
Kiedy analizuje się dokumenty i atmosferę kilkanaście tygodni przed wielkim zwycięstwem w Bitwie Warszawskiej - widać konflikty, napięcia, niekiedy skrajną polaryzację. Widać bunt robotników i zorganizowane protesty. Widać studencką odpowiedź na strajki - powstanie Stowarzyszenia Samopomocy Społecznej, którego członkowie podejmują pracę w usługach publicznych ( zastępują np.tramwajarzy). Widać euforię po zajęciu Kijowa i powrocie Piłsudskiego do Warszawy w połowie maja 1920 roku. Widać nadzieje związane z nowo powoływanym rządem Witosa, ale gdzieś wśród różnych grup wyrażany lęk o żywot młodej Rzeczpospolitej ( Żeromski).
REKLAMA
Bałagan i determinacja - a w końcu, niejako w ostatniej chwili swoista solidarność tamtego czasu i pełna mobilizacja społeczna i militarna. Może taka jest prawdziwa ikona polskości....
W różnych momentach polskiej historii bywało to boleśnie widoczne. Ale też różne doświadczenia przynosiły chwilowe, albo bardziej stałe pojednanie, jakąś formę zgody i otwartości na współpracę.
Co się musi zdarzyć, by dzielenie się społeczeństwa, także w jego skrajnych postaciach zostało zastąpione przez - łączenie się, by coś osiągnąć wspólnie? Groźba utraty niepodległości, zagrożenia dla wolności ? A może jakiś wspólny cel na przyszłość ? Jak budowa II Rzeczpospolitej po 1918 roku ? Jak nadzieja na wolność w walce powstańczej Warszawy ? Jak odbudowa kraju po zniszczeniach wojennych ? Jak duch wspólnoty i narodziny odwagi Solidarności wywołane na ówczesnym pl.Zwycięstwa w początkach czerwca 1979 roku po znamiennych słowach Jana Pawła II ? Jak perspektywa III Rzeczpospolitej widziana w 1989 roku ? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo Polaków zawsze bardziej łączyło bronienie czegoś, niż czegoś budowanie. Kapitał społeczny przetrwania zawsze był silniejszy, niż kapitał społeczny rozwoju.
A jak jest teraz ?
Trzy teksty są inspiracją tego, co chcę napisać. Artykuł Ani Mierzyńskiej z „Res Publiki Nowej” - „Pęknięta Polska. Czego może nas nauczyć Polska Wschodnia” (4 sierpnia 2020), wywiad z Rafałem Dutkiewiczem z „Polska Times” - „Obecny rząd jest miękką próbą umieszczenia nas ponownie w dziwnym świecie dyktatury” (31 lipca 2020), esej Kuby Wygnańskiego z „Więzi” - „Tysiąc dni bez wyborów. Tysiąc dni dla Republiki” ( „Więź”, lato 2020) .
Wiadomo, że jesteśmy w szczególnym momencie polskiej historii. Grozi nam, prawie jak za komunizmu, dominacja państwa neo-autorytarnego ze wszystkimi funkcjami policyjnymi i nastawieniem na polaryzację jako fundamentem siły „swoich” w negacji i nienawiści do „innych”. A to, w dłuższej perspektywie będzie zabójcze dla polskich szans rozwojowych w wyjątkowych dla świata czasach.
W różnych momentach polskiej historii bywało to boleśnie widoczne. Ale też różne doświadczenia przynosiły chwilowe, albo bardziej stałe pojednanie, jakąś formę zgody i otwartości na współpracę.
Co się musi zdarzyć, by dzielenie się społeczeństwa, także w jego skrajnych postaciach zostało zastąpione przez - łączenie się, by coś osiągnąć wspólnie? Groźba utraty niepodległości, zagrożenia dla wolności ? A może jakiś wspólny cel na przyszłość ? Jak budowa II Rzeczpospolitej po 1918 roku ? Jak nadzieja na wolność w walce powstańczej Warszawy ? Jak odbudowa kraju po zniszczeniach wojennych ? Jak duch wspólnoty i narodziny odwagi Solidarności wywołane na ówczesnym pl.Zwycięstwa w początkach czerwca 1979 roku po znamiennych słowach Jana Pawła II ? Jak perspektywa III Rzeczpospolitej widziana w 1989 roku ? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo Polaków zawsze bardziej łączyło bronienie czegoś, niż czegoś budowanie. Kapitał społeczny przetrwania zawsze był silniejszy, niż kapitał społeczny rozwoju.
A jak jest teraz ?
Trzy teksty są inspiracją tego, co chcę napisać. Artykuł Ani Mierzyńskiej z „Res Publiki Nowej” - „Pęknięta Polska. Czego może nas nauczyć Polska Wschodnia” (4 sierpnia 2020), wywiad z Rafałem Dutkiewiczem z „Polska Times” - „Obecny rząd jest miękką próbą umieszczenia nas ponownie w dziwnym świecie dyktatury” (31 lipca 2020), esej Kuby Wygnańskiego z „Więzi” - „Tysiąc dni bez wyborów. Tysiąc dni dla Republiki” ( „Więź”, lato 2020) .
