
"Grill? Jaki u licha grill? Stary, dzisiaj są derby praskich S!!!" Zadziwiające, że można było o tym nie wiedzieć... Miałem głęboko gdzieś opychanie brzuszyska tłustą kiełbą skoro za naszą południową granicą serwowano takie smakowite danie, jasna sprawa! Niewiele jest takich par w Europie, meczów wywołujących gęsią skórkę, emocje i nerwowe wyczekiwanie. A ten jest wyjątkowy! Wyczekiwany rokrocznie od 116 lat, całych sześć dłużej niż takie El Clásico! A że to właśnie czeskie kluby uczyły grać w piłkę te najznamienitsze z Półwyspu Iberyjskiego...
REKLAMA
Dlatego ten wpis w całości poświęcony będzie weekendowym wydarzeniom na czeskich boiskach.
Zawody przeżywającej kryzys Slavii ze Spartą, której kryzys przepoczwarza się ze stadium larwalnego w coś poważniejszego, były oczywiście pasjonującym widowiskiem; gdy grają takie ekipy podniecenie samo w sobie poprawia jakość gry o kilka ocen, wiecie o co mi chodzi; to tak, jak z rywalizacją Ruchu Chorzów z Górnikiem Zabrze, czy Wisły Kraków z Cracovią lub... yyy... nie, nie ma już w Polsce porównywalnie emocjonujących spotkań.
Skoro padł remis to można z całą odpowiedzialnością napisać, że mecz miał kilku bohaterów. Bez wątpienia Martin Latka, „srdcař”, jak mawiają Czesi, czyli koleś, który zostawia na boisku wszystko, co się da; tym razem zostawił hektolitry potu, cierpienia i wstydu dla bramkarza Sparty Vaclíka, bo choć gol ładny, to jednak właśnie młodzieżowy reprezentant puścił jako pierwszy w tym sezonie gola po strzale „Zszywanych” w derbowych meczach, a tych w tym roczniku pełne kieszenie; zostawił echo chorałów na cześć Slavii, ale nie zostawił sztućców, a miał je przygotowane na ławce rezerwowych! Rzecz miała się tak: Jiří Jarošík (stoper Sparty) na przedmeczowej konferencji wypalił, że Latkę właśnie, musiał prowadzić za rączkę i uczyć posługiwać się nożem oraz widelcem, gdy razem przez moment dzielili szatnię Birmingham City. Obrońca Slavii postanowił zatem przy nadarzającej się okazji zripostować „cieszynką”, ostatecznie w euforii pobiegł pod młyn swoich kibiców.
A na koniec rzucił, że tytułu mistrzowskiego życzy Slovanowi Liberec, bo przecież nie Sparcie...
Wiele po tych emocjonujących 90 minutach mówi się za naszą południową granicą o Martinie Berkovcu, rezerwowym bramkarzu Slavii, który wskoczył do składu z przyczyny kontuzji Čontofalskéhe. Zagrał dobrze, dwie interwencje miał rewelacyjne, ale krzyżowanie jego nazwiska z nazwiskiem trenera bramkarzy „Zszywanych”, legendarnym Martinem Vaniakiem, to naznaczone szaleństwem tezy. Vaniak to był gość, możecie o nim poczytać, jeśli macie ochotę, młodziutki Berkovec niech najpierw zacznie regularnie bronić, potem będzie można go oceniać poważniej. Na szczęście sam nie ma takich tendencji, jak plotkarskie żurnalisty i z porównania wymyka się, jak piskorz. W ogóle zauważyłem dziwną tendencję, szczególny przypadek bramkarzy – broni taki młodziak raz, drugi dobrze, i już tytuły krzyczą o kolosalnych umiejętnościach, a tymczasem drugi, trzeci sezon to dopiero sprawdzian. Właśnie wtedy przytrafiają się srogie wpadki, drobne i większe kryzysy, pierwsze starcie z nieprzychylnymi opiniami. Tak jest ze Szczęsnym, czy ter Stegenem, obaj o potencjale genialnym...
Bohaterem miał zostać heros z Letnéj, czarnoskóry Kweuke, ale zamiast iść śladami Bony'ego Wilfrieda, postanowił iść na zmianę, wolno iść, bardzo wooolno, że aż Jaroslav Hřebík, dyrektor sportowy Sparty, nie wytrzymał, wyskoczył z ławki rezerwowych i solidnie go opieprzył! A jak potrafi ogłuszyć krzykiem mogliście się przekonać na jednym z filmików w kilkuczęściowej sadze o „Johnie”. Kameruńczyk obrażonym krokiem wybrał drogę łukiem omijającą sztab szkoleniowy, ale w przeciwieństwie do niejakiego Małeckiego szybko załapał, że stąpa po bardzo cienkiej linii (a u Hřebíka jest ona naprawdę cienka) i już publicznie nieco się biczował...
