Premierą tej gry żyło się od dawna. Tytuł Diablo III elektryzował starych fanów. Wprawiał w drżenie tych, którym nieprzespane noce nad dwójką wywróciły na kilka lat rytm biologiczny. Krew szybciej biła w żyłach wszystkich, którzy pamiętali, jak po kupieniu hunters bow można było przy odrobinie taktyki pokonać słynnego butchera z legendarnej już dzisiaj pierwszej części. W wielu głowach do dzisiaj pobrzmiewa okrzyk: aaa fresh meat…

REKLAMA
W gry nie gram od dawna. Nie, nie wyrosłem. Skądże, żaden facet nie wyrasta. Po prostu jak wielu trzydziestolatków nie mam już dzisiaj na nie czasu. Ale ostatni tytuł Blizzarda sprawił, że i mnie się udzieliło. Skompletowałem wszystko bardzo starannie, kupiłem nowy komputer (żeby wszystko działało jak trzeba), dołożyłem do tego solidny pakiet internetowy (mając na uwadze to, że rozgrywka ma być prowadzona wyłącznie przez sieć), wreszcie w dniu premiery cieszyłem się jak dziecko, trzymając w dłoniach upragniony produkt. Zdobyty nie bez trudu i tylko dzięki pomocy przyjaciela, który akurat mógł się urwać z pracy.
Czy był wart swej ceny, czy rekord sprzedanych kopii, czy grywalność, czy to, czy tamto… Tego nie wiem. Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Wiem natomiast jedno. To ostatnia gra firmy Blizzard, jaką kupiłem w swoim życiu. Powodem wbrew pozorom nie są zawalone noce czy przekładane spotkania biznesowe (kiedyś trzeba jednak spać). Powodem jest zdrowie. W pewnym wieku nie wolno już tak beztrosko narażać się na zawał, a kontakt z produkcją Blizzarda bez wątpienia jest największym poznanym przeze mnie w ostatnich latach czynnikiem wzmożonego ryzyka.
Zacznę od początku. Premiera to jedna wielka pomyłka. Totalny brak przygotowania. Serwery umożliwiły raptem trzygodzinną rozrywkę (kto kiedykolwiek wciągał się w gry typu hack and slash, ten wie, że to nawet nie jest początek zabawy). Po trzech godzinach pozostało nam (piszę nam, ponieważ w dniu premiery umówiłem się z dwójką znajomych) …jedynie porozmawiać o grze i o tak zwanych wrażeniach. Upór czyni swoje, zatem z mniejszym i większym trudem po przeszło stu godzinach gry przeszedłem trzy pierwsze poziomy trudności. Czwarty jest idiotycznie trudny, więc nawet nie próbuję się z nim mierzyć. Może jestem już za stary, kto wie.
Kłopoty Blizzarda to pewna stała towarzysząca premierom, że wspomnę tylko o dodatkach do WoW. Niestety, Blizzard nie wyciąga wniosków, a klientów ma za, delikatnie ujmując, niezbyt rozgarniętych. Od kilkudziesięciu godzin rozgrywka uniemożliwiana jest graczom, a patronat nad wydarzeniem objęła liczba: 37. Dokładnie ten numer błędu mogą zobaczyć wszyscy, którzy zechcą się zalogować.
Czy piszę to jako sfrustrowany podstarzały geek, któremu ktoś popsuł zabawkę? Nie, piszę to jako mieszkaniec kraju, w którym temat piractwa powraca co chwilę, a ostatnio przetoczył się przy okazji ACTA. Kraju, w którym każdy gotów drugiego nazwać złodziejem. Profilaktycznie, bo jeden ma, a drugi nie. Dzisiaj ja czuję się okradziony. O ironio, z powodu zabezpieczeń przed tymi, co kradną. Blizzard politykę antypiracką ma bowiem moim – laika, to ważna wstawka – zdaniem dopracowaną do perfekcji. Wszystko zostało przeniesione do świata wirtualnego, uzależnione od posiadania konta, certyfikatu, numeru seryjnego i czego tam jeszcze, nawet nie chce mi się wymieniać. Nad rozgrywką czuwa gospodarz domu… wróć, serwer, który Cię, drogi potencjalny graczu, uwierzytelni lub nie. Z reguły nie. Ale za to możesz się dowiedzieć, że odpowiedni dział o wszystkim wie i – rzecz jasna – pracuje w pocie czoła nad rozwiązaniem problemu.
Całe to zamieszanie przywiodło mi na myśl, że jednak technologia żadnego wymiernego rozwoju nie przynosi. Po setnej nieudanej próbie logowania przyszło mi bowiem do głowy, że przecież tak naprawdę cała ta sytuacja nie różni się zbytnio od czasów, w których trzaśnięcie drzwiami w wykonaniu któregoś z rodziców potrafiło zatrzymać proces wgrywania się gry na magnetofonie podłączonym do atari lub commodore… No, może za wyjątkiem tego, że jak nikt nie trzaskał, to gra się jednak wgrała, a w przypadku serwerów Blizzarda nie jest to już takie pewne.
Jechać na legendzie też trzeba umieć. Dotychczas byłem pewien, że kto jak kto, ale właściciel tego tytułu potrafi robić to z klasą. Dziś wiem, że jednak nie. O co Wam chodzi? Dostaliście naszą wspaniałą grę. Teraz zaczniemy wprowadzać co miesiąc poprawki, a wy cieszcie się, że w ogóle możecie ją od czasu do czasu włączyć. Tak zdaje się przemawiać do wszystkich zawiedzionych wielki Blizzard. I krzyk mojego wewnętrznego dziecka na nic się tutaj zdaje, niestety.
Dlaczego w ogóle pozwalam sobie na taki wpis w dziale, było nie było, pieniądze? Jeszcze niedawno można było przeczytać zachwyty nad komercyjnym sukcesem Diablo III. Sam im zresztą przejściowo uległem. Tymczasem dzisiaj coraz głośniej mówi się o tym, w jak skandaliczny sposób swoich klientów traktuje firma Blizzard. Powstają już nawet petycje, jak ta.
Ciekawostką w tym wszystkim może być fakt, że nawet Koreański rząd postanowił w biurach Blizzarda przeprowadzić kontrolę, o czym przeczytać można tutaj.
Czy mnie to w jakiś sposób cieszy albo uspokaja? Nie, mi to już, drodzy Panowie z Blizzarda, tito.. Na mnie nie zarobicie już ani złotówki. Nigdy.