Wieczór pierwszego dnia wiosny. W Teatrze Powszechnym premiera "Rewizora" Gogola w reżyserii Igora Gorzkowskiego.

REKLAMA
Jak zawsze przy "Rewizorze", na końcu przedstawienia gorzkie słowa Horodniczego (mądrze grającego Mariusza Benoita - raz nawet myślałem, że przejrzał oszukańczego Rewizora), które od zawsze płyną w naszej pamięci: "Z czego się śmiejecie, z samych siebie się śmiejecie". Gdyby to na siłę uwspółcześnić, to przedstawienie w Powszechnym byłoby smutną karykaturą samorządowej, lokalnej władzy w 25-lecie polskiej transformacji. Ale nie ma w tym "Rewizorze" niczego na siłę.
Jest za to okrutna konfrontacja prowincjonalnego chicu i glamouru ( z jaką sugestywnością wymawianego przez Joannę Żółkowską jako żonę Horodniczego!) ze stołecznym kiczem ubranym w metroseksualne stroje Chlestakowa (przekonywujący Andrzej Mastalerz) - cudowne zielone buty z czerwonymi sznurowadłami i seledynowe okulary oraz opięte kolorowe spodnie Osipa (Jacek Beler), jego służącego. Ta konfrontacja demaskuje układy i układziki miasteczkowe, a przez świetne kostiumy obnaża bezguście stylu, w jakim żyją i jaki tworzą prowincjonalni notable. To jest przedstawienie mistrzowskiego szczegółu - genialnie dobranych swetrów z polskiej prowincjonalności przełomu 80/90 lat, cudownych płaszczyków Bobczyńskiego i Dobczyńskiego (w perfekcyjnym wykonaniu Bartłomieja Bobrowskiego i Sławomira Packa), zielonkawego garnituru ludowego działacza z lat 70, ale i 90, jaki nosi Horodniczy.
Te szczegóły widać w grze, kiedy każdy gest i skrzywienie twarzy pokazują napięcie relacji między prowincjuszami, a wyobrażaną przez nich WŁADZĄ w postaci Chlestakowa. Naczelnik poczty przekazując w kopercie łapówkę przedstawicielowi władzy ze stolicy ślini językiem kopertę, by ją zamknąć - ot, pocztowy nawyk.
Ale u Gogola nie ma jednostronności. Po ludzku mali, i tacy biedni w tej małości są nie tylko elitarni liderzy miasteczka.Także wysłannicy wielkomiejskiego stylu życia nie grzeszą uczciwością, wręcz odwrotnie zachowują się jak prowokujący agenci CBA z pewnej polskiej historii. I też są okrutni. Ponadto jednak, są utkani z pozorów, z półprawd, własnej mitomanii, jak w pijackiej opowieści Chlestakowa, który wzbudza uznanie tym, że może ustawiać samą Radę Ministrów.
Jest więc "Rewizor" opowieścią uniwersalną. Skądinąd - uniwersalną w smutnym znaczeniu, że każda władza bierze, a każdy, kto chce coś załatwić - jest gotowy dawać.Tu nie chodzi o Rosję XIX wieku, ani o obecnych czynowników Putina, tu nie chodzi o próżność i małość polskiej prowincji i fałszywość stołecznych pozorantów. Sztuka Gogola dzieje się w kostiumach, które mają historyczną symbolikę ( dlatego ją lepiej odczuwamy), ale tak naprawdę dzieje się w uniwersalnym czasie ludzkim. Tacy jesteśmy: śmieszni, puści, mali, tragiczni i samotni zarazem, jak sędzia Lapkin-Tiapkin (Kazimierz Kaczor), z przerażeniem nagle spostrzegający, iż jako jedyny przyszedł bez krawata. Lecz również jesteśmy tacy jak Horodniczy wychodzący ze sceny, po okrutnym i upokarzającym doświadczeniu, i po usłyszeniu informacji, że oto nie fałszywy, ale prawdziwy przedstawiciel władzy ze stolicy przyjechał i wzywa... Wychodzi, żeby nie pójść na to wezwanie, czy żeby jednak pójść... To wyjście jest smutne, jakby wychodził ze sceny czechowowski wujaszek Wania słysząc za sobą - "..trzeba żyć...".
Pójdżcie na to przedstawienie.