chcąc, nie chcąc Loddar goni więc przy linii, kopiąc się po kostkach z wytrawnymi atakującymi Bayernu; doskonale jednak wie, za co trener dał mu prztyczka w nos. Tusz w monachijskim sejfie jeszcze nie wysechł na lukratywnym kontrakcie, gdy obie jedenastki wybiegły na Waldstadion. Tak! Za plecami trenera wywinął „Źrebakom” numer, on gwiazda Bundesligi, kamień węgielny oczekiwanych, przyszłych sukcesów legendarnego klubu z Bökelberga. Judasz! Zdrajca! Tak zareagowali kibice Gldabach.
Mecz rozpoczyna się od ostrego natarcia Bawarczyków, których efektownie zatrzymuje Sude, wydaje się, że jednak za którymś razem może nie dać rady. W 33 minucie po jednym z ataków trzeciej drużyny ligi (cóż za pechowe miejsce, szczególnie, gdy tytuł przegrywasz gorszym bilansem bramkowym!!!), sędzia przyznaje korner. Do futbolówki podchodzi on; odchodzące dośrodkowanie, fantastycznie bita, silna piłka, ale to co zrobił mikrus Frank Mill godne było kamery – doskonałe uderzenie głową i to Borussia obejmuje prowadzenie! Od tego momentu walka, walka, walka; mecz zdominowały determinacja i pasja, i gdy już, już można było rozglądać się za czekającym zwycięzców pucharem, po potwornym zamieszaniu wyrównuje Dremmler. Zabrakło zaledwie siedmiu minut!
Dogrywka to już pilnowanie własnych zadków, gorze by się stało stracić gola w takim napiętym momencie. Sędzia urywa te domniemania i nakazuje serię rzutów karnych. Pierwszy raz w historii Pucharu Niemiec o rozstrzygnięciu miały zadecydować rzuty karne. Nie było to przyczyną zdecydowanych rozstrzygnięć lat minionych, po prostu, sezon 1983/84 był pierwszym, w którym przepisy zezwalały na takie rozstrzygnięcie. I to wyłącznie w finale! Mecze poprzednich rund nakazywano powtarzać!
W szeregach Borussii doszło do kuriozalnej wymiany zdań:
Strzelaj! - nakazał trener.
Nie, nie chcę… - odpowiada kiwając głową pomocnik.
Strzelaj, do diabła! Czego ty u licha chcesz?! Dobra, możesz nawet wybrać, który będziesz strzelał w kolejności, stoi? – pytał Heynckes zdezorientowanego, roztrzęsionego młodzieńca.
Loddar wybrał. Podszedł jako pierwszy. Napięcie. Oczekiwanie. Cisza...
Zrobił dokładnie to samo, co Dante – posłał futbolówkę w górny róg, po stronie swej lepszej nogi; na jego nieszczęście również nad bramką...*
I chociaż później Sude obronił jeszcze elwra Augenthalera, a wszystko spaprał na niekorzyść Borussii Norbert Ringels w siódmej serii, to właśnie jego pudło zostało zapamiętane, a on sam wyklęty. Przejedźcie się kiedyś do Mönchengladbach, gdy on akurat będzie tam przebywał, usłyszycie jeszcze dzisiaj nań złorzeczenia. Wielu wierzy, że celowo nie trafił w bramkę, by tytuł zyskała jego nowa drużyna.
- To niesprawiedliwe (…)! To nonsens! – krzyczy – Takie coś po prostu zdarza się w piłce!
Do Borussii trafił jako osiemnastolatek w 1979 roku z malutkiego FC Herzogenaurach (gdzie w 22 meczach strzelił aż 20 goli). Najpierwej rezerwowy, wskakuje do składu w siódmej kolejce, jest najlepszy na boisku w przegranym 2:4 meczu z 1.FC Kaiserslautern i od 22 września właśnie nie opuści już żadnego spotkania! Jeszcze tego samego roku, dokładnie 8 grudnia, strzela premierowego gola w barwach „die Fohlen”, ofiarą jest Bernd Franke z Eintrachtu Braunschweig.
Ten i dwa następne sezony potrzebne mu były do otrzaskania się w lidze, ale już w czwartym, pomimo kryzysu drużyny i kiepskiej, dwunastej lokaty, dla niego rewelacyjny – wg not „Kickera” najlepszy pomocnik całej ligi! Rok później jest trzeci – tak, jak cały zespół!
