Stało się. W ciągu jednego dnia świat stracił na rynkach finansowych 2 tryliony dolarów, a Brytyjczycy - 350 mld dolarów, czyli znacznie więcej niż sami wpłacili do Unii Europejskiej w ciągu ostatnich 20 lat. Funt uplasował swoją wartość na najniższym poziomie od 1985 roku. Ale - jak to wykrzykiwał Farage - odzyskali niepodległość. Mój znajomy Irlandczyk spytał: a ktoś ich zmuszał do wejścia do UE? Czy można porównywać, właśnie w Wielkiej Brytanii - radość z rzekomego odzyskiwania niepodległości w wyniku Brexitu z radością Indii, które po latach kolonialnej pychy Brytyjczyków wybiły się lata temu na wolność?

REKLAMA
Jednego dnia trochę więcej niż milion Brytyjczyków zdecydował - być może - o losie 500 milionów Europejczyków.

Jak do tego doszło?
Wbrew manipulacyjnej narracji PiSu i skrajnie prawicowych ugrupowań w Europie - winę za Brexit ponoszą sami Brytyjczycy. Nie Juncker, nie Timmermans, nie Tusk. To nie Unia Europejska stworzyła klimat dla Brexitu. Powstawał on bardzo długo. To przeszło 20 lat pracy "Daily Mail" i innych brytyjskich tabloidów mówiących, że wszystkiemu winna jest Unia, ośmieszających Unię, kłamiących na temat koszmaru i głupoty biurokracji europejskiej. Instytucje Unii Europejskiej nie są doskonałe, i trzeba je reformować, ale nie są kafkowską biurokracją niedobrą dla woli narodów, jak to przedstawiały szmatławce. Robienie wody z mózgów przyniosło po latach efekt.
Winę za Brexit ponoszą sami Brytyjczycy, bo to oni, najbardziej chyba Anglicy nie dają sobie rady z problemem własnej tożsamości. Trudno jest być narodem, który był imperialną potęgą - i tę potęgę stracił. Szkoda tylko, że współczesne polityczne elity brytyjskie nie zrozumiały tego, co Świat zrozumiał oglądając fantastyczne otwarcie Olimpiady w Londynie latem 2012 roku. To była prezentacja siły i czaru oddziaływania kultury angielskiej, i języka angielskiego. Jak się miało i ma: Szekspira, Swifta, Byrona, Turnera, Isadorę Duncan, sir Oliviera i Jamie Oliviera, The Beatles, Eltona Johna, Beckhama, Bonda i Harry Pottera - to się miało i ma wyobrażnię świata. Jak przy tym wygląda naburmuszony Farage i Cameron - gdzie im do stylu z "Downtown Abbey"....
Winę za szerzący się w całej Europie klimat antyeuropejski, antyintegracyjny ponoszą politycy europejscy, różnych zresztą barw politycznych. To oni w ramach populizmu wracając z posiedzeń w Brukseli z przyjętymi wspólnie, nieraz trudnymi decyzjami - u siebie w kraju mówili: my tego nie chcieliśmy, to Bruksela. Tak wytworzył się mityczny stereotyp, że kraje i narody, to "my" - a Bruksela, Europa, to ci żli, najgorsi: "oni". Sukcesy niosły Europie - narody, a porażki i problemy: Unia Europejska. To dla krajowych polityków wygodne, ale - niegodne postępowanie.
W ilu przecież trudnych sprawach, wspólny wysiłek europejski, dobry kompromis, ale i wizja przyszłości - pozwoliły pokonać trudności.
Czy bylibyśmy dzisiaj wśród 27 krajów unijnych, gdyby nie wypracowana zgoda między krajami UE na wielkie rozszerzenie z 2004 roku, które tak naprawdę zamknęło czas podziałów z zimnej wojny? Czy bylibyśmy dzisiaj z powoli zmniejszającym się bezrobociem i rosnącym stopniowo wzrostem gospodarczym, gdyby nie zażegnanie kryzysu zainicjowanego w 2008 roku przecież poza Europą? Czy bylibyśmy dzisiaj z tak skuteczną polityką spójności, wyrównującą szanse rozwojowe między krajami europejskimi - bez Brukseli? Czy bylibyśmy dzisiaj w drodze do łączenia się w Europie i w Europę - z krajami bałkańskimi i częścią krajów partnerstwa wschodniego, co jest gwarancją stabilności i pokoju na przyszłość, bo bez bezpiecznego sąsiedztwa nie ma bezpieczeństwa i rozwoju?
To wszystko stało się dzięki istnieniu Unii Europejskiej, a nie jakimś mimochodem.
Ale dzisiaj najmodniejsza postawa polityczna, najsilniejszy wehikuł politycznego sukcesu - populizm - nie widzi tego, co dobre. Widzi problemy - do straszenia nas: ludzi, obywateli, nie do ich rozwiązywania. Bo lepiej jest starszyć, i na tym strachu budować własną siłę, mamić miazmatami zagrożeń dla suwerenności. To jest współczesna recepta na sukces polityczny.
