Stanem dobrze oddającym paranoję, bo o niej dla odmiany będzie ten wpis, jest pewien wiążący się z ową chorobą constans - słychać głosy. Krytyczne i oczywiście gromiące system, dyplomy, przygotowanie zawodowe etc., etc. Trudno nie zgodzić się z większością tez jednoznacznie negatywnie oceniających metody jakimi produkuje się dzisiaj „magistrów“, a nie specjalistów. Z argumentami tych, którzy tak ubolewają, że profesorowie zostali zmuszeni do wypuszczania posiadaczy dyplomów, a nie samodzielnie myślących, gotowych do podboju rynku pracy ekspertów, również trudno polemizować.

REKLAMA
Niuansem, zdawać by się mogło, jest to, że w całej tej dyskusji ktoś mniej lub bardziej celowo przegapił, że każde pokolenie, kiedy tylko odrasta od ziemi, zaczyna z pewnym dziwacznym uwielbieniem hołdować demagogicznym zwrotom w stylu: „za moich czasów“. I tak kolejne zastępy trzydziesto czy czterdziestolatków twierdzą, że młodsze od nich pokolenia do niczego się już nie nadają. Wreszcie, że kultura słowa, że wychowanie, że to, że pstro – słowem – wszystko za tak zwanych „ich“ czasów było inne. Naturalnie – lepsze. I tak ostatni absolwenci ośmioklasowych podstawówek czują się dużo lepsi od pierwszych absolwentów sześcioklasowych, ostatni maturzyści zdający obowiązkową matematykę czują się więcej warci od tych, którzy zdawali np. geografię czy historię. Przykłady można by mnożyć.
Powszechną prawdą jest to, że profesor z tak zwanego Zachodu tyle jest wart, ile osiągnięcia jego uczniów. Upraszczając: sukces studenta jest sukcesem profesora. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. W końcu jest to klasyczny wzorzec relacji mistrz – uczeń. To mistrz przygotowuje ucznia do tego, aby osiągnął on wyżyny swoich możliwości. W Polsce próżno szukać tzw. szkół tego czy innego profesora. O uczelnianych systemach punktów i punkcików, niewiele wartych stypendiach z jeszcze mniej wartych ośrodków, szkoda w ogóle pisać. Deficyt osiągnięć polskiej nauki jest widoczny niemal w każdej dziedzinie.
Nie od dziś wiadomo, że nauczyciel zamiast koncentrować się na pracy z młodzieżą, zmuszony został do uczestnictwa w kursach, podyplomówkach z niczego oraz innych superbzdurach warunkujących osiągnięcie zawodowego awansu. Uczeń już dawno stał się w tym ekosystemie jedynie złośliwym dodatkiem do pracy. Miarą tego, czy nauczyciel jest dobry czy zły, nie są osiągnięcia jego podopiecznych, lecz grubość teczki z własnymi dyplomami. Na domiar złego udało się wypracować cudowną metodę weryfikacji: kto i gdzie się nadaje, do jakiego gimnazjum, do jakiego liceum, wreszcie na jakie studia pozwolimy pójść Kowalskiej, a na jakie Nowakowi. Tradycyjne egzaminy zastąpiły wszechobecne testy. Coraz rzadziej, czego dowodzą kolejne afery z błędnie przygotowanymi odpowiedziami, opracowywane przez wysokiej klasy specjalistów. Ale czy to jest wina młodych ludzi? Czy pisząc im dzisiaj: oszukali Was, cokolwiek można zmienić? Chyba tylko pognębić i tak już mocno sfrustrowane pokolenie, coraz częściej z zazdrością spoglądające w kierunku koleżanek i kolegów z zachodniej Europy czy Stanów.
Prowadząc firmę zajmującą się szkoleniami dla biznesu empirycznie miewam okazję sprawdzać to, o czym tak dzisiaj głośno – poziom, zaangażowanie, a przede wszystkim wiedzę współczesnych studentów. Z reguły na kierunkach takich jak: ekonomia, marketing i zarządzanie czy dziennikarstwo; dodatkowo w rozmaitych alma mater: uniwersytetach, politechnikach, akademiach i szkołach wyższych. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wyrosło pokolenie ludzi, którzy nie umieją (bo też i nie uczono ich tego) selekcjonować treści, którymi bombardowani są każdego dnia. Przekonałem się również i o tym, że niekiedy mylą tzw. wiedzę na temat danego zagadnienia z wiedzą o tym, że takie zagadnienie w ogóle jest, co sprzyja, niestety, przedwczesnemu znużeniu choćby najciekawszym tematem. Wiem, że coraz trudniej dzisiaj trafić do młodego człowieka, acz jestem przekonany, że to, iż nie umie on skoncentrować się dłużej niż przez 10 sekund również nie jest do końca jego winą.
Łatwo jest dzisiaj gromić, że poziom kształcenia jest niski, że ludzie nie umieją sobie radzić na rynku pracy. Trochę trudniej spróbować pomóc tym, którzy zdaniem coraz większej rzeszy ekspertów są pokoleniem zmarnowanym. Tyle tylko, że to nic innego, jak babcine gadanie o doświadczeniu i mądrości, które wraz z siwizną spływają na człowieka. Od zawsze mnie ono śmieszyło. Dodam też, że kiedy spotyka mnie w biznesowym doradztwie coś absurdalnie głupiego, to z reguły ze strony pokolenia zdającego maturę z matematyki, bo tylko ono potrafi wpaść na pomysł pisania do biura podróży reklamacji z powodu kwitnących w morzu alg... Męczy mnie także stawianie karcących całe pokolenia tez jako pewnika, zwłaszcza ex cathedra. Ale jeszcze bardziej dokucza mi jałowość prowadzonego przy tej okazji dyskursu.
Abstrahując od wszystkiego, cała sytuacja przypomina skecz Jana Pietrzaka z lat 80., w którym to ojciec patrząc na swoje brudne, zasmarkane dziecko, rzuca od niechcenia: „Jadźka, myjemy? Czy robimy nowe?“ Kto wie, być może dobrym rozwiązaniem na początek byłoby wpisanie do statusu zawodowego tych, którzy tak chętnie oceniają rzeczywistość – o ironio – sami przecież kształtując postawy kolejnych pokoleń, pewnej znanej w niektórych kręgach zasady: primum non nocere, Mistrzu (z szacunkiem, w wołaczu).