Na Międzynarodowy Kongres Kosmetyczny LNE & SPA, który odbywał się w Krakowie, pojechałem z ogromną przyjemnością i z jeszcze większą pojadę przy kolejnej okazji. Moim celem było przekonać branżę kosmetyczną do ecommerce. Lekka prezentacja ze wskazaniem kilku najnowszych trendów, ot cały pomysł na to, jak zaszczepić ideę, że czego nie ma w google, tego nie ma w ogóle. Autoironicznie i z właściwym sobie przekąsem wysnułem nawet teorię, że jestem chodzącym dowodem na to, iż się zakłady kosmetyczne za słabo w sieci promują, ponieważ wciąż nie wiem, co to jest ta mikrodermabrazja, czy jakoś tak… Nawet nie spodziewałem się, że będę miał okazję wejść w polemikę z którymkolwiek prelegentem, ponieważ większość tematów oscylowała wokół ściśle branżowych, zgodnych z ideą kongresu, zagadnień. Ku mojej radości, ale i pewnemu zasmuceniu stało się jednak inaczej.

REKLAMA
Przed moim wystąpieniem pojawiła się prelegentka, której celem, jeśli dobrze zrozumiałem ideę wystąpienia, było wbicie szpili zakupom grupowym. Bardzo mnie to zaciekawiło, zwłaszcza jako osobę sceptycznie podchodzącą do tego modelu biznesowego. Ponieważ przedmówczyni reprezentowała branżę, sama będąc posiadaczką salonu kosmetycznego, toteż byłem przekonany o tym, że takie case study z życia będzie niezwykle pouczające. Historia tego, jak kilka(naście) miesięcy temu do salonu zgłosił się przedstawiciel handlowy jednego z serwisów (nie padła nazwa), namawiając do wystawiania produktów (usług), oczywiście ze stosownymi – właściwymi idei zakupów grupowych – rabatami, miała wszystkich wprowadzić w temat właściwy: „Zakupy grupowe. Szansa i zagrożenie”. Zdumieniu mojemu nie było jednak końca, kiedy konsekwentnie przez ponad pół godziny trwała tyrada: jakie to zakupy grupowe są złe, że salony nie szanują się, pozwalając na rabaty 70%, wreszcie – co mnie niezmiernie rozbawiło – że niektóre usługi są uprzywilejowane (sic!) i się tam nie wystawiają, tu cytat: „na przykład seksualne”. Ja tylko nieśmiało zauważę, że usługi seksualne nie sprzedają się w oficjalnym obiegu wcale. Byłem jednak przekonany, że to tajemnica Poliszynela, a tu proszę… Całe wystąpienie było niezwykle emocjonalne. Coraz trudniej wsłuchiwałem się w kolejne pytania. W pewnym momencie odniosłem nawet wrażenie, że prezentacja ma wbudowany moduł „repeat all”.
I stało się to, czego się spodziewałem. Ja przecież przyjechałem powiedzieć tej branży, że ecommerce jest dla nich, że obecność w internecie, że promocja, że budowanie marki, że to, że tamto…, ale stojąc przed kilkusetosobowym audytorium, chyba pierwszy raz w życiu publicznie broniłem zakupów grupowych, argumentując, że nie są one i nigdy nie były modelem biznesowym, który utrzymuje cały ekosystem: sprzedawca, pośrednik, nabywca. Od początku w polskim, ale i nie tylko, wydaniu odnosiły się one do modelu utrzymującego przede wszystkim pośrednika, dając ogromny (acz niekiedy przereklamowany) bonus nabywcy. Sprzedawca dostawał mityczne „miejsce w sieci” lub – jak ktoś woli – „miejsce na Twoją reklamę”. I nic więcej. Oczywiście zdarzają się i takie produkty czy usługi, które pozwalają zarabiać wszystkim stronom tego interesu, ale to, co trzeba wyraźnie podkreślić, niezmierna rzadkość. O obecności w serwisach zakupów grupowych (podobnie jak o obecności w wielu serwisach resellingowych) mówiło się i mówi jako o koszcie marketingowym (jeśli ktoś przypadkiem jeszcze na tym zarabia, to super). Koszcie – dodajmy – i tak znacznie mniejszym, niż jakakolwiek inna reklama nowopowstałego przybytku usługowego. Tyle tylko, że to nie ja powinienem bronić tego rozwiązania, bo mój interes w tym żaden, a jako niezależny specjalista mogę się z równym zainteresowaniem przyglądać i temu, co się rozwija, jak też i temu, co upada. Cyniczne? Nie, prawdziwe.
Czego zabrakło w przypadku omawianym przez moją przedmówczynię? Przede wszystkim: strategii działu handlowego, ale też wiedzy handlowca na temat produktu, który sprzedaje. Jednym słowem: elementarza. Ktoś, nie dowiem się nigdy kto, przyjął zasadę: jednorazowo zarobić na danym salonie. Tyle tylko, że ten salon, a wraz z nim być może kilkaset innych, których właściciele byli tego dnia na kongresie, już się w serwisie zakupów grupowych nie pojawi. „Dlaczego? Przecież broniłeś ten model”, ktoś zapyta. Dlatego że dużo ważniejszym – ze zrozumiałych względów – głosem na tej sali, był głos właścicielki salonu, która miała prawo poczuć się oszukana, bo ktoś nie umiał wytłumaczyć jej, za co tak naprawdę płaci i na co tak naprawdę się decyduje, a nie mój – głos człowieka, który przyszedł namawiać zgromadzonych do dodatkowych inwestycji.