Biczować powinien się również trener Sparty, Martin Hašek, który coraz bardziej traci niezależność (prawda, panie Hřebík), ale nie o taktyczne figle mi chodzi, ale o zadziwiającą wypowiedź pomeczową:
- Slavia najbardziej nas zaskoczyła tym niesamowitym zaangażowaniem.
Chłopie! To były derby Pragi! Najważniejszy mecz w Czechach, a ty dziwisz się, że miejscowi grali z zębem? Chyba nie odbija ci, jak twojemu słynnemu bratu, he?
A zamykając temat derbów, Legia ma Żyro i Wolskiego, Sparta Krejčíego a Přikryla. Warto stawiać na młodych!
Faworyzowanej Sparcie pewne, zdawałoby się, mistrzostwo zaczyna wymykać się z rąk. Zaraz upadnie i roztrzaska na miriady kawałków, bez nadziei na powtórne poskładanie. Zespół, który suwerennie rozpoczął rozgrywki zwyciężając mecz za meczem (do dziewiątej kolejki włącznie nie stracił choćby punktu!) łapie zadyszkę i już nic nie jest takie, jak przedtem. W sobotę przez kilkadziesiąt minut wywrócili się nawet z fotela lidera! Zaledwie dziesięć punktów na osiemnaście możliwych to już coś więcej niż tylko wypadek przy pracy. Piąte, jak do tej pory, miejsce w rewanżowych zmaganiach nie byłoby takie złe, ale jednak to ich najgroźniejsi rywale zasuwają aż miło, zdobywając i więcej punktów i więcej bramek, a co najważniejsze całkiem sprawie radząc sobie z kolejnymi rywalami. Szczególnie Liberec zadziwia. Ostatni raz Modrobílí tytuł wywalczyli sześć lat temu. Trzeba przyznać, że był to zupełnie inny zespół, którego tworzywo było z młodych białek, krwinek i fantazji. Daniel Pudil, Pavel Košťál, Zbyněk Pospěch, Tomáš Zápotočný, Radek Hochmeister, Jan Holenda, Milan Matula... wielu wyrobiło sobie wtedy nazwisko i jedzie na tym do dzisiaj, grając naprawdę gnuśnie. Dzisiejszy Slovan to głównie siła doświadczenia, taki Tomáš Janů pamiętający jedyne dwa tytuły klubu znad Nysy, był już odstrzelony w niepamięć, a jednak powrócił; powrócił również Jiří Štajner, legenda klubu, i to on realizuje wszystkie niecne zamiary na przedpolu wroga; albo weźmy takiego Jana Nezmara; również wydawało się, że już po nim, a wystarczyło postawić go na stoperze (zawsze doskonale grał głową i walki odmówić mu nie sposób, miało to zatem argumentację swą), i facet znowu działa, jak ta lala. Młodość w klubie nie mówi po czesku, a za największą gwiazdę uchodzi dziś prawy obrońca Theodor Gebre Selassie, ale ten to akurat Czech.
Co ciekawe obecny sezon, jako żywo przypominać zaczyna spory o tytuł z roku 2002, ogromna przewaga Sparty pomimo domowej porażki ze Slovanem, słaby początek rundy rewanżowej, remis ze Slavią, osoba Hřebíka... wtedy punktem zwrotnym była kolejka numer 24, paradoksalnie w tym to również ważna data. Właśnie wtedy drugi Liberec podejmować będzie Spartę. Już zacieram ręce:)
A co poza tym?
Bohemians Praga chce koniecznie zdramatyzować walkę o utrzymanie, w najlepsze więc daje ciała, gdzie i jak tylko może; to już trzynaście kolejek bez zwycięstwa, absolutnie najgorsza aktualnie seria ze wszystkich drużyn i pomyśleć, że przez jakiś czas utrzymywali się w samym czubie stawki. „Kangury” widocznie zawsze muszą mieć pod górę; właśnie mija 80 lat od pierwszego meczu na legendarnym stadionie, Ďolíčku, wyjątkowy obiekt, byłem-widziałem, ale oni oczywiście grać na nim nie mogę, byłoby to zbyt proste...
Skoro Bohemka ma najgorszą serię to znaczy, że wygrała beznadziejnie ostatnia Viktoria Žižkov. Wygrała z niemożliwym FK Jablonec – musicie to zobaczyć, goście właściwie sami sobie wbili trzy pierwsze bramki, k a t a s t r o f a !!! Nic dziwnego, że oglądając ten biedny występ trener Jablonca, František Komňacký rozmarzył się o swych morawskich okolicach. Ma już serdecznie dość bandy frajerów, której odechciało się grać, chociaż spokojnie mogli powalczyć o coś więcej...