Wiadomo, że jesteśmy w szczególnym momencie polskiej historii. Grozi nam, prawie jak za komunizmu, dominacja państwa neo-autorytarnego ze wszystkimi funkcjami policyjnymi i nastawieniem na polaryzację jako fundamentem siły „swoich” w negacji i nienawiści do „innych”. A to, w dłuższej perspektywie będzie zabójcze dla polskich szans rozwojowych w wyjątkowych dla świata czasach.
No właśnie, jeżeli „swoi” oraz „inni”, to znaczy, że podzieleni. Pisze o tym mądrze Ania Mierzyńska. Bo grzechem polaryzacji jako instalowanego modelu społecznego jest obustronny zanik możliwej komunikacji. Nie ma słów - są stereotypy. Takie wzorce idą od góry.
Po wyborach prezydenckich i ich analizie przedstawiano wiele wniosków. Najbardziej skrajne: Polska jest tak podzielona, że trzeba oddzielić to, co nowoczesne od tego, co skrajnie tradycjonalistyczne i poddane ślepo władzy - w tym kontekście pokazywano geografię podziału. Ania Mierzyńska mówi jasno - problem nie leży w geografii. To nie Wschód i Zachód kraju są wyłącznym problemem. Choć podział w dominujących zachowaniach i postawach widoczny jest w układzie: duże miasta oraz mniejsze ośrodki i wieś. Ale wiele, wiele wyjątków przeczy tej regule i wymusza konieczność nowego spojrzenia. Różni ludzie o różnych poglądach są w różnych miejscach - więc wszelkie uproszczenia tylko utrudniają prace nad tworzeniem warunków do życia „z podzieleniem”, ale w taki sposób, by współpracować.
Wakacyjne wędrówki po Mazurach i Warmii. W Mrągowie wygrał Trzaskowski ( otwarte, turystyczne miasteczko z władzami samodzielnie samorządowymi, nie upartyjnionymi). W Reszlu, wygrał Trzaskowski: mały cudny ryneczek, odnowiony Zamek krzyżacki, wspaniały gotycki Kościół, ukończony w XV wieku z barokowym wnętrzem, odrestaurowany dzięki środkom unijnym, władze samorządowe - niezależne. Ale przecież ta wygrana, to w proporcji: 52,93% dla Trzaskowskiego i 47,07% dla Dudy, więc społeczność na pewno w poglądach na politykę jest jakoś podzielona.
Podobnie, choć w odwrotnym układzie jest w pięknej Lubawie: Duda - 54,34%, Trzaskowski - 45,66%. Przy rynku lodziarnia z pysznymi lodami i samodzielnie robionymi goframi, na budynku, gdzie mieści się kancelaria prawna wielki baner z Dudą, barokowy kościół z renesansowymi ozdobami i budynek przykościelny odnowione dzięki Unii Europejskiej, ładna promenada przy dawnych murach. Sklep wędkarski zamknięty po południu, ale przed sklepem duży pojemnik z robakami, które mogą być brane przez wędkarzy, pod jednym warunkiem, że po wykorzystaniu, pojemnik zostanie znów zamknięty - mały, pozytywny przejaw zaufania społecznego.
Życie w tych miejscowościach płynie - myślę, że w skupieniu na rozwiązywaniu codziennych problemów, poza polityką i ostrym sporem, choć wyniki wyborów bywają różne. Można wysnuć następujący wniosek: takie rodzaje podzielenia nie zamykają społeczności na siebie, można żyć w podzieleniu, jeśli tylko jest tkanka do wspólnych działań. Im więcej tej tkanki, tym więcej szans na solidarną współpracę.
A zatem Polska lokalna, podzielona w akcie wyborów politycznych - nie jest aż tak skrajnie podzielona, jak widać to w centralnym dyskursie publicznym. Bo Polska lokalna jest krajem ludzi ( gdzie trochę jeszcze się rozmawia ze sobą), a Polska centralna stała się wyłącznie krajem wypełnianych ról społecznych ( gdzie rozmawiają ze sobą twitterowe teksty, a zdania stają się wykrzyknikami).
Po wyborach prezydenckich i ich analizie przedstawiano wiele wniosków. Najbardziej skrajne: Polska jest tak podzielona, że trzeba oddzielić to, co nowoczesne od tego, co skrajnie tradycjonalistyczne i poddane ślepo władzy - w tym kontekście pokazywano geografię podziału. Ania Mierzyńska mówi jasno - problem nie leży w geografii. To nie Wschód i Zachód kraju są wyłącznym problemem. Choć podział w dominujących zachowaniach i postawach widoczny jest w układzie: duże miasta oraz mniejsze ośrodki i wieś. Ale wiele, wiele wyjątków przeczy tej regule i wymusza konieczność nowego spojrzenia. Różni ludzie o różnych poglądach są w różnych miejscach - więc wszelkie uproszczenia tylko utrudniają prace nad tworzeniem warunków do życia „z podzieleniem”, ale w taki sposób, by współpracować.
