Cztery lata po obaleniu Hosniego Mubaraka Egipcjanie mają u siebie państwo policyjne. 25 stycznia, czyli w rocznicę rewolucji, na ulice Kairu wyszła armia, a policjanci urządzili pokaz siły paradując z bronią. Dlatego było spokojniej niż można było się spodziewać, a najwięcej mówi się o wydarzeniu z 24 stycznia - wieczorem funkcjonariusze zastrzelili kobietę biorącą udział w małej demonstracji.

REKLAMA
Od pierwszego dnia mojego pobytu w Kairze to, co najbardziej rzuca się w oczy, to opancerzone pojazdy za drutami kolczastymi stojące na poboczach głównych ulic w centrum. Stacjonują przy nich uzbrojeni w karabiny żołnierze - najczęściej bardzo młodzi, dwudziestokilkuletni. W ten sposób Egipt pod rządami generała Sisiego - tego, który rok temu obalił wybranego w powszechnych wyborach prezydenta - od dłuższego czasu przygotowywał się do czwartej rocznicy rewolucji.
Władza zdaje sobie sprawę, że młodzi ludzie w sieci zwołują się, by dokonać kolejnej rewolucji. Bo dla nich rządzi po prostu kolejny reżim - Sisi i jego ludzie zakazują manifestacji, brutalnie rozprawiają się z opozycją, a przy tym mają nieograniczoną władzę. W Egipcie nie ma w tym momencie parlamentu, więc to prezydent rządzi przy pomocy dekretów.
logo
W sobotę, czyli 24 stycznia, z godziny na godzinę sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Armia i policja odcinały kolejne ulice, a na głównych skrzyżowaniach i rondach pojawili się ludzie z bronią. Egipcjanie, z którymi rozmawiałem, mówili, że to straszak na potencjalnch demonstrantów, którzy chcieliby upamiętnić rewolucję z 2011 roku. Pokaz siły nie do końca się udal, bo tego dnia popołudniu niedaleko placu Tahrir, czyli centrum wydarzeń sprzed czterech lat, mała grupa zorganizowała manifestację. Nie było okrzyków przeciwko Sisiemu. Chodziło o upamiętnienie zabitych w trakcie rewolucji rodaków, których zdjęcia wywieszono na transparentach.
logo
Pamiątka po rewolucji. Spalona siedziba partii Mubaraka. Do remontu nikt się nie spieszy.
Chwilę później pojawiła się kolejna grupka, która maszerowała z pobliskiego placu Taalat Harb (gdzie się zatrzymałem) na Tahrir, niosąc ze sobą róże. Jak relacjonowali uczestnicy tego marszu, policja chciała, by się rozeszli, ale jeszcze nie zakończyły się negocjacje w tej sprawie, a już padły strzały. Zastrzelona została lewicowa aktywistka Shaimaa Sabagh (kule trafiły ją w głowę). W sieci pojawiły się zdjęcia, na których widać, jak pada na ziemię i zostaje podniesiona przez męża, który chwilę później został aresztowany.
Ja samego zdarzenie nie widziałem, ale chwilę wcześniej w jednej z ulic obok mojego hostelu pojawili się zamaskowani policjanci z długą bronią i generał, który nimi dowodził. Widok był niespotykany. Wyglądało to tak, jakby policja przeprowadzała nie akcję rozpędzania tłumu, ale egzekucję.
logo
Fot. Ustaz Osama/FB
Jeszcze bardziej zaskakujące było to, że chwilę po tym zdarzeniu wszystko wróciło do normy. Pytani mieszkańcy jak gdyby nigdy nic odpowiadali, że owszem, były jakieś "problemy" i że zginęła kobieta. Moi znajomi skarżyli się też na "państwo policyjne" i mówili, że policja to "synowie Mubaraka".
25 stycznia, w dzień rocznicy, było spokojniej. Media donosiły co prawda o bombie podłożonej w innej części Kairu i o małych demonstracjach, ale wszyscy obawiali się gorszego obrotu sprawy. W centrum ulice opustoszały. Większość sklepów pozamykano, a ludzie raczej siedzieli w domach. Ja, szukając kantoru, spotkałem handlarza walutą, najwyraźniej zwolennika Sisiego. Powiedział mi, że kobieta, która zginęła poprzedniego wieczoru, nie została zastrzelona, ale "stratowana przez tłum". Inna wersja rozgłaszana przez sympatyków władzy mówi, że za zabójstwem stoi Bractwo Muzułmańskie.
logo