Strzela bramki w lidze, strzela w Pucharze Niemiec, ale i w pucharach europejskich, gdzie dociera do finału. W 1980 roku debiutuje w reprezentacji**, by po zaledwie dwóch latach stać się ważnym ogniwem Nationalmannschaftu. Nic dziwnego, że zapragnął go przeżywający kryzys Bayern. Po Heynckesa, tego samego, który wściekał się na Loddara, też zresztą sięgnie, niebawem...
Jego łączny bilans dla Borussii Mönchengladbach jest doprawdy imponujący. W latach 1979-1984 (uwaga, ważne! Zaczynał mając 18 lat, odchodził w wieku lat 23!!!) zaliczył odpowiednio (mecze/gole):
Bundesliga: 162/36
DFB-Pokal:23/12
Puchar UEFA: 15/3
RAZEM: 200/49
W tym czasie uczestniczył w wielu spektakularnych zwycięstwach i szalonych meczach (jak choćby półfinał omawianego roczniku Pucharu Niemiec; mecz z Werderem uchodzi za jeden z najlepszych w historii niemieckiej piłki klubowej). W reprezentacji Niemiec jako gracz BMG zagrał 26 razy.
Jak widać, o czym mało kto pamięta, na początku kariery był cholernie bramkostrzelnym pomocnikiem; zanim wyjechał do Serie A zdążył w Bundeslidze wbić prawie sto bramek!
Tu kilka wybranych, szczególnie pierwsza godna polecenia, bo niebywale dziwaczna. Co gość z Leverkusen sobie wymyślił? Faul? Bo chyba nie spalonego? W każdym razie cudo:)
O Borussii pamięta i wiele jej zawdzięcza:
- Dzięki Borussii dotarłem tam, gdzie dotarłem – przekonuje Mistrz Świata z 1990 roku.
Kibice z Gladbach też o nim nie zapomnieli;)

* Niewykorzystana jedenastka w finale Pucharu Niemiec była drugą w sezonie, a zarazem karierze w barwach Borussii. W kwietniowej potyczce z Eintrachtem Frankfurt jego uderzenie z wapna wyłapał Jürgen Pahl. Była 82 minuta, stan 0:1, tym razem ostateczny dramat powstrzymał Ewald Lienen już w doliczonym czasie wyrównując wynik spotkania.
** Debiutuje, bagatela, w meczu Mistrzostw Europy z Holandią. Zmagania na Stadio San Paolo nie były dla niego najszczęśliwsze. Jupp Derwall wpuścił żółtodzioba na ostatnie dwadzieścia minut, przy bezpiecznym prowadzeniu 3:0. Ale dzieciak nieco spękał i tchnął wiarę w "Pomarańczowych". Po jego faulu na Wijnstekersie rzut karny wykorzystał Rep i Holendrom nie wiele brakowało, by spotkanie zakończyć podziałem punktów.

Raj
Czynnych na ziemi, tych, co niepowszednią
Pracą zdobyły ziemską nieśmiertelność
.
Pisałem niedawno, jak cieszyłbym się z poważnych fundamentów finansowych, które umożliwiłyby trenerowi Fornalikowi twórczą pracę z zespołem Ruchu Chorzów. Być może właśnie się doczekał. Być może właśnie nastał moment lepszych czasów dla „Niebieskich”, przynajmniej tak pobrzmiewają słowa z konferencji prasowej, zarówno prezesa firmy Węglokoks, jak i prezesa klubu, Dariusza Smagorowicza. Nic jeno dotrzymać słów i zakasać rękawy! Padły bardzo poważne deklaracje, a jak już wspomniałem, ktoś kiedyś z nich będzie rozliczał, warto więc się przyłożyć.
Hojne tylko w słowa były już działania innych firm na Górnym Śląsku, coś o tym wiedzą w Zabrzu, by nie wspominać początku tego wpisu. Bardzo, bardzo łatwo czarować mową, życzę, by tym razem coś z tych zapowiedzi zostało zrealizowane, inaczej zacznę domniemywać, że u nas to już w ogóle niczego nie da się zrobić we fusbalu...
logo
http://www.ruchchorzow.com.pl/?page=articles-top-story&article_id=10478&article_category=13&category=top-story