Wakacyjne wędrówki po Mazurach i Warmii. W Mrągowie wygrał Trzaskowski ( otwarte, turystyczne miasteczko z władzami samodzielnie samorządowymi, nie upartyjnionymi). W Reszlu, wygrał Trzaskowski: mały cudny ryneczek, odnowiony Zamek krzyżacki, wspaniały gotycki Kościół, ukończony w XV wieku z barokowym wnętrzem, odrestaurowany dzięki środkom unijnym, władze samorządowe - niezależne. Ale przecież ta wygrana, to w proporcji: 52,93% dla Trzaskowskiego i 47,07% dla Dudy, więc społeczność na pewno w poglądach na politykę jest jakoś podzielona.
Podobnie, choć w odwrotnym układzie jest w pięknej Lubawie: Duda - 54,34%, Trzaskowski - 45,66%. Przy rynku lodziarnia z pysznymi lodami i samodzielnie robionymi goframi, na budynku, gdzie mieści się kancelaria prawna wielki baner z Dudą, barokowy kościół z renesansowymi ozdobami i budynek przykościelny odnowione dzięki Unii Europejskiej, ładna promenada przy dawnych murach. Sklep wędkarski zamknięty po południu, ale przed sklepem duży pojemnik z robakami, które mogą być brane przez wędkarzy, pod jednym warunkiem, że po wykorzystaniu, pojemnik zostanie znów zamknięty - mały, pozytywny przejaw zaufania społecznego.
Życie w tych miejscowościach płynie - myślę, że w skupieniu na rozwiązywaniu codziennych problemów, poza polityką i ostrym sporem, choć wyniki wyborów bywają różne. Można wysnuć następujący wniosek: takie rodzaje podzielenia nie zamykają społeczności na siebie, można żyć w podzieleniu, jeśli tylko jest tkanka do wspólnych działań. Im więcej tej tkanki, tym więcej szans na solidarną współpracę.
A zatem Polska lokalna, podzielona w akcie wyborów politycznych - nie jest aż tak skrajnie podzielona, jak widać to w centralnym dyskursie publicznym. Bo Polska lokalna jest krajem ludzi ( gdzie trochę jeszcze się rozmawia ze sobą), a Polska centralna stała się wyłącznie krajem wypełnianych ról społecznych ( gdzie rozmawiają ze sobą twitterowe teksty, a zdania stają się wykrzyknikami).
Oczywiście, jad polaryzacji zaraża wszystkich, nawet najbliżsi w rodzinach zaczynają się dzielić... Pytanie, czy można znaleźć szczepionkę na ten jad, właśnie na poziomie lokalnym, i to bez względu na wiek ludzi i ich wykształcenie ?
To kluczowe pytanie - jako zadanie na dziś i jutro, o czym pisze Kuba Wygnański, podkreślając, że politycznej Wojnie na Górze należy przeciwstawiać obywatelski Pokój na Dole.
Rok temu pisałem o potrzebie lokalnych działań opozycji demokratycznej w Polsce. I nie chodziło tu o jałowość pokazywania się kandydatów na posłów na lokalnych bazarkach oraz selfiki tam robione.
Nie zdobyto się na to, by stworzyć mapę lokalnych potrzeb, problemów i aspiracji. Z informacjami o demografii ( dominują starsi, czy są jeszcze młodzi i co robią ), o źródłach pracy ( mały biznes, rolnictwo, inne obszary aktywności zawodowej), o usługach publicznych i ich dostępności ( jaka edukacja, jaka pomoc medyczna, czy jest i jak funkcjonuje biblioteka), o możliwej mobilności ( szanse transportowe i dostępność sieci internetowych), o wzorcach tożsamości ( tradycje lokalne - ludowe, małomiasteczkowe, pamięć zbiorowa, potrzeby zakorzenienia ludzi bez względu na to, czy są w danym miejscu od dawna, czy są przybyszami, zwyczaje kulinarne), o stosunku do wiary ( jaki kościół i religia, jaka siła społecznego oddziaływania parafii, jaki ksiądz), o lokalnych organizacjach ( Koła Gospodyń Wiejskich, rola strażaków i remizy etc.), o modach wśród młodych (akceptacja lokalności, o czym śpiewa Dawid Podsiadło, rosnące znaczenie własnej ekspresji - także w wyrażaniu orientacji seksualnej, czy patriotyzm łatwo przechodzący w naziolstwo). A przecież taka mapa, nie do końca odkryta, jest we wszystkich możliwych zbiorach danych. Nie zdobyto się na to - i może teraz przyjdzie zrozumienie, skoro Trzaskowski mówi o projekcie „nowej solidarności”, a Hołownia zapowiada mocną aktywność lokalną.
