Do niedawna komentowałam wydarzenia na blogu prowadzonym przez portal StosunkiMiędzynarodowe.pl (koncentrując się przy tym się na Rosji, Ukrainie i Białorusi); dzięki uprzejmości NaTemat.pl będę miała teraz swój własny kącik.
REKLAMA
O doborze tematów, które poruszam, nie przesądzają wyłącznie moje zainteresowania. Staram się pisać o rzeczach, o których trudno znaleźć informację w polskich mediach. Poszukując tematów na bieżąco czytam zagraniczne portale – i dokonuję selekcji, z wynikami której możecie Państwo zapoznać się pod tym adresem. W ten właśnie sposób powstał mój pierwszy wpis, który dotyczy Maroka. Próba wyszukania informacji o Maroku z ostatniego miesiąca skończyła się wyświetleniem kilkuset ofert last minute w tym pięknym arabskim kraju – ale przecież Maroko to nie tylko piękne plaże i kolorowe targowiska, ale też kraj, w którym ludzie mieszkają, chodzą na wybory, mają jakieś marzenia i opinie.
I dlatego powstał ten blog.
Niedawno pisałam o tym, że trudno uznać osiągnięcia Arabskiej Wiosny w Egipcie za trwałe – sytuacja jest tam bardzo napięta, na placu Tahrir nadal gromadzą się tysiące protestujących, którzy domagają się autentycznych zmian, zapowiadanych przez wybrane w wyborach kilka miesięcy temu władze.
Także w Maroku trudno mówić o pełnym zadowoleniu ze zmian, choć nie należy się spodziewać gwałtownych zamieszek i wprowadzania reform siłą.
Rok temu marokański król Mohammed VI, chcąc ustabilizować sytuację w kraju, zgodził się podzielić władzą z wybranymi w wyborach partiami politycznymi. Kilka miesięcy później Marokańczycy mieli Konstytucję oraz rząd (w wyborach w listopadzie 2011 r. wygrała umiarkowana islamska Partia Sprawiedliwości i Rozwoju), na czele którego stanął Abdelilah Benkirane.
A więc nowy rząd i nowa konstytucja
Nowy premier zrobił doskonałe pierwsze wrażenie i kilkoma śmiałymi decyzjami zjednał sobie aprobatę także tych, którzy początkowo pozostawali sceptyczni i nie wierzyli w jego wizjonerstwo. Przykładowo, szef rządu zadecydował o zmniejszeniu ministerialnych uposażeń, zrezygnował z zamieszkania w należnej mu z tytułu zajmowanego stanowiska rezydencji. Bardziej czytelnym ukłonem w stronę narodu było jednak upublicznienie listy osób, które otrzymały licencję kierowcy autobusu (zajęcie dobrze płatne i społecznie pożądane – przez lata sposobem na uzyskanie licencji było zaoferowanie odpowiednio wysokiej łapówki).
Gdy Bankirane mówił, że Marokańczycy będą silni z pomocą Allaha i osiągną, co chcą, tłumy wiwatowały. Dziś niegdysiejsi entuzjaści zastanawiają się, czy marokańska wersja Arabskiej Wiosny przyniosła krajowi coś więcej, niż tylko kosmetyczne zmiany. Kilkanaście ostatnich miesięcy pokazuje, że oddanie przez króla części władzy to ważna deklaracja bardziej niż realny akt. Przykład? Opiniotwórczy marokański magazyn "Telquel" napisał niedawno o śmiałych działaniach królewskiego "gabinetu cieni", którego członkowie prezentują oficjalne stanowisko kraju w Brukseli i Stanach Zjednoczonych, a więc wchodzą w kompetencje rządu Bankirane. Redaktorzy przywołali też wypowiedź premiera, który z rezygnacją przyznał, że doszły go słuchy, że niektórzy członkowie jego rządu spotykają się z królewskimi doradcami bez uzyskania jego uprzedniej zgody.
O ile w części krajów, które były areną Arabskiej Wiosny, powodem zamieszek jest rola islamistów w organach władzy (tak jest np. w Egipcie), w Maroku ma to mniejsze znaczenie. Tu złość wywołuje coś innego – przede wszystkim ciągła obecność na eksponowanych stanowiskach dawnej nomenklatury. O ile król jest osobą przez Marokańczyków szanowaną, to jego skorumpowane otoczenie już nie i jeśli mielibyśmy wskazać, przeciwko czemu kieruje się złość ludzi – to jej obiektem są właśnie doskonale ustawieni i przekazujący z swym dzieciom wpływy oficjele.
