Nie tak łatwo jak by chciał, jednak dość pewnie Mitt Romney zmierza do republikańskiej nominacji. Superwtorek nie przyniósł ostatecznego rozstrzygnięcia, bo tak naprawdę przynieść go nie mógł. Na razie, bowiem wybrano dopiero 49 procent delegatów, którzy w sierpniu w Tampie na Florydzie oficjalnie nominują swojego kandydata na prezydenta.
REKLAMA
Wczoraj byliśmy świadkami „chleba powszedniego” amerykańskich kampanii – do akcji wkroczyli spin doktorzy głównych kandydatów. Dziennikarze obsługujący republikańskie prawybory, byli zapraszani przez poszczególne sztaby na spotkania, na których przedstawiano im interpretację tego, co wydarzyło się we wtorek. Takie spotkania, z których do mediów przedostają się wyłącznie anonimowe cytaty, służą urabianiu komentatorów – mają im dostarczyć argumentów i faktów objaśniających aktualną strategię wyborczą.
Mimo, że Romney nie jest zadowolony ze zwycięstwa tylko w połowie z 10 stanów, które głosowały we wtorek, jego ludzie zdołali dostarczyć mediom mocnych argumentów na rzecz byłego gubernatora Masachusetts. Z ich wyliczeń wynika, ze Romneyowi do nominacji wystarczy w pozostałych prawyborach zdobycie 48 % delegatów. Nawet niechętni obserwatorzy przyznają, ze jest to w pełni realne. W przypadku Ricka Santorum do zdobycia nominacji potrzebne będzie uzyskanie poparcia 65% ,a Gingricha aż 70 % delegatów. Biorąc pod uwagę, ze obaj głowni konkurenci Romneya dysponują mniejszymi środkami i gorszą organizacją – to te wyliczenia wyglądają dla nich bardzo zniechęcająco. Sztabowcy lidera wyścigu podkreślają także, ze Romney zdecydowanie wygrał tam gdzie w listopadzie będzie musiał pokonać Obamę, np. w wahających się miedzy republikanami a demokratami okręgach zamieszkałych przez klasę średnią.
Rywale Romneya są coraz bardziej zdesperowani. Sztab Ricka Santorum w powyborczych analizach koncentruje się głownie na wywieraniu presji na Newta Gingricha, aby ten wycofał się z wyścigu. Argument, że dwóch prawicowych konserwatystów dzieli elektorat pozwalając umiarkowanemu kandydatowi wygrywać nawet tam, gdzie realnie jest w mniejszości nie trafia jednak do Gingricha. Ten ambitny były speaker Izby Reprezentantów ma świadomość, ze z racji wieku to jego ostatnia szansa na polityczny come back. Dziś nic nie wskazuje na to, aby miał się z wyborów wycofać.
Nie wszystko jednak układa się dla Romneya różowo. Prawybory przenoszą się teraz na dużo bardziej konserwatywne południe, gdzie wyraźnie widać będzie główną słabość byłego gubernatora, czyli nieufność, jaką obdarza go znaczna część najbardziej prawicowych, chrześcijańskich wyborców partii republikańskiej.
Romney świadomie nie powtarza elementarza republikanów, który polega na gwałtownej retoryce w prawyborach i ucieczce do centrum podczas rywalizacji z demokratami podczas właściwych wyborów jesienią. Ta klasyczna taktyka niesie ze sobą ryzyko alienacji wyborców motywowanych ideologicznie, którzy na amerykańskiej prawicy są świetnie zorganizowani i mocno zmotywowani. Jej plus polega jednak na tym że, jeśli Romneyowi uda się zdobyć nominację jako umiarkowanemu republikaninowi, jego szanse w starciu z Obama będą dużo większe.
Mimo, że Romney nie jest zadowolony ze zwycięstwa tylko w połowie z 10 stanów, które głosowały we wtorek, jego ludzie zdołali dostarczyć mediom mocnych argumentów na rzecz byłego gubernatora Masachusetts. Z ich wyliczeń wynika, ze Romneyowi do nominacji wystarczy w pozostałych prawyborach zdobycie 48 % delegatów. Nawet niechętni obserwatorzy przyznają, ze jest to w pełni realne. W przypadku Ricka Santorum do zdobycia nominacji potrzebne będzie uzyskanie poparcia 65% ,a Gingricha aż 70 % delegatów. Biorąc pod uwagę, ze obaj głowni konkurenci Romneya dysponują mniejszymi środkami i gorszą organizacją – to te wyliczenia wyglądają dla nich bardzo zniechęcająco. Sztabowcy lidera wyścigu podkreślają także, ze Romney zdecydowanie wygrał tam gdzie w listopadzie będzie musiał pokonać Obamę, np. w wahających się miedzy republikanami a demokratami okręgach zamieszkałych przez klasę średnią.
Rywale Romneya są coraz bardziej zdesperowani. Sztab Ricka Santorum w powyborczych analizach koncentruje się głownie na wywieraniu presji na Newta Gingricha, aby ten wycofał się z wyścigu. Argument, że dwóch prawicowych konserwatystów dzieli elektorat pozwalając umiarkowanemu kandydatowi wygrywać nawet tam, gdzie realnie jest w mniejszości nie trafia jednak do Gingricha. Ten ambitny były speaker Izby Reprezentantów ma świadomość, ze z racji wieku to jego ostatnia szansa na polityczny come back. Dziś nic nie wskazuje na to, aby miał się z wyborów wycofać.
Nie wszystko jednak układa się dla Romneya różowo. Prawybory przenoszą się teraz na dużo bardziej konserwatywne południe, gdzie wyraźnie widać będzie główną słabość byłego gubernatora, czyli nieufność, jaką obdarza go znaczna część najbardziej prawicowych, chrześcijańskich wyborców partii republikańskiej.
Romney świadomie nie powtarza elementarza republikanów, który polega na gwałtownej retoryce w prawyborach i ucieczce do centrum podczas rywalizacji z demokratami podczas właściwych wyborów jesienią. Ta klasyczna taktyka niesie ze sobą ryzyko alienacji wyborców motywowanych ideologicznie, którzy na amerykańskiej prawicy są świetnie zorganizowani i mocno zmotywowani. Jej plus polega jednak na tym że, jeśli Romneyowi uda się zdobyć nominację jako umiarkowanemu republikaninowi, jego szanse w starciu z Obama będą dużo większe.