Takiego, populistycznego sukcesu chciał Cameron. Sprawny marketingowo premier, który tak bardzo chciał wygrać z Faragem (szczytny cel), że zaprzedał duszę diabłu i wymyślił potwora w postaci " brytyjskiego referendum w sprawie wyjścia z UE", czyli Brexit. No i potwór zjadł autora. Przegrał Cameron, przegrali biedni, omamieni w 51,9 procentach Brytyjczycy, przegrywa Europa. Wielka Brytania miała wielu wspaniałych premierów, którzy byli mężami opatrznościowymi Zjednoczonego Królestwa oraz Europy: od Lorda Gladstone'a i Disrealiego przez Churchilla, Thatcher - i ze wszystkimi słabościami - Blaira.
Co może być dalej?
Unia Europejska wymaga zmian i reform, jeśli - przy istniejących wiatrach populizmu, skrajnie prawicowego i skrajnie lewicowego (na modłę faszyzmu i bolszewizmu), chcemy ją ocalić. Ale te reformy nie mogą oznaczać redukcji Unii Europejskiej, tylko mądre jej przebudowanie bez osłabiania, a właśnie z racjonalnym wzmocnieniem.
Czym groziłaby redukcja całego projektu Unii Europejskiej ?
Są trzy zagrożenia. Zostają silni, duzi, od dawna zakorzenieni w wartościach Zachodu - i tam nie ma Polski. Tym bardziej, że po latach najpierw uchylania drzwi, póżniej ich otwarcia, wreszcie normalnego wchodzenia przez te drzwi do Unii i wspólnego rozwiązywania problemów - w ostatnich miesiącach polska dyplomacja (żeby nie używać słynnego określenia Bartoszewskiego) zrobiła wszystko, żebyśmy sami te drzwi z powrotem zamknęli. Jak się odchodzi od stołu, i jeszcze sugeruje, że może trzeba ten stół wywrócić - to trudno liczyć, żeby nas ktoś zapraszał z powrotem.
Drugie zagrożenie, to niemożność porozumienia w czasie, kiedy wszyscy będą chcieli u siebie sprawdzać różne formy "Brexitów". Duńczycy, bo uznają, że ich opt-outy (specjalne dla danego kraju rozwiązania w pewnych dziedzinach) są niewystarczające, za małe - i będą chcieli mieć większe. Holendrzy, którzy albo wymuszą referendum w sprawie wyjścia z UE, albo opt-outów dla siebie. Włosi, którzy mogą chcieć uciec ze strefy euro. A Węgrzy, a Czesi, a Słowacy po prezydencji.... Czy sypnie lawiną? Ten brak porozumienia z natury rzeczy zredukuje Unię Europejską do rozwiązywania nie tyle wspólnych spraw, bo ich będzie coraz mniej - tylko rozwiązywania pojedynczych problemów. Widać będzie chęć powrotu do czysto międzyrządowych ustaleń i polityki, bez wymiaru, jaki daje wspólnotowość.
Trzecie zagrożenie i trzecia redukcja Unii, to powrót do idei (wówczas znakomitej), jaka towarzyszyła Unii Europejskiej u jej zarania - kiedy powstawała Wspólnota Węgla i Stali. Ale czy w takiej tylko gospodarczej koncepcji wspólnoty europejskiej będzie miejsce na naprawdę jednolity rynek we wszystkich jego wymiarach: od handlu i rolnictwa, przez finanse i energetykę, walutę, aż do spraw cyfrowych? Czy zacznie się targowanie o to, które dziedziny mają zostać z jakichś narodowych powodów - poza regułą jednolitości? Waluta - jako symbol narodowej tożsamości? Nie wolno też zapominać, że we współczesnym świecie warunkiem rozwoju są nie tylko stricte gospodarcze warunki, ale i kapitał społeczny: demokratyczne reguły, respekt dla zasady państwa prawa, otwartość, brak dyskryminacji i tolerancja. Duch wspólnoty europejskiej powinien być przeniknięty tymi zasadami i wartościami, choć zarazem z elastycznością na wdrażanie dopasowane do kultur poszczególnych krajów i procesów ich zmian.
Jeżeli zatem chcemy Unię Europejską odbudować, to musimy wrócić do mądrze prowadzonej debaty o roli zasady pomocniczości. Oznaczałoby to wyciągnięcie lekcji z Brexitu, zrozumienie kluczowej merytorycznej kwestii, o jaką w grze o Brexit chodziło. Są sprawy, co do których trzeba się umówić na nowo - czy ich prowadzenie powinno być kompetencją Unii (które, dla jakich korzyści), czy krajów członkowskich ( jeśli to przyniesie lepsze efekty), czy regionów oraz władz lokalnych. Ale o doborze podziału kompetencji i ich przypisaniu - musi decydować kalkulacja co do korzyści dla obywateli, a nie marketingowo-populistyczne hasełka krajowych liderów walczących o władzę u siebie, a nie o Europę. To, czy to będzie wymagało zmiany Traktatu musi się okazywać w trakcie tej pracy i na jej końcu. Bo nie o samo hasło zmiany Traktatu chodzi, ale o rzetelne poszukiwanie rozwiązania.
Dla polskiej racji stanu nie ma dzisiaj ważniejszej sprawy. Nie ma bardziej kluczowego zadania, jak osadzić się w Europie, zmieniając ją - ale w dialogu. Nie zrobimy tego, jeśli sami zepchniemy się na międzymorskie manowce. Albo uwierzymy we wszechmoc blokującą grupki wyszehradzkiej. Pełny, europejski dialog nie może odbywać się pod dyktando któregokolwiek z narodowych widzimisię, w tym naszego.
Narodowym widzimisię stał się Brexit. That's it.
Michał Boni
25 czerwca 2016