Mijający tydzień Janusz Palikot rozpoczął mocnym akcentem. Udzielił Newsweekowi wywiadu, z którego wynikało, ze lider swojego własnego ruchu dobrze zrozumiał, w czym tkwi jego największy problem i postanowił problem ten rozwiązać. Usłyszeliśmy wiec deklaracje, ze koniec z festynem w polityce i nieco buńczuczną zapowiedź, ze gra przez najbliższe lata rozgrywać się będzie miedzy Palikotem a Tuskiem. Wywiad był dobry. Z jednej strony wolny od politycznej nowomowy, swobodny, ale z drugiej pokazujący rodzącego się poważnego gracza.
REKLAMA
Następne kilka dni Janusz Palikot poświecił jednak na przekonywanie Polaków, że to, co powiedział Newsweekowi to kolejny żart i kpina z publiczności. Byliśmy świadkami rozpoczętej przez Palikota bójki barowej z Millerem, wyzywania arcybiskupa Michalika, a wreszcie otrzymaliśmy sondaż, w którym Janusz Palikot prześcignął Jarosława Kaczyńskiego w kategorii najbardziej nielubianego polityka.
To swoiste zwycięstwo nad Kaczyńskim jest bardzo znamienne, bo doskonale pokazuje pułapkę, w której znalazł się Palikot. Jak widać Polacy odrzucają radykalizm – zarówno ten z lewej jak i z prawej. Wystarcza on by zgromadzić wokół siebie znaczącą grupę wyznawców, w przypadku Kaczyńskiego dużo poważniejszą niż w przypadku Palikota, ale zupełnie nie wystarcza by pokusić się o grę o większość. A to ona jest kluczem do realnych sukcesów wyborczych w normalnej demokracji.
Na razie jednak, mimo że liczebnie słabszy od Kaczyńskiego, ma Palikot niestety większe pole manewru. Całe szczęście skutecznie je jednak zawęża. Absurdalny z punktu widzenia taktyki atak na Millera pozbawił Janusza Palikota możliwości sojuszu z Sojuszem. A przecież to Palikot, a nie Miller byłby takiego związku beneficjentem tym bardziej, że jak plotkuje się w Sejmie, że były premier chce przy najbliższej okazji przenieść się do Brukseli.
Tymczasem głównym potencjalnym partnerem Ruchu Palikota pozostaje rząd i PO. Przemawia za tym matematyka. Partia Palikota dostarcza obozowi władzy bardzo potrzebnych w Sejmie głosów. To oczywiście znaczący atut. Pytanie czy wystarczy na długo, tym bardziej, ze wszyscy dobrze pamiętają jak skończyło się dla PiS opieranie się w Sejmie na poparciu radykałów.
Co, jak co, ale sondaże w PO czytać umieją. Moim zdaniem, już teraz zarówno PO jak i sam premier zaczynają płacić cenę za zbliżanie się do Palikota. Zwrot na konfrontacje z Kościołem, tak jak to przewidywałem nie zatrzymał spadku notowań Tuska, a wspomniany już fakt, ze Palikota nie lubi więcej Polaków niż Kaczyńskiego musi być dla obozu premiera poważnym ostrzeżeniem.
Nasze społeczeństwo nie darzy Kościoła aż takim poważaniem jak chcieliby tego biskupi, nie jest jednak także aż tak antyklerykalne jak chcieliby tego Urban z Palikotem. Zrozumiał to w swoim czasie Aleksander Kwaśniewski i było to jednym, choć oczywiście nie jedynym, źródłem jego sukcesów. Zdarzały się byłemu prezydentowi różne wypowiedzi, nie pamiętam jednak żadnej, która byłaby podobnie agresywna jak nazwanie „chamem” arcybiskupa Michalika.
Przy wszystkich wiec problemach, jakie ma obecnie rząd, obóz Tuska nie stoi na straconych pozycjach. Mając zarówno z lewej jak i z prawej w istocie niewybieralna opozycję partia rządząca powinna wzmacniać a nie osłabiać to, co było jej wielkim atutem – a wiec rozsądną, zabarwioną umiarkowanym konserwatyzmem centrowość. Ściganie się z Palikotem jak pokazują sondaże to droga donikąd. Na naszych oczach biznesmen z Lublina pozbawia się szans na bycie przywódcą ubiegającej się o władzę centrolewicy – woli być watażką garstki kontrkulturowych radykałów, których z trybuny sejmowej nawet lider SLD wyzywa od „naćpanej hołoty”.
W latach 90tych symbolem obciachu i zupełnego oderwania od rzeczywistości polskiej prawicy był osławiony „Konwent Św. Katarzyny” – czyli zakończona kompromitacją próba wyłonienia wspólnego kandydata na prezydenta. Cieszę się, ze doczekałem chwili, w której na tle dzisiejszej lewicy ówczesny Konwent jawi się, jako zgromadzenie roztropnych działaczy państwowych.
