Lato mija, a ja tymczasem nie mogę doczekać się powrotu studentów. Rozmowa z młodymi ludźmi to najlepsze, co może spotkać każdego, kto chciałby kiedykolwiek zweryfikować swoje poglądy na temat otaczającej go rzeczywistości.

REKLAMA
Zacznę jednak od tego, że w ubiegłym roku (akademickim) miałem przyjemność jednego dnia prowadzić wykłady (z logistyki oraz szeroko rozumianej strategii w ebiznesie) w dwóch różnych uczelniach: jednej technicznej, drugiej ekonomicznej. Tytuł wykładu był wprawdzie skonstruowany tak samo, ale rozmowy na temat biznesu potoczyły się w bardzo różnych kierunkach. Nie oceniając żadnego z nich, przyznać muszę, że zaczynam z każdym rokiem uczyć się od studentów czegoś nowego. I tak między biznes planem, dropshippingiem a Sello, rozmowa zeszła na tematy... a jakże - startupowe.
Korzystając z dużego, młodego, a przede wszystkim głodnego wiedzy audytorium, postanowiłem podpytać nieco o fenomen Instagramu (będącego wówczas na ustach wszystkich, którzy choć trochę interesują się tematami szeroko rozumianego internetu). Chciałem dowiedzieć się, co zdaniem młodych ludzi (by nie rzec „targetu“) stoi za sukcesem aplikacji, którą Facebook wycenił na okrągły miliard dolarów. Wśród wielu argumentów, które padały z różnych części sali, jeden szczególnie przypadł mi do gustu. Prostota. Istotnie, aplikacja nie wymaga tak naprawdę żadnej wiedzy na temat fotografii, a przecież pozwala robić efektowne, ładne zdjęcia (nie, nie sweet focie).
Mając przed sobą jednego dnia sporą „próbę“ do badań focusowych, zadawałem dużo pytań, chcąc choć na chwilę pozyskać optykę, której od ładnych kilku lat mi brakuje. Pewnej świeżości w spojrzeniu na to, co dzieje się dookoła. I tak przy pytaniu: czy biznes plan jest nam w ogóle dzisiaj do czegokolwiek potrzebny, usłyszałem odpowiedź, która z pozoru burzy pewien z góry ustalony porządek, ale bardzo mi się spodobała: „przede wszystkim liczy się pomysł“ (pozdrawiam z tego miejsca studenta, autora odpowiedzi, niestety dla mnie – anonimowego). To prawda, liczy się pomysł.
W latach 90. próby pozyskania jakichkolwiek dofinansowań obarczone były koniecznością przygotowania solidnego biznesplanu, w którym to rozpisywało się cele, progi do osiągnięcia, strategie krótko i długofalowe, wreszcie szanse i zagrożenia, a nawet plany kolejnych zatrudnień. W końcu chodziło o to, aby urzędnik wiedział, czy pieniądze się zwrócą, czy nie. A może chodziło o coś innego? Jakby nie patrzeć, to jednak inna epoka. Dzisiaj czas płynie nieubłaganie, a jakakolwiek, pisząc kolokwialnie, „obsuwa“ czy też wypadnięcie z ogólnie narzuconego tempa życia, może się skończyć biznesową katastrofą.
Czytując tu i ówdzie felietony o tym, jak to u nas nic się nie dzieje, a także o tym, że wszędzie powstają nowe świeże pomysły, tylko nie u nas, zacząłem rozważać przyczyny takie stanu rzeczy. Wiele mówi się o tak zwanym czynniku ludzkim. Dwojako rozumianym: raz, jako nośniku potencjału, którego zdaniem niektórych nie ma; dwa, jako o pewnym metodologicznym skażeniu minioną epoką, i tym wreszcie, że nic nie zmienia się tam, gdzie się zmienić powinno: na uczelni. Ostatni argument paruję od razu, ponieważ nie będąc etatowym wykładowcą żadnej wyższej uczelni, prowadzę w ramach kontraktów zajęcia niemal w całej Polsce, mając okazję spotkać się z bardzo odpowiedzialnymi i świetnie zorientowanymi w obecnych realiach studentami oraz kadrą. Także z pierwszym argumentem zgodzić się nijak nie mogę, ponieważ ze studentami wiele razy wymyślałem na bieżąco strategię dla produktu, którego przynajmniej wedle mojej wiedzy nie ma (nie było), a który mógłby być hitem na miarę instagramu (by nie być gołosłownym, ładnych kilka miesięcy temu na tapecie była aplikacja, która po zrobieniu zdjęcia zawartości lodówki pokazywała, co można szybko zrobić do zjedzenia wykorzystując produkty, które mamy, a dodatkowo – na czymś trzeba przecież zarabiać – co i gdzie można by dokupić, aby sałatka czy zapiekanka były pełnowartościowe). Pomysł, przynajmniej w świetle mojej wiedzy, był mój (żart). Jeśli ktoś wpadł na taki sam i już zrealizował, niechaj da znać, jak z monetyzacją, może podrzucę gotową strategię ;)
Pozostaje jednak argument drugi, ale nie jest on tylko reliktem przeszłości. To trochę tak, jakby na siłę twierdzić, że biurokracja jest dzisiaj mniejsza niż kiedyś. Niestety, wielu młodych ludzi musi skoncentrować się na pisaniu projektów pod konkretne wymagania, a nie dla biznesu. Tworzy się tym samym zastępy kolejnych – podobnych do siebie – produktów, które prawdopodobnie nigdy nie zostaną upowszechnione czy choćby sprzedane na nieco szerszą niż lokalna skalę, ale za to świetnie wpisywały się w wymogi ...innowacyjnej gospodarki. W końcu komuś te dofinasnowania trzeba dać, inaczej zabiorą. I aby nie kończyć tak smutną konstatacją, pocieszam wszystkich „zażenowanych“ poziomiem polskich pomysłów na biznes, że tam, gdzie bywam – w rozmaitych alma mater, w których kształcą się przyszli płatnicy mojej emerytury, na którą pewnie nie pójdę, bo też i się nie wybieram – wciąż jeszcze najważniejszy jest ...pomysł.