W pięknej książce Mariana Brandysa "Koniec świata Szwoleżerów" poznajemy różne dzieje pokolenia, które po utracie niepodległości przez Polskę w trzech rozbiorach, zdecydowało się dalej walczyć. W legionach Dąbrowskiego, w walkach napoleońskich wykuwali szanse polskiej wolności, ale i budowali zręby nowego społeczeństwa. Kto dziś pamięta, że legiony dawały naukę pisania i czytania, i przyjmowały w szeregi - przedstawicieli stanu chłopskiego. Po 1815 roku, po Kongresie Wiedeńskim szanse Polski na wolność i budowanie swobód obywatelskich - zostały na przeszło wiek zamrożone. Brandys pokazuje, jak energia Szwoleżerów zaczęła przekładać się na pracę organiczną, szczególnie w Królestwie Polskim. To pokazało, jaka była siła tej generacji.

REKLAMA
Nie chcę pisać o pokoleniu "Solidarności" - bo jego rola w odzyskaniu przez Polskę wolności i rozpoczęciu tworzenia wolnej gospodarki i demokracji liberalnej jest oczywista. Choć samo pokolenie przez lata III Rzeczpospolitej wędrowało różnymi szlakami i dzisiaj jest w różnych przystaniach. Ale interesuje mnie - generacja polskich reformatorów. Od Mazowieckiego i Kuronia poczynając, poprzez dokonania Balcerowicza, Lewandowskiego, Hausnera i Belki w dziedzinie gospodarczej, Geremka i Skubiszewskiego w sprawach międzynarodowych, Wiesława Chrzanowskiego i Lecha Kaczyńskiego w obszarze sprawiedliwości, Regulskiego, Kuleszy i Stępnia w dziedzinie samorządności, śp. Bączkowskiego w sprawach dialogu społecznego, Kułakowskiego, Huebner i Saryusza-Wolskiego - z ich myśleniem o Europie, aż do Jerzego Buzka.
Nie chodzi zresztą o to, kto był liderem reformowania, ale kto rozumiał, co jest krajowi potrzebne w wymiarze zmian systemowych - i umiał cele reformatorsko zdefiniowane stawiać ponad bieżące korzyści polityczne. I nie chodzi o cenzurki. Po prostu - jest ważne, by właśnie teraz zrozumieć, że być może era reformowania się skończyła. Bo wyborcy nie akceptują wyzwań reformatorskich, bo wszystko, co najważniejsze zostało już: lepiej lub gorzej, ale zreformowane i dla wszystkich funkcji państwa, gospodarki i społeczeństwa istnieją strukturalne podstawy. Bo wreszcie - nie można latami żyć z poczuciem misji reformatorskiej i ponoszenia ciężarów reformowania. Świat reformatorski się wypalił. A obecnie właśnie mamy do czynienia z pełnym końcem świata reformatorów - bo nadchodzące rządy nie tylko, że nie wydają się mieć woli reformatorskiej, ale są bliskie zniweczenia niektórych reform.
Spójrzmy praktycznie. Ostatnia duża fala reform, to projekty realizowane przez rząd Jerzego Buzka. Cztery reformy były flagowe dla jego kadencji: reforma samorządowa, reforma edukacyjna, reforma emerytalna, reforma systemu ochrony zdrowia. Zapleczem reform był AWS w koalicji z Unią Wolności - wielcy przegrani antyreformatorskiego odwrotu wyborców w 2001 roku. Co nie zmienia faktu, że te reformy miały przynieść i przyniosły konkretne korzyści. Choć przy ich wdrażaniu nie obyło się bez błędów.
Ale kluczowe korzyści zmian w systemie ochrony zdrowia: decentralizacja pozwalająca lepiej zarządzać regionalnymi zasobami oraz określać politykę zdrowotną bliżej potrzeb pacjenta - zostały szybko ograniczone i podważone - decyzją o likwidacji regionalnych kas chorych podjętą przez rząd Millera. I de facto zatrzymano cały proces zmian, łącznie z planowanymi do wprowadzenia dodatkowymi ubezpieczeniami. Kolejnym ministrom zdrowia zabrakło odwagi w unowocześnianiu systemu, i np. wykorzystaniu rozwiązań z obszaru e-zdrowia, by wprowadzić system na bardziej efektywne tory. Jedyne, czego próbowano - to znaleźć złoty środek w oddłużaniu szpitali. A powrót do regionalnych kas chorych stał się atrapą i pustym hasłem większości ugrupowań politycznych.
Reformę emerytalną wprowadzono w pełnej zgodzie społecznej, także ze związkami zawodowymi. Mało który projekt reformatorski w Polsce był tak pieczołowicie wprowadzany, z udziałem wszystkich partnerów. Ale nie udało się go dokończyć: od 2001 do 2008 trwała przerwa, bo dopiero wtedy ograniczono wcześniejsze emerytury. Nie udało się przekierować przywilejów emerytalnych niektórych grup - na dostępne dla nich, doceniające specyfikę ich zawodów rozwiązania. Nie udało się połączyć systemu rolniczego i powszechnego. Nie udało się wprowadzić silnych bodźców do oszczędzania w III filarze, żeby rodziło się społeczne przekonanie, że bez dodatkowych form zabezpieczenia nie ma pewności emerytalnej przy takich zagrożeniach demograficznych. Udało się Tuskowi podwyższyć wiek emerytalny i chwała mu za to - choć widać już złowieszczą rękę demontażu wiszącą nad tym rozwiązaniem. Tusk i Rostowski rozmontowali zresztą sens reformy emerytalnej Buzka. Rozumiem, że fundusze emerytalne nie spełniały oczekiwań, więc trzeba było zmienić ramy ich działania, ale nie likwidować całego modelu. Rozumiem, że była potrzeba walki z długiem - i dzięki praktycznej likwidacji 2 filara w 2 kroku zmian systemu - poprawiliśmy doraźnie wyniki finansowe państwa. I co dalej? Wprowadzony w tej debacie język nienawiści do mechanizmów rynkowych, do przekazywania zadań publicznych instytucjom prywatnym - na lata zabił możliwości nowoczesnego naprawiania narzędzi polityki społecznej.
