Rozmawiam z ludźmi, często. Wprawdzie nie mogę stwierdzić, że zarabiam na życie opowiadaniem historii. Dodam, że szczerze i w pozytywny sposób zazdroszczę tym, którzy mogą z tego zrobić swoje życiowe credo. Nie wiem, dlaczego na tym nie zarabiam. Może za słabo opowiadam. A może dlatego, że kiedy już ktoś zwraca się do mnie po pomoc, to z reguły nie mam sumienia wystawiać faktury. Zresztą, komu... bankrutowi?
REKLAMA
Uzależnienie
Każde jest złe. Bez względu na sferę życia, której dotyczy. A już uzależnienie w biznesie jest czymś absolutnie tragicznym. Ile uzależnień, tyle ludzkich dramatów. Co najmniej dziesięciu bankrutów spotkałem w pierwszym kwartale tego roku. Każdy z nich miał mi do powiedzenia jedno: uzależniłem się. Od dostawcy, od partnera biznesowego, od klienta, od sezonowości (sic!) produktu. Bez wątpienia uzależnienie cechuje każdy nowopowstający ebiznes. Ba! Sami do niego dążymy. Jak to? Zapyta ktoś podejrzliwie. Ano, tak to. Kiedy już otwieramy firmę i łapiemy pierwszego dużego klienta, zachwyceni wysokością faktury zapominamy o tym, że klient dzisiaj jest, a jutro już go nie ma, że ta relacja nigdy nie będzie trwała, choćbyśmy nie wiem jak się starali. Kiedy zaczynamy sprzedaż, poszukujemy dostawcy, hurtownika. Spośród dziesiątek ofert wybieramy w końcu tego jednego jedynego upragnionego, który daje nam najtaniej, a kiedy już wszystkich mamy obrażonych i niczym bohater Barei do Bydgoszczy będziemy jeździć, okazuje się, że ten nasz ukochany dostawca właśnie nie ma dla nas towaru, bo miłość w biznesie jeszcze częściej niż w życiu bywa... złudna i jednostronna. Od partnera biznesowego uzależniamy się często, zwłaszcza wtedy kiedy działamy w sektorze usług. W końcu traktujemy go jak kogoś ze swojego teamu. I tylko zdziwieniu naszemu nie ma końca, że któregoś razu on już nie potrzebuje naszego pośrednictwa w kontakcie z klientem, bo w sumie dlaczego miałby coś zrobić dla nas, skoro może bezpośrednio dla naszego zleceniodawcy... Od sezonowości sprzedaży uzależniamy się równie łatwo. W końcu sprzedając rowery, ostatnie pięć lat boom przeżywaliśmy w maju (pierwsza komunia) i w czerwcu (wakacje). Aż tu nagle, trach! Nie ma sprzedaży! Ktoś podlansował wzorzec i na komunię dobra ciocia kupuje quada, a nie rowerek. A wakacje dziecko spędzi przed upragnionym PlayStation, a nie na dwóch kółkach. Koniec. To se ne vrati.
