
Podobno w Chorzowie cieszą się, że w najbliższym czasie nie mają w terminarzu spotkania z Mieszkiem Gniezno. Co, jak co, ale po ostatnich doświadczeniach nic, co kojarzy się ze stolicą nie ma na Cichej konotacji lubych. Przegrany (?) tytuł mistrzowski, przegrany (chociaż przecież zwycięski) półfinał Pucharu Polski, wystarczająco, by nabawić się kompleksów.
REKLAMA
Zastanawiam się, jak wielce ostatnie dwa spotkania rzutują na postrzeganie „Niebieskich”. Neofici futbolu, zdawało się ochrzczeni podstawowymi potrzebami drużyny piłkarskiej, nagle stają się nieudacznikami, abnegatami, wygnańcami, renegatami i Markiem Szyndrowskim polskiej ligi. Fornalik nie jest już cudotwórcą, a trwoga zakompleksionych zazdrośników o poziom na europejskich boiskach być może usprawiedliwiłby nawet jakieś sędziowskie wpadki – byleby nie wpuścić ich na salon! Ot, miele życie radości i smutki, a odległość od idola do anty- odmierza 90 piłkarskich minut… ok., po wczorajszej podwawelskiej zdarza się, że i pół godziny dłużej.
To prawda. Ruch był słabszy w Wielką Sobotę; nie zgadzam się z opiniami, że wyraźnie słabszy; po prostu słabszy, i nawet nie o dwie bramki. Jeśli się nie mylę, to Legia drugiej połowie oddała trzy strzały, z czego ostatni tuż przed końcowym gwizdkiem, nie wydaje mi się, by miało to cokolwiek wspólnego z absolutną dominacją. To raczej niepohamowanie własnych żądz u Chorzowian – paradoksalnie grając padlinę w pierwszej połowie dość bezpiecznie kroczyli (Ha! Pasuje to słowo jak ulał!) po remis. W szatni musiało być gęsto od testosteronu w powietrzu, bo podniecenie ewentualnym zwycięstwem omamiło ich, jak buhaja pełna zagroda…
Najgorzej wyszedł na tym Marek Szyndorwski, ambitny gość z niego i sympatyczny facet, ale akurat ostatnio ma fatalną passę. O ile do tej pory udawało mu się kamuflować swoje braki, to zderzenie z serbskim liskiem-chytruskiem zdekonspirowało go absolutnie. Oba gole to dość nieporadne staranie się o autograf od Ljuboji: przy pierwszym zamiast z szukać kartki i długopisu należało wybić piłkę na aut, przy drugim konsekwentnie aż do bólu skupił się na pilnowaniu linii piątego metra… W spotkaniu z Wisłą, zdeterminowaną, rozentuzjazmowaną, agresywną, ale przecież słaaaaaaaaabą wraz z kolegami reagowali na miejscowych, niczym echo na dźwięk pierwotny: z opóźnieniem i z oddala. Kiksy, wywrotki, potknięcia, minimalna skuteczność podań, ciężko było przyzwyczaić się do tego widoku mając w pamięci Ruch Chorzów marca, czy lutego. I pozostałoby to zapewne piętnem aż po niedzielną erupcję emocji w najważniejszym meczu polskiej ligi, gdyby nie sędzia Borski, który zgodnie z przewidywaniami o kilka długości odstawił peleton zmęczonych i przeciętnych popisując się na domiar wszystkiego efektownym finiszem.
Rozpisanie wszystkich błędów sędziego Borskiego nie ma najmniejszego sensu. Klasyfikując można syntetycznie to ująć: gwizdanie fauli, których nie było, nie odgwizdywanie fauli, które były, nie uznanie gola dla Wisły, nie odgwizdanie karnego dla Ruchu, kartka dla Piecha, nie odgwizdanie karnego dla Wisły, no i wisienka na torcie – ogłupianie przy jedenastkach.
Arbiter mógł nakazać powtórzenie strzału Genkowa, ale tylko pod warunkiem uporczywego trzymania się jednej zasady, zwracania uwagi i wlepiania kartek bramkarzom za ruszanie zadku zbyt wcześnie, bo akurat w tej ostatniej próbie Perdijić zachował się zupełnie normalnie i naturalnie. Podobno replay zarządzono, bo Chorwat rzucił się zbyt wcześnie – Ola Boga, to w polskiej lidze grają aż takie złamasy, że kopią piłkę tam, gdzie już dawno pofrunął bramkarz? Tragedia…
I jeszcze dedykacja dla Pana Borskiego (Jak to śpiewają kibice na stadionach? Marcin Borski najlepszy arbiter polski!):
Rekord świata w bronieniu karnych. W roli głównej Uwe Kamps*. Ciekawe, czy Borussia Mönchengladbach w ogóle dałaby radę to wygrać, no ale przynajmniej redaktor Töpperwien nie straciłby portfela…
A Jurka Dudka to pewnie w ogóle wyrzuciłby z boiska, bo facet łapał karne rzucając się gdzieś z linii piątego metra…
A tak bronił Matko Perdijić, jak widać nie wyróżnia się z tłumu, nawet trykotem Kamps go onieśmielił:)
* Cztery karne pod rząd obronił również Helmuth Duckadam i to w finałowej potyczce Pucharu Europy Mistrzów Krajowych z samą Barceloną!