Zostaliśmy z wmówioną wiarą, że system ZUS-owski da nam pewność emerytalną, i że system solidarności jest lepszy, niż kapitałowy. A przecież efektywność modelu solidarnościowego w systemie emerytalnym bierze się z równowagi demograficznej, której nie ma teraz w Polsce. Nie pytajmy też dzisiaj, dlaczego tak trudno finansować innowacyjność w gospodarce, bo brak jest funduszy wysokiego ryzyka. Nie byłoby Doliny Krzemowej bez amerykańskich kapitałowych funduszy emerytalnych, które mogą inwestować długofalowo - w ostatnich fazach dyskusji o funduszach emerytalnych takie, częściowe przynajmniej propozycje się pojawiały, ale nie było otwartości na ich zrozumienie.
Polska szkoła zrobiła skok do przodu po reformie ministra Handkego, przeprowadzonej przez rząd Jerzego Buzka. W wynikach badań PISA równamy się w niektórych dziedzinach z Finlandią i najlepszymi w świecie. Jest to w największej mierze efektem wprowadzenia gimnazjów, bo to one wydłużyły obowiązkową powszechność uczenia ogólnego, równego dla wszystkich z 8 lat do 9 ( 6+3). Wydłużył się tym samym czas potrzebny na podjęcie decyzji o dalszej ścieżce edukacyjnej, i przyszłej zawodowej - decyzje mogą być bardziej dojrzałe. To także okazja do dłuższego okresu wspólnego przebywania ze sobą dzieci z różnych środowisk o różnym kapitale kulturowym. Oczywiście, efekt gimnazjalny ma różne skutki dla dzieci w miastach oraz na wsi i w małych miasteczkach, gdzie niesie olbrzymie korzyści wyrównawcze, co jest jednym z celów edukacji. I dlatego - potrzebne są korekty, ale nie destrukcja.
Jasne zatem, że Polska edukacja wymaga zmian. Ale klucze do poprawy leżą zupełnie gdzie indziej, niż proponowane przez nadchodzący rząd. Zresztą i tak zmiana - wymaga namysłu i analiz, bo to konieczność nowej podstawy programowej, która de facto jest przecież świeża. Jeśli zatem zmieniać, to z sensem, z analizą, jakie są naprawdę braki polskiego systemu edukacji. Potrzebna jest zmiana nauczania zawodowego i być może wspólny nadzór nad całością nauczania zawodowego w rękach samorządu regionalnego. Potrzebne jest przejście na model uczenia, który będzie uczył ciągłego uczenia się. Potrzebne jest wprowadzenie narzędzi cyfrowych do nauczania oraz uczenie kodowania, programowania - żeby za 10 lat dzisiejsze dzieciaki dawały sobie radę w nowych miejscach pracy. I potrzebne są zmiany systemu motywacji nauczycieli, a nie wieczna walka z Kartą Nauczyciela, i traktowanie ZNP wyłącznie jak bastionu lewicowej frakcji. W centrum zmian edukacji musi być uczeń i jego przyszłe potrzeby - a nie nauczyciele, a nawet nie rodzice, bo to nie oni będą musieli odnaleźć się w dorosłym życiu dobrze wyposażeni w różne umiejętności. Reformy Buzka wyznaczyły dobry kierunek polskich zmian. Ktoś, kto odwróci ten kierunek - musi poczuć już teraz ciężar odpowiedzialności.
No i ostatnia, Buzkowa reforma. Samorządy na poziomie regionalnym. Do lekcji lokalnej odpowiedzialności, jaką wprowadziła 1 reforma samorządowa z 1990 roku, dodano nowoczesną, zdecentralizowaną strukturę państwa z 16 województwami samorządowymi. Nie byłoby sukcesu Polski w inwestycyjnym, rozwojowym wykorzystywaniu środków UE bez tej reformy. Samorządy nie są święte, i trzeba korygować błędy ich funkcjonowania: systemowe i ludzkie. Dodawać do rozwiązań samorządowych nowe elementy - jak budżety partycypacyjne, jak obywatelskie referenda, jak wreszcie - po 15 latach potrzebna zmiana w systemie finansowania samorządów, co oznacza inny podział podatków między publicznymi beneficjentami. Trzeba odwrócić zasadę, że za zadaniami, jakimi obdziela się samorządy - nie idą pieniądze, czyli wrócić do reguły, że na nowe zadania: niezbędne są nowe strumienie pieniężne, dawkowane w racjonalny sposób. Tu jest sedno reformy państwa dzisiaj, a nie ograniczanie praw mniejszości przez wetowanie przez nowego Prezydenta ustaw. Nie będzie rozwoju obywatelskiej Polski bez swobód samorządowych. Z tego, co słyszę o wcześniejszych wyborach samorządowych, o nowych województwach - zaczynam się bać, że ręka destrukcyjnej polityki dotknie w zły sposób polską samorządność.
I to byłby wtedy koniec czterech wielkich reform Jerzego Buzka. Koniec dobrej i mądrej, opartej o dane, fakty, i długofalowe potrzeby - polityki reformowania Polski. Koniec świata reformatorów. A zatem, zgodnie z doświadczeniem historycznym opisanym przez Mariana Brandysa w "Końcu świata Szwoleżerów" - Panie i Panowie Reformatorzy, przechodzimy do pracy organicznej!