Duma w pierwszym czytaniu przyjęła projekt ustawy, która nakłada na imigrantów zarobkowych, którzy chcą pracować w Rosji, obowiązek zdania egzaminu z historii Rosji i podstaw prawa.

REKLAMA
Od 1 grudnia 2012 r. warunkiem otrzymania zezwolenia na pracę jest zdanie egzaminu z podstaw języka rosyjskiego (pisałam o tym tutaj). Po 1 stycznia 2015 r. każdy obcokrajowiec, który zechce otrzymać roczną wizę pracowniczą, pozwolenie na pobyt w Rosji, będzie musiał przetestować swoją znajomość prawa i historii. Obostrzenie dotknie także obywateli krajów, z którymi Rosja zawarła umowy o ruchu bezwizowym. Przyjemność podejścia do egzaminu ma kosztować 5 tysięcy rubli, tj. około 160 dolarów. Certyfikat potwierdzający sprawdzoną wiedzę zachowa ważność przez 5 lat.
Ustawa przewiduje jednak kategorie pracowników, którzy otrzymają stosowne zezwolenia bez konieczności powrotu do szkolnej ławki. Ze zwolnienia skorzystają sportowcy, artyści i zagraniczni menedżerowie wyższego szczebla, zatrudnieni przez międzynarodowe firmy.
Podobno inicjatywa sprawdzania imigrantów pod kątem znajomości języka, historii i prawa pochodzi od samego prezydenta. Pomysł w ogólnym zarysie wydaje się słuszny – dobrze, by ludzie, którzy chcą w danym kraju spędzić dłuższy czas, znali podstawowe słowa (egzamin językowy obejmuje kilka poziomów, dla zdania najniższego wystarczy znajomość około 850 słów), znajomość prawa ma pomóc uniknąć oszukania przez pracodawcę – w teorii brzmi to dobrze, ale w praktyce....
Nie znam wyników przeprowadzonych od początku 2013 r. testów językowych, być może statystyki zdawalności w ogóle nie są jeszcze podane do publicznej wiadomości. Wątpię, by w salach egzaminacyjnych były tłumy chętnych do zdania go. Jasne, w Rosji pracują tysiące imigrantów – przede wszystkim z byłych republik. Tyle, że większość z nich z jakiegoś powodu chce pracować nielegalnie bądź musi pracować bez umowy, gdyż innego rozwiązania nie uznaje pracodawca. Komu taki imigrant się poskarży? Urzędnikowi? Inspekcji pracy? Wolne żarty. Naprawdę nie jest tak, że rosyjskim władzom jakoś szczególnie zależy na zalegalizowaniu pracujących na budowach, w kopalniach czy w handlu zagranicznych pracowników. Od czasu do czasu są kontrole, ale drobna łapówka rozwiązuje każdy problem. Inna sprawa – imigranci z byłych republik z reguł traktują przyjazd do Rosji wyłącznie w kategoriach zarobkowych – nie są zainteresowani uczestnictwem w życiu politycznym, społecznym czy kulturalnym Rosji i mają w głębokim poważaniu rosyjską kinematografię czy historię Romanowów. Pracują po kilkanaście godzin dziennie, mieszkają w fatalnych warunkach, są praktycznie pozbawieni przez pracodawców jakichkolwiek praw, znaczną część zarobionych pieniędzy przesyłają rodzinom – w jakich niby warunkach mieliby powtarzać daty zwycięskich bitew armii czerwonej w czasie drugiej wojny światowej? I jeszcze płacić za to z własnej kieszeni?
Paradoksalnie, posiadanie zezwolenia na pracę wcale nie ułatwia imigrantom znalezienia pracy czy prowadzenia w miarę godnego życia. Legalny pracownik to czasem wyłącznie obciążenie dla pracodawcy – trzeba go ewidencjonować, płacić w związku z zatrudnianiem go podatki – same utrudnienia. Jak widać, obu stronom nie opłaca się legalne zatrudnienie, więc do egzaminu podejdzie po prostu stosunkowo niewielu chętnych.
I wreszcie kwestia ostatnia, podnoszona choćby przez rosyjską fundację "Migracja XXI wieku", która monitoruje sytuację nielegalnych imigrantów: czy miarodajne jest testowanie Tadżyków czy Uzbeków ze znajomości podstaw prawa, gdy dla wielu Rosjan egzamin taki byłby nie do przejścia?