PS Szczeście Borskiego polega na tym, że dzisiejszy drugi półfinał „posędziuje” Adam Lyczmański. Kibiców „Wojskowych” oraz Arki czeka gimnastyka: naprzemienne łapanie się za głowę oraz za brzuch (to drugie ze śmiechu).
PS1 Na mecz finałowy proponuję Roberta Małka; albo nie, lepiej, Pawła Gila:)
PS2 Stolica miała się dobrze przez cały Wielki Tydzień, w Czechach na ten przykład Sparta, jak dla mnie zgoła sensacyjnie, rozprawiła się ze Slovanem i to w Libercu! Rolę Szyndrowskiego brawurowo zagrał Jan Nezmar i stało się. Sensacyjnie, bo w tym roku Rudí byli jeszcze mniej wyraziście niż podopieczni Macieja Skorży trwoniąc gigantyczną przewagę. Od sobotniego wieczoru ponownie zasiedli na fotelu lidera, ale nie mają co się specjalnie przyzwyczajać, bo nic jeszcze nie zostało rozstrzygnięte. Już najbliższa ligowa kolejka może co nieco pozmieniać, i wcale nie mam na myśli drobnych retuszów. Tak się jakoś dziwnie składa, że przodujący klub z Pragi tylko raz, od doby samoistniejącej ligi czeskiej, tylko raz zdobył komplet punktów na Teplicach, a że już zdążyli wygrać Na Stínadlech…
PS3 Najbardziej obleganym piłkarzem tygodnia zostaje Radek Sňozík. Po pikantnej wypowiedzi sprzed tygodnia wszyscy zapragnęli unikatowego nagrania, bo Bohemak, a jakże, znowu oberwała w tytę. Tym razem obyło się jednak bez spektakularnych enuncjacji… Zgodnie z moimi przewidywaniami zapunktowały Ostrawa, Czeskie Budziejowice i Ołomuniec (hat-trick, trzy na pięć najsłabszych drużyn, niech żyją Janosikowie!)
PS4 Zastanawiające, ale Berlin to bodaj jedyna europejska stolica pozbawiona klasowej drużyny futbolowej. Klasowej, bo satysfakcja z gry w barażach o utrzymanie to wątpliwe zaszczyty… (póki co to miejsce okupuje 1.FC Köln ale po pijaku ciężko utrzymać nawet tak kiepską pozycję. Patrząc w kalendarz Bundesligi, to najprawdopodobniej zadecyduje bilans bramkowy, a ten już teraz, dzięki takim wynalazkom, jak Jajalo, Brecko, czy zwłaszcza Geromel, działa na niekorzyść „Kozłów”). Z ligi spadły „Czerwone Diabły” – cud zdarza się raz do roku, a i w tym los na loterii wygrały raczej „Źrebaki” gubiąc punkt po punkcie (jedno zwycięstwo w ostatnich ośmiu meczach!), ale przecież na koniec w eliminacjach LM (raczej) się znajdą, na szczęście dla Mistrza Poslki…
PS5 Dzisiaj szlagier w Dortmundzie. Cholernie jestem go ciekaw, bo pysznie się zapowiada, a faworyzowani Bawarczycy stając okrakiem pomiędzy ligą a rozgrywkami pucharowymi mogą się setnie zdziwić. Mimo wszystko stawiam dzisiaj na podopiecznych Juppa Heynckesa – doświadczenie i chęć odpłaty za zeszłoroczne upokorzenie weźmie górę.
PS6 Dzisiaj szlagier w lidze niemieckiej, a już w niedzielę najbardziej oczekiwany, najważniejszy mecz w polskiej lidze. W Wielkich Derbach Śląska zmierzą się dwie najbardziej utytułowane drużyny w Polsce. Śniący swój niebieski sen Ruch Chorzów, finalista Pucharu Polski i trzecia siła ligi, podejmuje na własnym stadionie trzecią siłę rundy wiosennej, pogromcę faworytów, Górnika Zabrze!!! Jeszcze wczoraj przed 20 można było stawiać całkiem odważnie na „Niebieskich”, ale po tych stu-dwudziestu minutach męczarni w nijakim stylu, końskiej dawce ważnych, atletycznych gier, co trzy dni i niepewnym udziale tego, czy owego pewności zbyt wiele nie pozostało. Szczególnie, gdy na drugą szalę rzucimy powyrywane przez Zabrzan serca warszawskie i kieleckie oraz taki drobny niuansie – wyniki Górnika przestały być zależne od postawy Nakoulmy. „Prezes” jest wyraźnie pod formą, ale w każdym kolejnym spotkaniu znajdują się ludzie biorący sprawy w swoje ręce. Zapowiada się f a s c y n u j ą c o ! ! !