Każde jest złe. Bez względu na sferę życia, której dotyczy. A już uzależnienie w biznesie jest czymś absolutnie tragicznym. Ile uzależnień, tyle ludzkich dramatów. Co najmniej dziesięciu bankrutów spotkałem w pierwszym kwartale tego roku. Każdy z nich miał mi do powiedzenia jedno: uzależniłem się. Od dostawcy, od partnera biznesowego, od klienta, od sezonowości (sic!) produktu. Bez wątpienia uzależnienie cechuje każdy nowopowstający ebiznes. Ba! Sami do niego dążymy. Jak to? Zapyta ktoś podejrzliwie. Ano, tak to. Kiedy już otwieramy firmę i łapiemy pierwszego dużego klienta, zachwyceni wysokością faktury zapominamy o tym, że klient dzisiaj jest, a jutro już go nie ma, że ta relacja nigdy nie będzie trwała, choćbyśmy nie wiem jak się starali. Kiedy zaczynamy sprzedaż, poszukujemy dostawcy, hurtownika. Spośród dziesiątek ofert wybieramy w końcu tego jednego jedynego upragnionego, który daje nam najtaniej, a kiedy już wszystkich mamy obrażonych i niczym bohater Barei do Bydgoszczy będziemy jeździć, okazuje się, że ten nasz ukochany dostawca właśnie nie ma dla nas towaru, bo miłość w biznesie jeszcze częściej niż w życiu bywa... złudna i jednostronna. Od partnera biznesowego uzależniamy się często, zwłaszcza wtedy kiedy działamy w sektorze usług. W końcu traktujemy go jak kogoś ze swojego teamu. I tylko zdziwieniu naszemu nie ma końca, że któregoś razu on już nie potrzebuje naszego pośrednictwa w kontakcie z klientem, bo w sumie dlaczego miałby coś zrobić dla nas, skoro może bezpośrednio dla naszego zleceniodawcy... Od sezonowości sprzedaży uzależniamy się równie łatwo. W końcu sprzedając rowery, ostatnie pięć lat boom przeżywaliśmy w maju (pierwsza komunia) i w czerwcu (wakacje). Aż tu nagle, trach! Nie ma sprzedaży! Ktoś podlansował wzorzec i na komunię dobra ciocia kupuje quada, a nie rowerek. A wakacje dziecko spędzi przed upragnionym PlayStation, a nie na dwóch kółkach. Koniec. To se ne vrati.
Nie mam, ale sprzedam
Dziwacznie pojmowana idea pośrednictwa biznesowego. Tak można by zdefiniować wiele ebiznesów obecnych w rozmaitych (i to wcale nie tych wiodących!) serwisach. Pewien paradoks wyłania się właśnie z tego, że ktoś mając dość płacenia prowizji czy opłat za wystawianie towaru, ucieka na produkty aukcjopodobne. I o ile tę uczciwość (ostatecznie nie można płacić za wystawianie czegoś, czego się nie ma) jeszcze rozumiem, o tyle nie mogę nijak pojąć, skąd to przeświadczenie, że to się uda. A wbrew pozorom ciągoty do takiego prowadzenia ebiznesu ma wielu. Spotkałem całkiem niedawno człowieka, który w czasie wykładu wstał i powiedział, że jego to co ja mam do powiedzenia na temat logistyki w ogóle nie interesuje, bo – tu cytat – prawda jest taka, że i tak sprowadzę towar dopiero, jak dostanę przelew, bo tak robią wszyscy. Gratuluję odważnego postawienia tej palącej wielu eklientów sprawy wprost. Tyle tylko, że z reguły udaje się to tylko na krótką metę. Tym, którym nie powiodło się w serwisie wiodącym, pozostały jedynie echa dawnej świetności i dostęp do karty sprzedawcy, na której aż roi się od negatywów. Przypominam prawda jest taka. Ech...
Dziwacznie pojmowana idea pośrednictwa biznesowego. Tak można by zdefiniować wiele ebiznesów obecnych w rozmaitych (i to wcale nie tych wiodących!) serwisach. Pewien paradoks wyłania się właśnie z tego, że ktoś mając dość płacenia prowizji czy opłat za wystawianie towaru, ucieka na produkty aukcjopodobne. I o ile tę uczciwość (ostatecznie nie można płacić za wystawianie czegoś, czego się nie ma) jeszcze rozumiem, o tyle nie mogę nijak pojąć, skąd to przeświadczenie, że to się uda. A wbrew pozorom ciągoty do takiego prowadzenia ebiznesu ma wielu. Spotkałem całkiem niedawno człowieka, który w czasie wykładu wstał i powiedział, że jego to co ja mam do powiedzenia na temat logistyki w ogóle nie interesuje, bo – tu cytat – prawda jest taka, że i tak sprowadzę towar dopiero, jak dostanę przelew, bo tak robią wszyscy. Gratuluję odważnego postawienia tej palącej wielu eklientów sprawy wprost. Tyle tylko, że z reguły udaje się to tylko na krótką metę. Tym, którym nie powiodło się w serwisie wiodącym, pozostały jedynie echa dawnej świetności i dostęp do karty sprzedawcy, na której aż roi się od negatywów. Przypominam prawda jest taka. Ech...
