
Rzecz tyczy się zanieczyszczania dżungli amazońskiej i ogromnych pieniędzy, których domagają się mieszkańcy naruszanych obszarów od truciciela – giganta naftowego Chevron. To właśnie ten amerykański koncern jest zainteresowany wydobywaniem gazu łupkowego w Polsce. Wyrok został wydany, ale spółka go nie uznaje.
REKLAMA
W poniedziałek uczestniczyłam w organizowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim konferencji poświęconej Ameryce Łacińskiej – obszarowi znanemu mi bardzo pobieżnie. Zainspirowana przedstawionymi referatami, chciałabym napisać o sprawie, która nie jest newsem, była opisywana (cóż, w zasadzie były to tłumaczenia depesz zagranicznych agencji informacyjnych) w polskich mediach, ale na tyle pobieżnie, że nie tylko mnie wyda się nowa.
Przez ponad 30 lat, począwszy od lat 60. XX wieku, firma Taxaco zatruwała ogromne obszary puszczy – w sumie skażeniu uległo 1,5 tysiąca mil kwadratowych lasów deszczowych. Na obszarze tym firma stosować miała "niestandardowe metody" wydobycia i wstępnego przetworzenia ropy naftowej, krótko mówiąc, spółka wylała miliardy ton toksycznych odpadków do zbiorników wodnych. Jednym z elementów owych nowych metod miało być zapewne sprawdzenie, jakie będą skutki rezygnacji z uruchomienia oczyszczalni ścieków, bo z takowych rzeczywiście nie korzystano. Skażenie odbiło się na zdrowiu zamieszkujących teren Orinoko – zgony spowodowane chorobą nowotworową miały bezpośredni związek z toksynami. Dość powiedzieć, że zanieczyszczony obszar zaczęto nazywać "amazońskim Czarnobylem".
Sąd sądem, ale sprawiedliwość....
Obecnie Taxaco stanowi część Chevronu, a nabywca musi odpowiadać za błędy nabytej spółki. Gra toczy się o poważne pieniądze, choć nie zapowiada się, by gigant przygotowywał się do wypisywania czeków. Ale po kolei. Blisko 20 lat temu rozpoczął się spór, w którym wydao już szereg postanowień i wyroków zarówno w sądach ekwadorskich, jak i amerykańskich. W lutym 2011 r. Chevron został uznany winnym masowego skażenia środowiska, i obarczony karą w wysokości 18 mld dolarów. Kwota ta miała zostać przekazana m.in. na rzecz 30 tysięcy mieszkańców skażonych terenów (głównie Indian). Kwota ogromna, trudno się dziwić, że władze spółki stanowczo odmówił dokonania jakichkolwiek wypłat powołując się na to, że skład sędziowski wydający wyrok był skorumpowany, a sam proces nie został rzetelnie przeprowadzony. Jednocześnie pozwał organizację Amazon Watch, która zabiega o ochronę przyrody i prawa rdzennych mieszkańców Amazonii gdyż, jak wywodzą prawnicy amerykańskiego giganta, ta organizacja non-profit wzięła udział w spisku, mającym pogrążyć Chevron.
Obecnie Taxaco stanowi część Chevronu, a nabywca musi odpowiadać za błędy nabytej spółki. Gra toczy się o poważne pieniądze, choć nie zapowiada się, by gigant przygotowywał się do wypisywania czeków. Ale po kolei. Blisko 20 lat temu rozpoczął się spór, w którym wydao już szereg postanowień i wyroków zarówno w sądach ekwadorskich, jak i amerykańskich. W lutym 2011 r. Chevron został uznany winnym masowego skażenia środowiska, i obarczony karą w wysokości 18 mld dolarów. Kwota ta miała zostać przekazana m.in. na rzecz 30 tysięcy mieszkańców skażonych terenów (głównie Indian). Kwota ogromna, trudno się dziwić, że władze spółki stanowczo odmówił dokonania jakichkolwiek wypłat powołując się na to, że skład sędziowski wydający wyrok był skorumpowany, a sam proces nie został rzetelnie przeprowadzony. Jednocześnie pozwał organizację Amazon Watch, która zabiega o ochronę przyrody i prawa rdzennych mieszkańców Amazonii gdyż, jak wywodzą prawnicy amerykańskiego giganta, ta organizacja non-profit wzięła udział w spisku, mającym pogrążyć Chevron.
Nieczuły na ten argument sąd podniósł w lipcu 2012 r. karę nałożoną wcześniej na koncern o okrągły 1 mld dolarów. To mógłby być kolejny dowód na istne skorumpowanie wymiaru sprawiedliwości, wobec czego i temu wyrokowi Chevron nie ma zamiaru się podporządkować. Władze spółki chcą, by spór rozsądzili międzynarodowi arbitrowie.