To, co najważniejsze - to odczucie tej lokalności ( same dane nie wystarczą): społeczno-etnograficzne. Jaka jest duma z młodych, którzy wyjechawszy coś osiągnęli albo ich zbiorowe wyparcie jako „zdrajców”. Przy ilu domach są bociany i jak się je traktuje - tworzą coroczne marzenie, że jak wracają, to znaczy, że świat stoi na nogach. Co kieruje emocjami, że na przydrożnym Krzyżu, pod którym jak zawsze jest pełno kwiatów, umieszczany jest dodatkowo polski Orzeł z Koroną. A jak umierają najstarsi - to kto przychodzi na pogrzeb... Gdzieś w zwyczajności tego świata żyje tkanka emocji i to ona po cichu, bezwiednie buduje tożsamość - nazwę ją „wewnętrznym krajobrazem emocji” ( z pełną wizualizacją, którą oglądając z zewnątrz trzeba umiejętnie rozczytać...).
Z oczywistych powodów, to wzmocnienie lokalności i jej rozumienia może się jednak dokonywać bardziej za sprawą samorządów oraz organizacji obywatelskich, niż partii politycznych. Partie polityczne są kluczowe dla gry i rywalizacji politycznej w systemie demokratycznym, ale bez dotarcia do tożsamości lokalnej nie wygrywa się wyborów w dzisiejszym świecie.
To kluczowe pytanie - jako zadanie na dziś i jutro, o czym pisze Kuba Wygnański, podkreślając, że politycznej Wojnie na Górze należy przeciwstawiać obywatelski Pokój na Dole.
Rok temu pisałem o potrzebie lokalnych działań opozycji demokratycznej w Polsce. I nie chodziło tu o jałowość pokazywania się kandydatów na posłów na lokalnych bazarkach oraz selfiki tam robione.
Nie zdobyto się na to, by stworzyć mapę lokalnych potrzeb, problemów i aspiracji. Z informacjami o demografii ( dominują starsi, czy są jeszcze młodzi i co robią ), o źródłach pracy ( mały biznes, rolnictwo, inne obszary aktywności zawodowej), o usługach publicznych i ich dostępności ( jaka edukacja, jaka pomoc medyczna, czy jest i jak funkcjonuje biblioteka), o możliwej mobilności ( szanse transportowe i dostępność sieci internetowych), o wzorcach tożsamości ( tradycje lokalne - ludowe, małomiasteczkowe, pamięć zbiorowa, potrzeby zakorzenienia ludzi bez względu na to, czy są w danym miejscu od dawna, czy są przybyszami, zwyczaje kulinarne), o stosunku do wiary ( jaki kościół i religia, jaka siła społecznego oddziaływania parafii, jaki ksiądz), o lokalnych organizacjach ( Koła Gospodyń Wiejskich, rola strażaków i remizy etc.), o modach wśród młodych (akceptacja lokalności, o czym śpiewa Dawid Podsiadło, rosnące znaczenie własnej ekspresji - także w wyrażaniu orientacji seksualnej, czy patriotyzm łatwo przechodzący w naziolstwo). A przecież taka mapa, nie do końca odkryta, jest we wszystkich możliwych zbiorach danych. Nie zdobyto się na to - i może teraz przyjdzie zrozumienie, skoro Trzaskowski mówi o projekcie „nowej solidarności”, a Hołownia zapowiada mocną aktywność lokalną.
To, co najważniejsze - to odczucie tej lokalności ( same dane nie wystarczą): społeczno-etnograficzne. Jaka jest duma z młodych, którzy wyjechawszy coś osiągnęli albo ich zbiorowe wyparcie jako „zdrajców”. Przy ilu domach są bociany i jak się je traktuje - tworzą coroczne marzenie, że jak wracają, to znaczy, że świat stoi na nogach. Co kieruje emocjami, że na przydrożnym Krzyżu, pod którym jak zawsze jest pełno kwiatów, umieszczany jest dodatkowo polski Orzeł z Koroną. A jak umierają najstarsi - to kto przychodzi na pogrzeb... Gdzieś w zwyczajności tego świata żyje tkanka emocji i to ona po cichu, bezwiednie buduje tożsamość - nazwę ją „wewnętrznym krajobrazem emocji” ( z pełną wizualizacją, którą oglądając z zewnątrz trzeba umiejętnie rozczytać...).
Z oczywistych powodów, to wzmocnienie lokalności i jej rozumienia może się jednak dokonywać bardziej za sprawą samorządów oraz organizacji obywatelskich, niż partii politycznych. Partie polityczne są kluczowe dla gry i rywalizacji politycznej w systemie demokratycznym, ale bez dotarcia do tożsamości lokalnej nie wygrywa się wyborów w dzisiejszym świecie.
