Starsi czytelnicy być może pamiętają sztukę „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna“ w reżyserii Olgi Lipińskiej. Trafił on do złotej setki Teatru Telewizji, dzięki czemu po wielu latach można nabyć DVD z zapisem tego świetnego i pouczającego dzieła. A cóż ma ono wspólnego z ecommerce, zapyta ktoś zmylony tym czysto kulturowym odnośnikiem?
REKLAMA
Otóż wiele. W szczególności wiele ma wspólnego z tak zwanym mitem odbioru osobistego. Rozpisywałem się już wiele razy na temat tego, jak mylącym tropem dla niewprawnego sprzedawcy jest umożliwianie odbioru osobistego. Na pozór same korzyści. W końcu klient przyjdzie sam, odbierze produkt, oszczędzi na kosztach wysyłki, a do tego od razu będzie mógł stwierdzić: czy wszystko jest OK, czy też nie.
I pozór ten rację bytu ma tylko w jednym przypadku. Kiedy siedziba firmy „zaprasza do siebie“, kiedy jest się czym pochwalić przed potencjalnym klientem. Inaczej rzecz prezentuje się, kiedy magazynem początkującego eSprzedawcy jest własne M3, a konkretniej pawlacz lub, co gorsza, komora na pościel pod wersalką. Takie rozwiązanie może przynieść dla sprzedającego wiele strat. I nie tylko dlatego, że babcia nie zejdzie z wersalki, podczas gdy zniecierpliwiony klient będzie oczekiwał na swoją książkę lub płytę; nie tylko dlatego, że niemowlę przełożone przez matczyne ramię postanowi zrobić to, co ma w określonej porze w zwyczaju, a wszystko „na oczach“ przerażonego klienta.
Początkujący eSprzedawcy mają skłonności do zapominania o tym, że w sieci handlują wyobrażeniem o produkcie, nie zaś samym produktem. Wyobrażenie buduje się niezwykle starannie: zaczynając od stworzenia sklepu internetowego, który nie odbiega funkcjonalnościami od najlepszych konkurentów na rynku; dbając o każdy szczegół w opisie i o to, aby zdjęcie zrobione było jak najlepiej i pozwalało klientowi zapoznać się z produktem prawie jak w fizycznym sklepie. Prawie nie zawsze robi różnicę. Różnicę robi to, co się w tym „prawie“ zawrzeć może. Blaszakiem, straganem, polowym łóżkiem i własnym komandorem wyobrażenie o stworzonym przez siebie ecommerce można, niestety, wyłącznie zniszczyć.
Ehandel jest sztuką. Zresztą sprzedaż wyobrażeń wpisuje się w jej paradygmaty doskonale. Jeśli zatem nie chcemy, niczym tytułowi bohaterowie wzmiankowanego dzieła Ivo Brešana, robić podróbki ze sztuki, nie zmuszajmy klienta do wdychania wątpliwej aury domowego pawlacza, mimo że kisiły się w nim dotąd tylko „świąteczne“ ogórki...
