Można uznać, że prawybory w Partii Republikańskiej zostały zakończone. Ich przebieg, który miałem okazje obserwować z bliska, był kolejnym przejawem niesłychanej żywotności amerykańskiej demokracji. Wszyscy obserwatorzy są jednak zgodni, że brutalność rywalizacji wśród Republikanów była w tym roku szczególnie wysoka. Kandydaci atakowali nie tylko swoje programy, ale sięgano po argumenty dotyczące życia prywatnego, osiągnięć, charakteru.
REKLAMA
Były stany, w których w prawyborach emitowano praktycznie tylko negatywne reklamówki wyborcze. Dodajmy do tego wzajemne złośliwości podczas debat, których odbywało się naprawdę bez liku. Mitt Romney ma już w praktyce zagwarantowaną nominację. Republikanie zwierają więc za nim szeregi szykując się do konwencji partii w Tampie na Florydzie, a później gorącej jesiennej kampanii przeciwko prezydentowi Obamie. Ostatnie sondaże pokazują, że Mitt Romney - jak na razie - remisuje z Barackiem Obamą i to pomimo tego, iż właśnie zakończył "najbardziej krwawą" w historii kampanię prawyborczą.
Przypomnijmy sobie co stało się cztery lata temu. Wtedy rywalizujący z Hillary Clinton Barack Obama stoczył, jak mówiono, najbardziej brutalną kampanię w historii prawyborów Partii Demokratycznej. Także wtedy jego rywalka emitowała negatywne reklamy wyborcze kwestionujące charakter i zdolności przywódcze przyszłego prezydenta USA. Barack Obama jednak wyszedł z prawyborów wzmocniony. Hillary Clinton, co mogłem osobiście oglądać w Denver, w płomiennym przemówieniu poparła swojego niegdysiejszego rywala. Jak doskonale pamiętamy, po prezydenckim zwycięstwie Baracka Obamy w wyborach została jego sekretarzem stanu. Zarówno to, czego byliśmy świadkami w 2008 roku, jak i to, czego jesteśmy świadkami teraz pokazuje, że w dojrzałej demokracji spór nawet bardzo brutalny, w ramach jednego obozu politycznego, nie tylko nie jest nienormalny, ale śmiem twierdzić - przynosi temu obozowi korzyści. Gdybyśmy Partie Republikańską próbowali przenieść na polski grunt, to odnaleźliby się w niej politycy od Antoniego Macierewicza po chyba nawet Donalda Tuska, a na pewno prezydenta Komorowskiego.
W Stanach Zjednoczonych taka różnorodność polityków w ramach jednej formacji jest możliwa dlatego, że partie polityczne są w istocie koalicjami różnych nurtów, ale przede wszystkim dlatego, że istnieje instytucja prawyborów. Gwarantuje ona kontrolę obywateli nad niezwykle ważną instytucją porządku konstytucyjnego państwa, jakim jest partia polityczna. Wbrew temu, co twierdzą zagorzali uczestnicy wojny polsko-polskiej, największym problemem polskiej demokracji nie jest z jednej strony ani Jarosław Kaczyński, ani Radio Maryja czy Telewizja Trwam, ani z drugiej strony wydumany "reżim Tuska" czy prześladowanie prawicowych mediów.
Jestem przekonany, że proces demokratyczny w Polsce zaburzony jest najbardziej właśnie w relacjach pomiędzy obywatelem, a partią polityczną. Polscy podatnicy bardzo sowicie finansują poprzez budżet państwa partie polityczne. Później mogą na nie głosować i głęboko wierzę, że głosy te są uczciwie liczone. Mogą także poprzez bardzo zróżnicowane, ale jednak wolne media wyrabiać sobie o partiach opinie. Nie mogą jednak mieć na funkcjonowanie tych partii żadnego wpływu. Rzadko zgadzam się ze Zbigniewem Ziobro. Jego postulat prawyborów uznaję jednak za słuszny, nawet jeśli powodowany jest dziś taktycznymi względami.