Dlatego, kto wie, czy właśnie budowa ( odbudowa, przebudowa) tożsamości lokalnych nie jest obecnie najważniejsza...Tam rozgrywają się najistotniejsze na dziś batalie cywilizacyjne, jak zrozumienie dla uznania odrębności, także orientacji seksualnych, lub totalny brak tego zrozumienia, podsycany do gorących emocji niechęci i nienawiści. Niektórzy uważają, że są tematy tabu, których nie wolno poruszać - jak sprawy LGBTI i że ich dotykanie tylko szkodzi zwycięstwu demokracji. Ale przecież, jeśli wyjaśniać świat - nie paternalistyczne pouczać, ale rozmawiać, również o trudnych rzeczach, edukować na temat przemocy i tolerancji - to krok po kroku lęk przed nieznanym będzie się zamieniał w oswojenie nawet najtrudniejszych spraw. Starcie kulturowe może przybrać formę wojny, albo stać się eksploracją nowego. To ważne - rozmawiać i wyjaśniać, nie piętnować ( nawet jakby się noże w kieszeni otwierały).
Dlaczego ? Bo odpowiedzią na lęki utraty siebie i poczucia identyfikacji (co niosą wmówienia polityki populistycznej - głównie tzw.telewizja publiczna), na zagubienie, na brak pojmowania, ogarniania szybko zmieniającego się świata - może być tylko prawdziwe zakorzenienie się. Odmienne od instalowanego przez populistów, ale silnie oparte o własną tradycję, wartości, mądrość „wewnętrznego krajobrazu emocji” (świata, który otacza, jest fizycznie odczuwalny i przetworzony na symbole i motywacje). Może łatwiej będzie łączyć lokalne „zakorzenienie w krajobrazie” z zakorzenieniem europejskim, też opartym na zrozumiałych i dobrych emocjonalnie obrazach „europejskości”....?
Żeby takie projekty wystartowały trzeba, tak jak pisze Kuba Wygnański, wykorzystać nadchodzące 1000 dni bez wyborów - na tworzenie nowej sieci społecznych powiązań sprzyjających budowie postaw świadomej „obywatelskości”. Dla przełamania dryfu rozwojowego w Polsce, dla rozwiązania trudnych problemów „starcia kulturowego” bardziej potrzebne jest stanie się obywatelem, niż trzymanie chorągiewek partyjnych. To dlatego budowanie zdolności do kooperacji oraz swoiste „ćwiczenia obywatelskie” stają się kluczem. I to umiejętnie skierowane do różnych odbiorców: starszych i młodzieży, kobiet i mężczyzn, ludzi wykształconych i mających edukacyjne deficyty.
To nie jest łatwe wyzwanie. Bo często silniejszy jest wzorzec rywalizacji i walki jako dominujący w perspektywie działań publicznych. Widać to dziś w Polsce po obu stronach politycznego sporu. Po krzyku, który dobiega ze sceny centralnej debaty publicznej.
Ale motorem przemiany i sukcesu na przyszłość - jest wzorzec kooperacji, czyli dostrzegania w innych jakiejś części samych siebie i gotowość nie tylko do wyciągania dłoni naprzeciw, ale realnej ich współpracy. A temu służy - jak pisze Wygnański - pielęgnacja, cierpliwość i pokora. Jest oczywiste, że ten poligon praktykowania obywatelskości nie może bazować tylko i wyłącznie na liderze, musi być sieciowy - tak jak sieciowe są więzi społeczne, szczególnie w czasach Internetu. A dodatkowo - nowe praktykowanie obywatelskości musi być regularne, nie tylko opierać się na jednorazowych zrywach. I nie chodzi o to, by 10 milionów ludzi, którzy głosowali na demokratycznego kandydata, było w nieustannej gotowości. Lecz żeby 10% z nich utrzymywało łączność nie tylko w sprzeciwie i
niezgodzie, ale refleksji i pracy nad przyszłością. I angażowało się w konkretne wspólne przedsięwzięcia: ważne lokalnie i w skali kraju. Jest mnóstwo możliwości - od obywatelskich paneli eksperckich, poprzez inicjatywy ustawodawcze i debaty uwspólniające szeroko (nie tylko partyjnie) poszukiwanie konkretnych rozwiązań dla konkretnych spraw, aż do przedsięwzięć edukacyjnych i kulturowych, także medialnych. Warunkiem rozwoju obywatelskiej siły i nadziei powinno też być przygotowywanie liderów, animatorów lokalnych działań i dialogu.
Jeśli „Solidarność” po 12 miesiącach działania, już w 1981 roku wydała z siebie projekt Samorządnej Rzeczpospolitej, zbierający wszystko, co najistotniejsze dla ówczesnego poczucia wolności ( samorządy terytorialne i pracownicze) i ich gwarancji, to obecnie może konieczna jest praca nad Polską Obywatelską (Republiką w rozumieniu Wygnańskiego) jako marzeniem Polaków, by pokonać podziały, albo nawet mimo nich - nauczyć się współpracy na każdym poziomie, od lokalnego poczynając.
To kluczowe z punktu widzenia przyszłych szans Polski. I zwróćcie uwagę - takie rozumienie spraw unosi nas ponad jałowy już dzisiaj dla Polski spór: liberalne czy lewicowe, bo spór pomiędzy tym, co demokratyczne i przyszłościowe a tym, co neo-autorytarne i zamknięte na przyszłość - jest stokroć bardziej istotny.