Dobrze się sprzedaje
Strategia, 4P, 4C, 7P, długi ogon, Pareto etc., etc. Eeeeee tam. Ważne, że dobrze się sprzedaje – słyszę od poznanego niedawno bankruta in spe. A to, że nie wiem dlaczego ani też kto jest tak naprawdę moim klientem, to przecież nic takiego – dodaje. To mi zaszkodzić nie może. Przynajmniej dopóty dopóki mamy w sklepie towar. A ten mieć będziemy, bo stale zamawiamy nowy – ciągnie swój wywód. Nie tylko ten jeden nieszczęśnik tak robi. W końcu sprzedawcy zamawiają towar stale. Także wtedy, kiedy jeszcze poprzednia partia półkowników nie opuściła magazynu. To nic podejrzanego. Nie kupili w maju, kupią w czerwcu. W końcu to nie krewetki, żeby się zmarnowały. W czerwcu też nie, to może w lipcu, a jeśli i w lipcu nie, to w sierpniu na pewno. Ewentualnie we wrześniu zrobi się rabat. To przecież dobry pomysł, prawda? Tak, rabat, na przykład na leżaki i stroje kąpielowe jest we wrześniu strzałem w dziesiątkę. W końcu zawsze są ci, którzy na wczasy lecą dopiero w październiku. I tylko jeden kłopot jawi się na horyzoncie, dlaczego rok temu wykupili już wszystko w kwietniu? Ale, ale... kto wykupił? A kim oni byli? Młodzi? Starzy? Kobiety? Mężczyźni? Nieeee... dzieci. Oczywiście, to były dzieci. W końcu to były artykuły do przydomowych basenów, dmuchane kaczki i inne koła ratunkowe, takie tam... Nic to, trzeba jeszcze trochę dokupić. W końcu towaru nigdy za dużo. Najważniejsze, że ...dobrze się sprzedaje!
Strategia, 4P, 4C, 7P, długi ogon, Pareto etc., etc. Eeeeee tam. Ważne, że dobrze się sprzedaje – słyszę od poznanego niedawno bankruta in spe. A to, że nie wiem dlaczego ani też kto jest tak naprawdę moim klientem, to przecież nic takiego – dodaje. To mi zaszkodzić nie może. Przynajmniej dopóty dopóki mamy w sklepie towar. A ten mieć będziemy, bo stale zamawiamy nowy – ciągnie swój wywód. Nie tylko ten jeden nieszczęśnik tak robi. W końcu sprzedawcy zamawiają towar stale. Także wtedy, kiedy jeszcze poprzednia partia półkowników nie opuściła magazynu. To nic podejrzanego. Nie kupili w maju, kupią w czerwcu. W końcu to nie krewetki, żeby się zmarnowały. W czerwcu też nie, to może w lipcu, a jeśli i w lipcu nie, to w sierpniu na pewno. Ewentualnie we wrześniu zrobi się rabat. To przecież dobry pomysł, prawda? Tak, rabat, na przykład na leżaki i stroje kąpielowe jest we wrześniu strzałem w dziesiątkę. W końcu zawsze są ci, którzy na wczasy lecą dopiero w październiku. I tylko jeden kłopot jawi się na horyzoncie, dlaczego rok temu wykupili już wszystko w kwietniu? Ale, ale... kto wykupił? A kim oni byli? Młodzi? Starzy? Kobiety? Mężczyźni? Nieeee... dzieci. Oczywiście, to były dzieci. W końcu to były artykuły do przydomowych basenów, dmuchane kaczki i inne koła ratunkowe, takie tam... Nic to, trzeba jeszcze trochę dokupić. W końcu towaru nigdy za dużo. Najważniejsze, że ...dobrze się sprzedaje!
