www.ratrace.dk

Wszyscy jarają się jak ktoś odchodzi z korporacji, żeby zacząć hodować warzywa, jeździć po świecie, realizować się. Rzeczywiście, przyznaję, jest się czym jarać – w końcu wszyscy taką brawurową akcję nagradzają brawami, mówią „ale decyzja, podziwiam” i przyznaję, że nie raz koledze takie gratulacje składałam.

REKLAMA
3 miesiące temu, czytając na natemat.pl artykuł Weroniki J. Lewandowskiej pt. „Nie siedź na studiach, bo tak chciała mama. Rzuć je, działaj!” siedziałam wbita w fotel nie wierząc w to, co czytam. Dziewczyna pisząc o swoich wycieczkach z domu na uniwersytet (3km piechotą, czyli musi mieszkać gdzieś na TARCHOMINIE, hehe), przekonywała wszystkich, że studia są trochę bez sensu, bo odbierają możliwość realizowania siebie i swoich zainteresowań. To samo zarzuca się korporacjom – odbierają możliwość realizowania się.
Mam 23 lata i do tej pory byłam na 4 stażach w miejscach, o których marzą moi koledzy – w magazynach modowych, warszawskich agencjach reklamowych i organizacjach związanych z kulturą. Za ani jeden staż nie dostałam wynagrodzenia, mimo, że do moich obowiązków należało opracowanie kampanii reklamowych, pisanie dużych tekstów, tłumaczenia kilkudziesięciu stron, przepisywanie wywiadów, research, wysyłanie większych ode mnie paczek pocztą (mam 170cm). Zaraz mi napiszecie, że udaję bohaterkę, że jaka to jestem dzielna dziewczynka. Ani przez moment nie czułam się źle robiąc te wszystkie rzeczy. Oczywiście, wiadomo, że wiele razy stwierdzałam: Basta, koniec, rzucam, wyjeżdżam, to nieludzkie, żeby tak wielkie firmy nie mogły mi zapłacić 1000zł. Rzeczywiście, jedynym wyjściem, które sprawi, że pracodawcy zaczną płacić za staże jest brak chętnych na darmowe staże, jednak coś takiego jest niemożliwe do osiągnięcia (między innymi dzięki mnie). Do tego, studiuję dziennie, wyjeżdżam na slamy do innych miast (nawet zagranico!), piszę recenzje do magazynu „Lampa”, angażuję się w organizację festiwali, palę papierosy, wystawiam sztuki teatralne. Moja mama pracuje w państwowej placówce, nie utrzymuje mnie sponsor. Realizacja zależy zatem tylko od nas samych, nie od tego czy pracujemy dla korpo czy w jednoosobowej firmie.
Mam 23 lata i chcę pracować w korporacji. Oczywiście pojęcia „korporacji z duszą”, „dobrych korporacji” nie uznaję za prawdziwe. Korpo uznaję za narzędzie, które należy dobrze wykorzystać. Jest to narzędzie do produkcji pieniędzy. Relacje w nich często są chore (a często kapitalne, o czym się przekonałam), to prawda – open space’y, sztuczność, pranie mózgów. Nie interesuje mnie jednak pranie mózgów, bo jednak to ja zadecyduję czy oddam go do prania. Chcę zarabiać pieniądze i napędzać rynek, obrzydliwy kapitalizm, ale dzięki hajsom, które kapitalizm mi da, robić dobre rzeczy. Nie mogę słuchać moich kolegów, którzy skończyli SGH i narzekają na to, że pracują w PWC i że są korpo-szczurami. Nie mogę słuchać moich koleżanek, które za pieniądze rodziców jadą podróżować na motocyklu po Ameryce Południowej i mówią, że będą tam robić projekty i się realizować.
Mam 23 lata i chcę pracować w korporacji, ale nie będę, ponieważ studiuję kulturoznawstwo. Powiecie, czas na drugi kierunek, ekonomia, metody ilościowe, prawo i macie rację. Nie uważam też korporacji za niewolnictwo na miarę XXI wieku. Niewolnictwo opiera się przecież na tym, że niewolnik znajduje się w sytuacji przedmiotu, stanowiącego czyjąś własność. Ja niczyją własnością nie jestem i nigdy się nie czułam, zawsze chciałam robić rzeczy i robiłam je świadomie. Podziwiam nie tych, którzy rezygnują z korporacji, ale tych, którzy w korporacjach siedzą, nie ulegają manipulacjom i realizują się. Bo wierzę, że jest to możliwe.