Wywiadem w „Polska Times” Rafał Dutkiewicz wrócił jako postać do polskiego dyskursu publicznego.
Jeśli kluczem do przyszłości jest lokalność i obywatelskość przedsięwzięć, to musi to być uzupełnione o europejskie i globalne wyzwania rozwojowe. Polsce grozi dryf - mówi Dutkiewicz, dryf populistyczno-autorytarny dodaje. Polsce grozi dryf - pisałem 10 lat temu we wstępie do „Polski 2030”. Ciągle nie umiemy - przy zmieniających się częściowo wyzwaniach - dostrzec tego zagrożenia i zacząć mu przeciwdziałać ( tak, jak pisze o tym w wydanej ostatnio książce Edwin Bendyk:”W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”).
Nasza planeta zginie bez wspólnej akcji jednoczącej wsie, miasta, kraje, kontynenty i wszystkie sektory gospodarcze. Technologia zawłaszczy człowieka i jego pragnienia, jeżeli nie będziemy umieli nad nią panować, co wymaga świadomej polityki innowacji na każdym szczeblu od szkoły poprzez ośrodki badawcze aż do każdego miejsca pracy i wysiłku zawodowego każdego z nas. Bo przecież rewolucja cyfrowa jest wielką, niewyobrażalną szansą dla rozwoju ludzkości. Miasta, szczególnie duże i coraz większe zamienią się w molochy nie do życia, jeśli nie będą umiejętnie zarządzane, a w tym zarządzaniu zarówno Sztuczna Inteligencja, jak i partycypacja obywatelska nam nie pomogą. Przedział między miastami a prowincją może urosnąć do rozmiarów trudnych do ogarnięcia, a przez to tworzących napięcia między społecznymi ambicjami i aspiracjami, co stwarza twarde linie podziałów społecznych. Konflikty globalne będą coraz silniejsze, jeśli jedne obszary będą przeludnione i ludzie będą chcieli z biedy i braku poczucia bezpieczeństwa uciekać z nich, a inne terytoria będą „srebrne” od nadmiaru starzejących się grup społecznych. Nowy porządek świata, którego jeszcze 5 lat temu nie było widać: Ameryka, Chiny, Europa i Rosja wyłania się w quasi-krwawej wojnie handlowej, która jest tak naprawdę wojną wartości. Pandemia Covid-19 niesie skutki, trudno jeszcze przewidywalne, ale zasadniczo zmieniające i gospodarkę, i życie społeczne oraz publiczne, i parametry jakości codziennego życia od ochrony zdrowia poczynając a na modelach edukacji oraz pracy kończąc.
W tym tyglu przemian - kraj dryfuje, chociaż nie musi....A my zostajemy na peryferiach, na poboczach świata, na prowincji, z którą wcale nam tak nie będzie dobrze za kilka lat...
Ale to znaczy, że polityka nie umie podjąć kluczowych wyzwań. Albo skupiając się na prostej i prostackiej walce o władzę, albo uciekając od przyszłości, od wizji przyszłości poprzez nazwanie prac nad przyszłością czymś nienormalnym ( „ jak ktoś ma wizje, to niech idzie do lekarza”). Uniknięcie dryfu - mówi Dutkiewicz - wymaga polityki. Ale innej niż ta, z którą stykamy się na co dzień. Bo mądra polityka potrzebuje rozsądnie używać wszystkich rodzajów kapitałów, w tym kluczowego dla rozwoju - kapitału społecznego, zaufania między ludźmi i zaufania ludzi do instytucji. Nie ma dobrej polityki bez instutucji, które obdarzamy zaufaniem: systemu sądowniczego, przejrzystego trybu podejmowania decyzji gospodarczych, reguł dialogu społecznego i obywatelskiego, usług publicznych pozwalających naprawdę eliminować wykluczenia i nierówności, edukacji dostępnej dla wszystkich na tak samo wysokim poziomie, wreszcie instytucji podtrzymujących w nas wartości, jak kościoły czy media ( aż dziw, że można byłoby wrócić do takiego definiowania kościołów i mediów).
Wniosek nasuwa się oczywisty. Polska potrzebuje odbudowy instytucji i powrotu na ścieżkę budowy kapitału społecznego. Bo - podziały i różnice, także te, które dzisiaj wyglądają na najgłębsze są do pokonania. Bo to, co podzielone może stawać się znów solidarne, choćby od czasu do czasu przy poszukiwaniu rozwiązań dla konkretnych spraw.
Przechodzenia od „podzielonego” do „solidarnego” nie można zadekretować. To nigdy nie będzie efekt inżynierii społecznej, choć polaryzacja jest przecież rezultatem takiej inżynierii - populistycznej manipulacji umysłami i emocjami dużych grup ludzkich. W drugą stronę to tak nie działa - doświadczenie ma charakter alchemiczny, jest sumą różnych prób i wysiłków o nie do końca przewidywalnym charakterze. Ale, zarówno Ania Mierzyńska, Kuba Wygnański i Rafał Dutkiewicz wierzą, jak myślę w taki sposób działania - jako tworzący szanse na solidarność.
