Rozmawiam ostatnio z jedną klientką. Po krótkiej wymianie uprzejmości pada pytanie: czy będzie mnie stać na Pańską usługę? Chwila ciszy z mojej strony, po której wydobywam z siebie: słucham? Zdziwieniu mojemu nie ma końca, ponieważ w zasadzie nawet nie ustaliliśmy zakresu współpracy ani też nie określiliśmy podstawowego problemu. W głowie świdruje mi myśl: czyżbym gdzieś, w jakiejś dotychczasowej rozmowie z kimkolwiek, przesadził, a wieść gminna rozniosła się tu i ówdzie? Chyba nie… Ale, ale, zastanawiam się potem dość długo nad tym zdarzeniem: jaką wizję w naszym kraju ma tak zwany ekspert. Piszę tak zwany, bo rzadko kiedy dane mi spotkać prawdziwego.
Problem numer trzy: koturn tylko w esperanto!
Dzień dobry, czy może mi Pan pokazać przykładowe realizacje stworzone dla Pańskich klientów? „Tego, niestety, nie mogę pokazać, ponieważ obowiązują mnie umowy o poufności” – słyszę w odpowiedzi na pytanie, często zwracając się do potencjalnych podwykonawców tej czy innej usługi (nie, nie znam się na wszystkim, nie jestem od wszystkiego, uchowaj Boże). O ile mi wiadomo, a sam takich umów (NDA) podpisuję kilka rocznie, obowiązują one w fazie przygotowawczej projektu, a głównym obszarem poufności jest sam pomysł i ewentualne uzyskane w trakcie realizacji dane liczbowe, finansowe na temat przedsiębiorstwa/firmy, z którą się współpracuje, lecz kiedy „to” ma już swoją stronę i przede wszystkim działa, to chyba jednak można się pochwalić: robiłem to, stałem za produkcją tego, mam referencje. Sęk w tym, że niewielu robiło. Nie tylko to, ale i cokolwiek.
