Nie będzie to kolejny tekst o strategiach dla startupowców, nie będzie to również enty zbiór złotych myśli dla początkujących. Po pierwsze, są w tym zakresie znacznie lepsi ode mnie; po drugie, temat w ostatnich tygodniach został tak zmielony, że byłoby to trochę jak praca naukowa z dziedziny historii literatury, np. „Poznańskie/warszawskie/gdańskie (niepotrzebne skreślić) ślady Wincentego Skądinąd (tu podłożyć dowolne nazwisko) w literaturze niedawnej/dawnej (niepotrzebne skreślić)”. Czyli, jak powszechnie wiadomo, tu cytat, tam cytat i sto stron przypisów.
REKLAMA
Będąc obserwatorem krajowego rynku (w Stanach byłem do tej pory wyłącznie turystycznie), mam graniczące z pewnością przeczucie, że cały ten spór między ideą a produktem jest mocno jałowy, bo o ile trudno nie zgodzić się z tymi, którzy twierdzą, że wielkich idei jakoś nie widać, to i trudno nie przyznać racji tym, którzy niczym z procy wystrzeliwują w rozmaitych dyskusjach kolejne przykłady udanych produktów.
Mnie z całego tego startupowego zamieszania interesuje jeden aspekt. I to nie z powodów biznesowych, a czysto socjologicznych. Dlaczego na naszym krajowym podwórku tak bardzo skupiamy się na samej prezentacji, a nie na pomyśle czy szansach na stworzenie (dywergencję?) produktu. Przyczyn, które odkryłem, jest kilka. Rzecz jasna, mam świadomość tego, że prezentacja jest ogromnie ważna. Po pierwsze, uczy selekcji informacji, a to w biznesowym życiu istotna umiejętność. Po drugie, jest świetnym treningiem przed rozmową z inwestorem. Występujący otrzymuje czytelny sygnał: nigdy nie będziesz miał więcej czasu. Jeśli spotkasz inwestora, to on prawdopodobnie nie poświęci go więcej, niż miałeś na którymkolwiek startupowym konkursie. Masz kilkanaście może kilkadziesiąt sekund na to, aby przedstawić komuś pomysł. I albo ktoś ci pomoże (=wyłoży pieniądze i zabierze co najmniej 35%), albo nie.
I wszystko to wydawać by się mogło całkiem zrozumiałe i nawet zasadne, ale… Czy akurat w naszym kraju naprawdę najważniejsze jest to, czy ktoś się przy swojej prezentacji poci i stęka? Może jednak warto by częściej sprawdzać, który pomysł ma realne podstawy biznesowe, a nie tylko to, który może mieć „charyzmatycznego” (cóż za nietrafiony w kontekście jego późniejszej marionetkowości przymiotnik) prezesa. To jednak robi się bardzo rzadko i, z uwagi na charakter takich imprez, zwykle niedokładnie. Nie umiesz mówić? Zgiń, przepadnij. Tak w skrócie brzmi wskazówka numer jeden i kolejnych dziesięć. Tyle tylko, że akurat w naszym kraju od najmłodszych lat człowiek spotyka na swojej drodze nauczycieli, który próbując wyrobić się z programem, nie zadają pytań, lecz przez 12 lat prowadzą wykłady, a potem (na studiach) jest już tylko gorzej. I między innymi dlatego, według mnie, nie ma sensu ścigać się na siłę z zachodnimi prelegentami, zwłaszcza że zdecydowana większość z nich to jednak, będę się upierał, stand-upowcy, a nie startupowcy. I to jest zupełnie niesubtelna różnica.
Przeczytałem niedawno, że polskiego Zuckerberga nie będzie. Trudno powiedzieć, być może już był, ale przepadł, to w końcu podobno introwertyk...