By było więcej pól
„Płuca świata” od lat walczą z ludzką pazernością, choć wbrew temu, co mogłoby się wydawać, głównym wrogiem Amazonii nie są bezduszne koncerny wiercące w ziemi, lecz farmerzy, hodowcy bydła i handlarze drewna, nieustannie karczujący coraz to nowe połacie dżungli – i robią to niestety w majestacie prawa. W 2011 r. został w Brazylii (na obszarze której znajduje się przeważająca część Dżungli Amazońskiej) przyjęty nowy Kodeks leśny, który, ogólnie rzecz biorąc, pozwalał na jeszcze bardziej intensywną wycinkę drzew na ogromnych obszarach, założył zmniejszenie połowy obszar obowiązkowej ochrony lasu deszczowego wzdłuż rzek oraz na zboczach i szczytach wzgórz, czyli w miejscach szczególnie narażonych na erozję. Parlament przyjął ustawę pomimo sprzeciwu obrońców przyrody z całego świata, przychylając się tym samym ku racjom lobby producentów rolnych. W samym parlamencie nie było oczywiście pełnej zgodności, niemniej przeważyły argumenty natury ekonomicznej, przywołane m.in przez senator Katia Abreu, szefową Krajowej Konfederacji Rolnej. Przekonywała ona, że rozwijanie rolnictwa na coraz to nowych obszarach to ważne narzędzie Brazylii w walce o status jednego z głównych producentów żywności na świecie. Przywołała dane mówiące o tym, że w rolnictwie pracuje 37 procent Brazylijczyków, którzy wytwarzają 27 procent PKB i eksportują 37 procent towarów. Wskazała, że w Brazylii i tak tylko 28 procent ziemi przeznaczone jest pod uprawy lub pastwiska, a 61 procent terytorium jest w różnym stopniu chronione.
By było więcej pól
„Płuca świata” od lat walczą z ludzką pazernością, choć wbrew temu, co mogłoby się wydawać, głównym wrogiem Amazonii nie są bezduszne koncerny wiercące w ziemi, lecz farmerzy, hodowcy bydła i handlarze drewna, nieustannie karczujący coraz to nowe połacie dżungli – i robią to niestety w majestacie prawa. W 2011 r. został w Brazylii (na obszarze której znajduje się przeważająca część Dżungli Amazońskiej) przyjęty nowy Kodeks leśny, który, ogólnie rzecz biorąc, pozwalał na jeszcze bardziej intensywną wycinkę drzew na ogromnych obszarach, założył zmniejszenie połowy obszar obowiązkowej ochrony lasu deszczowego wzdłuż rzek oraz na zboczach i szczytach wzgórz, czyli w miejscach szczególnie narażonych na erozję. Parlament przyjął ustawę pomimo sprzeciwu obrońców przyrody z całego świata, przychylając się tym samym ku racjom lobby producentów rolnych. W samym parlamencie nie było oczywiście pełnej zgodności, niemniej przeważyły argumenty natury ekonomicznej, przywołane m.in przez senator Katia Abreu, szefową Krajowej Konfederacji Rolnej. Przekonywała ona, że rozwijanie rolnictwa na coraz to nowych obszarach to ważne narzędzie Brazylii w walce o status jednego z głównych producentów żywności na świecie. Przywołała dane mówiące o tym, że w rolnictwie pracuje 37 procent Brazylijczyków, którzy wytwarzają 27 procent PKB i eksportują 37 procent towarów. Wskazała, że w Brazylii i tak tylko 28 procent ziemi przeznaczone jest pod uprawy lub pastwiska, a 61 procent terytorium jest w różnym stopniu chronione.
Parlament przegłosował ustawę, lecz kilkanaście jej punktów zawetowała w maju 2012 r. prezydent Brazylii Dilma Rousseff. Widmo katastrofy zostało odsunięte w czasie – a może w związku ze zwiększającą się świadomością ekologiczną w ogóle nie będą już miały miejsca groźby postępującego zatruwania Amazonii?
Skoro w Amazonii żyje jednej czwartej wszystkich lądowych gatunków roślin i zwierząt na Ziemi, a wycinanie lasów amazońskich zwiększyła emisję gazów cieplarnianych, co ma wpływ na cały światowy ekosystem, to dobrze, by kraje Ameryki Łacińskiej nie ponosiły jedynego ciężaru walki o utrzymania dziewiczości dżungli. Najwyraźniej w podobny sposób myślą także inne państwa, czego wyrazem jest utworzenie międzynarodowego funduszu ochrony Amazonii. Jako pierwsza zasiliła go Norwegia, która przekazała 1 mld dol.