- Haniebny występ. Całkowicie niegodny drużyny, która jeszcze jesienią miała pucharowe ambicje!
No tak, dać sobie wbić cztery gole drużynie, która jedynego napastnika puściła zimą do konkurencyjnego klubu, to prawdziwa sztuka. A propos Böhma, bo jego miałem na myśli, to chłopak ma doświadczenie z Manschesteru! Był tam, na zmywaku, dosłownie... Ligowiec, kurza stopa.
Plotkuje się, że Komňacký w nowym sezonie ma przejąć od ”Johna” Sigmę.
Mistrz z Pilzna znowu zaimponował; trudno powiedzieć, czy to jeszcze moment na włączenie się w wyścig o ostateczny triumf, z całą pewnością można za to stwierdzić, że takiego imbecyla z gwizdkiem rzadko widuje się nawet u nas. Pavel Královec potrafił w jednej akcji podjąć trzy decyzje: uznać gola, nie uznać, uznać gola. Zagranie ręką Bakoša była tak samo wyraźne, jak bywa ohydna plama z barszczu na białej koszuli, nic to, po trzyminutowej (sic!) dyskusji z liniowym dał się przekonać, że to jakiś refleks był, zgoła fatamorgana.
Akurat tego dnia ufność w swych asystentów była wyjątkowo nieodpowiedzialnym podejściem; w drugiej połowie liniowy puścił takiego spalonego, że między ostatnim graczem Czeskich Budziejowic a miejscowego Pilzna można by wstawić kilka Hummerów. Ale to było już w drugiej połowie; pomiędzy nimi była jeszcze przerwa w trakcie której sędzia (międzynarodowy!) omal nie dostał po pysku od wściekłego Tomáša Řepki, podobno nawet wyjął czerwoną kartkę, by odgonić się od krewkiego obrońcy, ale ostatecznie dał się przekonać, by jednak, nie zapisywać jej do kajetu. Świetny arbiter:)
W tygodnie głośno darł się Petr Rada; nie dość, że mecz jego Teplic ze wspomnianą Viktorią Žižkov przyrównano w telewizji do słynnych „Sąsiadów”, nieudaczników, cymbałów, żałosnych gamoni, Pata i Mata, to jeszcze mu się zespół rozsypał, bo tego boli w boku, tamtego pociąga w łydce, a innego łamie w krzyżu:
- Nie znam się na tym. Nie wiem, nie jestem lekarzem. Piłkarzom do głowy nie wejdę, muszę im wierzyć. Jeśli miałbym zbity bok... No cóż, szkoda. Gdyby to mi się przytrafiło, a zależałoby mi na grze z lidze, to poprostu zacisnę zęby. Zacisnę zęby! Wiem, że gdy walczę o jakiś cel, muszę coś poświęcić. Futbol boli i będzie bolał. Jeśli ktoś nie jest odporny... No to sorry koleś! Ja chciałem grać w lidze, zrywałem blokady, miałem to gdzieś! Grunt, żeby potem można było dojść do domu o własnych siłach. Następnego dnia i tak byłem na stadionie i chciałem znowu grać. Ale nie, dzisiaj są inne czasy... Piłkarz ma większe znaczenie, stoją za nimi ludzie, którzy jeszcze ich wzmacniają w takim przekonaniu. Trzeba się z takim cackać, żeby przypadkiem nic mu się nie stało, żeby można było go kiedyś sprzedać, więc mu się odpuszcza
Znany internacjonał, Tomáš Skuhravý z kolei wolałby ciszę, ale że po zakończeniu kariery jest wyjątkowo niezdarny i lekkomyślny, to trąbi się o nim wiele, najczęściej w sądach... Skończyło się „zawiasami”, ale jak trzeba być nierozważnym, by po tylu latach gry w gałę i zarobionej kasie fingować kradzież własnego, luksusowego samochodu? Wpadł gang, to i po Tomasza przyszli. Skrucha pomogła, ale oby był to jednorazowy przypadek, oby nie okazał się kolejną fujarą, która poza polem karnym nie potrafi sobie poradzić...
A na koniec coś spoza Czech, uwolnijmy się i pomarzmy. Słońce, ciepło i ta Pani na bramce. Czyż futbol nie wydawałby się jeszcze piękniejszy?
Niestety, stetryczała FIFA nie chciała się zgodzić, by Hope Solo grała z chłopakami. Dziady....
(Solo chciała przygotowywać się do Igrzysk Olimpisjkich, a że rozgrywki kobiece są akurat zawieszone, popularny ostatnio lockout, postanowiła zmierzyć się w walce płci z facetami. Miała nawet wynegocjowaną umowę z klubem niższej ligi z St. Louis)