Oficjalnie premier podkreśla dobre relacje, jakie łączą go z dworem królewskim, a informacje o rzekomych konfliktach nazywa kłamstwem. Jego sytuacja jest jednak trudna, bo nie dość, że musi się spierać z ludźmi króla, to jeszcze w jego własnym otoczeniu są ludzie, którzy liczą na jego potknięcie. Północnoafrykańskie gazety chętnie pisały o upokorzeniu, którego w sierpniu doznał premier, gdy z niewyjaśnionych do końca przyczyn zostało odwołane ważne wydarzenie, w czasie którego miał wygłosić przemowę. Upokarzające miało być nie samo odwołanie wystąpienia, ale fakt, że decyzję taką podjął Minister Spraw Wewnętrznych – ot, element rozgrywek.
Czy oświadczenia premiera o doskonałej współpracy to nie wyłącznie zaklinanie rzeczywistości? Kłopotliwa jest tu kwestia konstytucji, którą tylko na wyrost można nazwać w pełni demokratyczną. Została napisana przez gremium wytypowane przez króla i choć zakłada formalny podział władz między dwa ośrodki (królewski i rządowy), przeciwnicy zarzucają dokumentowi nadmierne faworyzowanie ośrodka królewskiego. Zgodnie z postanowieniami dokumentu to właśnie król pozostaje szefem rady ministrów, jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, służb bezpieczeństwa i wywiadu wojskowego, wreszcie – to król desygnuje premiera, tyle że wyboru musi dokonać spośród polityków partii, która zdobyła większość w wyborach.
Skoro jest dobrze, to dlaczego jest źle?
Fouad Abdelmoumni, cytowany przez "NY Times" działacz opozycji, który za rządów króla Hassana II był więziony za poglądy, powiedział: "Mamy Konstytucję, która pozwala nam udawać, że coś się zmieniło".
Są także zaskakująco odmienne stwierdzenia – nowojorski dziennik przywołuje opinie zwolenników obecnego brzmienia ustawy zasadniczej (z nazwiska wymienia Mokhtara el-Ghambou, współzałożyciela Uniwersytetu w Rabat), którzy mówią, że nie tylko Konstytucja odzwierciedla autentyczne potrzeby Marokańczyków, ale też sprawia, że Maroko może rozwijać się we własny sposób – zakłada "trzecią drogę" do demokracji.
Jasne, król Mohhamed II jest diametralnie inny od swojego ojca, który uwięził tysiące oponentów, z których wielu nigdy nie wróciło do domu. Tyle że obecny król opozycji nie więzi, ale też nie zgadza się na jej działanie. Maroko to nie Egipt – tutaj ludzie za bardzo pamiętają represje, które spotykały niepokornych, i choć atmosfera do opozycyjnych działań jest bardziej sprzyjająca, to oni po prostu boją się wyjść na ulicę. Jeśli nie będzie naprawdę silnego impulsu i poczucia, że w masie siła – nie zdecydują się walczyć o zmiany. Obrazki z Syrii tylko utwierdza ich w przekonaniu, że w tym momencie lepiej być nie może i należy po prostu zaakceptować sytuację.
Maroko boryka się z ogromnymi problemami, choć turysta tego może nawet nie zauważyć – jeśli bowiem zdecyduje się opuścić ekskluzywny hotel, ma szansę skierować samochód na jedną z bardzo nowoczesnych autostrad (Maroko intensywnie rozbudowuje infrastrukturę drogową), a jeśli postanowi dojechać dokądś pociągiem, to na dworcu ma szansę przeczytać, że zaawansowane są prace nad koleją szybkich prędkości. Znaków dobrobytu w Maroku można znaleźć jeszcze co najmniej kilka – co z tego, skoro wielu marokańskich rodzin nie stać (i nie będzie stać w najbliższej dekadzie) na korzystanie z nich? Średnie wynagrodzenie w Maroku to zaledwie połowa średniego wynagrodzenia w Tunezji – kraju, w którym Arabska Wiosna wybuchła jako pierwsza. Blisko 40% Marokańczyków to analfabeci. Czy spełnia to nasze wyobrażenie o dobrze rozwiniętym kraju?