Solidarność zawsze przychodzi niespodzianie.
Michał Boni
13 sierpnia 2020
Dlaczego ? Bo odpowiedzią na lęki utraty siebie i poczucia identyfikacji (co niosą wmówienia polityki populistycznej - głównie tzw.telewizja publiczna), na zagubienie, na brak pojmowania, ogarniania szybko zmieniającego się świata - może być tylko prawdziwe zakorzenienie się. Odmienne od instalowanego przez populistów, ale silnie oparte o własną tradycję, wartości, mądrość „wewnętrznego krajobrazu emocji” (świata, który otacza, jest fizycznie odczuwalny i przetworzony na symbole i motywacje). Może łatwiej będzie łączyć lokalne „zakorzenienie w krajobrazie” z zakorzenieniem europejskim, też opartym na zrozumiałych i dobrych emocjonalnie obrazach „europejskości”....?
Żeby takie projekty wystartowały trzeba, tak jak pisze Kuba Wygnański, wykorzystać nadchodzące 1000 dni bez wyborów - na tworzenie nowej sieci społecznych powiązań sprzyjających budowie postaw świadomej „obywatelskości”. Dla przełamania dryfu rozwojowego w Polsce, dla rozwiązania trudnych problemów „starcia kulturowego” bardziej potrzebne jest stanie się obywatelem, niż trzymanie chorągiewek partyjnych. To dlatego budowanie zdolności do kooperacji oraz swoiste „ćwiczenia obywatelskie” stają się kluczem. I to umiejętnie skierowane do różnych odbiorców: starszych i młodzieży, kobiet i mężczyzn, ludzi wykształconych i mających edukacyjne deficyty.
To nie jest łatwe wyzwanie. Bo często silniejszy jest wzorzec rywalizacji i walki jako dominujący w perspektywie działań publicznych. Widać to dziś w Polsce po obu stronach politycznego sporu. Po krzyku, który dobiega ze sceny centralnej debaty publicznej.
Ale motorem przemiany i sukcesu na przyszłość - jest wzorzec kooperacji, czyli dostrzegania w innych jakiejś części samych siebie i gotowość nie tylko do wyciągania dłoni naprzeciw, ale realnej ich współpracy. A temu służy - jak pisze Wygnański - pielęgnacja, cierpliwość i pokora. Jest oczywiste, że ten poligon praktykowania obywatelskości nie może bazować tylko i wyłącznie na liderze, musi być sieciowy - tak jak sieciowe są więzi społeczne, szczególnie w czasach Internetu. A dodatkowo - nowe praktykowanie obywatelskości musi być regularne, nie tylko opierać się na jednorazowych zrywach. I nie chodzi o to, by 10 milionów ludzi, którzy głosowali na demokratycznego kandydata, było w nieustannej gotowości. Lecz żeby 10% z nich utrzymywało łączność nie tylko w sprzeciwie i
niezgodzie, ale refleksji i pracy nad przyszłością. I angażowało się w konkretne wspólne przedsięwzięcia: ważne lokalnie i w skali kraju. Jest mnóstwo możliwości - od obywatelskich paneli eksperckich, poprzez inicjatywy ustawodawcze i debaty uwspólniające szeroko (nie tylko partyjnie) poszukiwanie konkretnych rozwiązań dla konkretnych spraw, aż do przedsięwzięć edukacyjnych i kulturowych, także medialnych. Warunkiem rozwoju obywatelskiej siły i nadziei powinno też być przygotowywanie liderów, animatorów lokalnych działań i dialogu.
Jeśli „Solidarność” po 12 miesiącach działania, już w 1981 roku wydała z siebie projekt Samorządnej Rzeczpospolitej, zbierający wszystko, co najistotniejsze dla ówczesnego poczucia wolności ( samorządy terytorialne i pracownicze) i ich gwarancji, to obecnie może konieczna jest praca nad Polską Obywatelską (Republiką w rozumieniu Wygnańskiego) jako marzeniem Polaków, by pokonać podziały, albo nawet mimo nich - nauczyć się współpracy na każdym poziomie, od lokalnego poczynając.
To kluczowe z punktu widzenia przyszłych szans Polski. I zwróćcie uwagę - takie rozumienie spraw unosi nas ponad jałowy już dzisiaj dla Polski spór: liberalne czy lewicowe, bo spór pomiędzy tym, co demokratyczne i przyszłościowe a tym, co neo-autorytarne i zamknięte na przyszłość - jest stokroć bardziej istotny.
Wywiadem w „Polska Times” Rafał Dutkiewicz wrócił jako postać do polskiego dyskursu publicznego.
Jeśli kluczem do przyszłości jest lokalność i obywatelskość przedsięwzięć, to musi to być uzupełnione o europejskie i globalne wyzwania rozwojowe. Polsce grozi dryf - mówi Dutkiewicz, dryf populistyczno-autorytarny dodaje. Polsce grozi dryf - pisałem 10 lat temu we wstępie do „Polski 2030”. Ciągle nie umiemy - przy zmieniających się częściowo wyzwaniach - dostrzec tego zagrożenia i zacząć mu przeciwdziałać ( tak, jak pisze o tym w wydanej ostatnio książce Edwin Bendyk:”W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”).
Nasza planeta zginie bez wspólnej akcji jednoczącej wsie, miasta, kraje, kontynenty i wszystkie sektory gospodarcze. Technologia zawłaszczy człowieka i jego pragnienia, jeżeli nie będziemy umieli nad nią panować, co wymaga świadomej polityki innowacji na każdym szczeblu od szkoły poprzez ośrodki badawcze aż do każdego miejsca pracy i wysiłku zawodowego każdego z nas. Bo przecież rewolucja cyfrowa jest wielką, niewyobrażalną szansą dla rozwoju ludzkości. Miasta, szczególnie duże i coraz większe zamienią się w molochy nie do życia, jeśli nie będą umiejętnie zarządzane, a w tym zarządzaniu zarówno Sztuczna Inteligencja, jak i partycypacja obywatelska nam nie pomogą. Przedział między miastami a prowincją może urosnąć do rozmiarów trudnych do ogarnięcia, a przez to tworzących napięcia między społecznymi ambicjami i aspiracjami, co stwarza twarde linie podziałów społecznych. Konflikty globalne będą coraz silniejsze, jeśli jedne obszary będą przeludnione i ludzie będą chcieli z biedy i braku poczucia bezpieczeństwa uciekać z nich, a inne terytoria będą „srebrne” od nadmiaru starzejących się grup społecznych. Nowy porządek świata, którego jeszcze 5 lat temu nie było widać: Ameryka, Chiny, Europa i Rosja wyłania się w quasi-krwawej wojnie handlowej, która jest tak naprawdę wojną wartości. Pandemia Covid-19 niesie skutki, trudno jeszcze przewidywalne, ale zasadniczo zmieniające i gospodarkę, i życie społeczne oraz publiczne, i parametry jakości codziennego życia od ochrony zdrowia poczynając a na modelach edukacji oraz pracy kończąc.
W tym tyglu przemian - kraj dryfuje, chociaż nie musi....A my zostajemy na peryferiach, na poboczach świata, na prowincji, z którą wcale nam tak nie będzie dobrze za kilka lat...
Ale to znaczy, że polityka nie umie podjąć kluczowych wyzwań. Albo skupiając się na prostej i prostackiej walce o władzę, albo uciekając od przyszłości, od wizji przyszłości poprzez nazwanie prac nad przyszłością czymś nienormalnym ( „ jak ktoś ma wizje, to niech idzie do lekarza”). Uniknięcie dryfu - mówi Dutkiewicz - wymaga polityki. Ale innej niż ta, z którą stykamy się na co dzień. Bo mądra polityka potrzebuje rozsądnie używać wszystkich rodzajów kapitałów, w tym kluczowego dla rozwoju - kapitału społecznego, zaufania między ludźmi i zaufania ludzi do instytucji. Nie ma dobrej polityki bez instutucji, które obdarzamy zaufaniem: systemu sądowniczego, przejrzystego trybu podejmowania decyzji gospodarczych, reguł dialogu społecznego i obywatelskiego, usług publicznych pozwalających naprawdę eliminować wykluczenia i nierówności, edukacji dostępnej dla wszystkich na tak samo wysokim poziomie, wreszcie instytucji podtrzymujących w nas wartości, jak kościoły czy media ( aż dziw, że można byłoby wrócić do takiego definiowania kościołów i mediów).
Wniosek nasuwa się oczywisty. Polska potrzebuje odbudowy instytucji i powrotu na ścieżkę budowy kapitału społecznego. Bo - podziały i różnice, także te, które dzisiaj wyglądają na najgłębsze są do pokonania. Bo to, co podzielone może stawać się znów solidarne, choćby od czasu do czasu przy poszukiwaniu rozwiązań dla konkretnych spraw.
Przechodzenia od „podzielonego” do „solidarnego” nie można zadekretować. To nigdy nie będzie efekt inżynierii społecznej, choć polaryzacja jest przecież rezultatem takiej inżynierii - populistycznej manipulacji umysłami i emocjami dużych grup ludzkich. W drugą stronę to tak nie działa - doświadczenie ma charakter alchemiczny, jest sumą różnych prób i wysiłków o nie do końca przewidywalnym charakterze. Ale, zarówno Ania Mierzyńska, Kuba Wygnański i Rafał Dutkiewicz wierzą, jak myślę w taki sposób działania - jako tworzący szanse na solidarność.
Solidarność zawsze przychodzi niespodzianie.
Michał Boni
13 sierpnia 2020
