Znakomity zespół punkowy „Dezerter”, nie bez racji zresztą, zaśpiewał kiedyś genialną piosenkę: „Wszyscy walczą o pokój, a się leje krew”. Parafrazując to zdanie do współczesnej wojny o rynek praw autorskich, nie sposób nie zauważyć, że wszyscy walcząc o „dobro twórcy” w rzeczywistości mają je w głębokim poważaniu, bo tak naprawdę wszyscy walczą o interesy, ale wyłącznie swoje.

REKLAMA
Wejście do Polski aplikacji „Spotify” dało początek niezliczonym komentarzom i analizom na temat funkcjonalności serwisu dla odbiorców, łącznie z kompletnie nieuprawnioną tezą, że przyczyni się ono do spadku poziomu tzw. piractwa. Przeglądając informacje na temat tej usługi podobnej do francuskiego Deezera, czy słynnego iTunes`a nigdzie nie znalazłem jednak odpowiedzi na niezwykle proste pytanie – Ile może zarobić na tym twórca. Znalazłem ją w serwisach anglojęzycznych, gdzie większość twórców zdołała już zapoznać się z mechanizmami, tej „wspaniałej” aplikacji.
Teraz trzymamy się krzeseł. Mianowicie twórca podpisując umowę ze Spotify, może otrzymywać zawrotną sumę (uwaga!) 0,003 euro za każde, jednorazowe odtworzenie jednego numeru (info z bloga zespołu Uniform Motion). Oznacza to, że jeżeli artysta chce zarobić nieco ponad 120 zł, jego płyta musi być odtwarzana codziennie, w całości, przez trzy lata z rzędu.
Oczywiście trzeba tu jednoznacznie podkreślić, że umowy cywilne w polskim prawie generalnie można sprowadzić do zasady „widziały gały co brały”. Innymi słowy – jeżeli umowa jest niekorzystna, nie podpisuj jej, lub negocjuj tak, by spełniła twoje oczekiwania – do tego namawiam zawsze każdego artystę.
Niby proste, lecz niekoniecznie. Mimo istnienia poziomej struktury społeczności internetu, czyli, „nie ma władców, nie ma rządów, jesteśmy my”, to wciąż korporacje wyznaczają w nim trendy i mody, to właśnie one są w stanie wykreować nową gwiazdę, a starą wyrzucić w niebyt zapomnienia. Zespół, zwłaszcza początkujący zawsze stoi przed dylematem, czy nie podpisać cyrografu za cenę uzyskania ewentualnej popularności. Nawet, jeżeli żaden grosz nie wpadnie, to może obecność w takim serwisie przyczyni się do większej rozpoznawalności marki. Z tym argumentem spotykam się bardzo często. Nie sposób też odmówić temu racji, choć tak naprawdę nikt nie jest w stanie obliczyć, na ile rzeczywiście podpisanie umowy ze „Spotify” spowoduje, że zespołowi będzie lepiej, bo zagra trzy koncerty więcej, za stawkę wyższą niż obiad i spanie. No cóż, być może wszystko jest kwestią prowadzenia biznesu. Przecież, jeżeli nie tworzysz czegoś dobrego, klient tego nie kupi, jeżeli tego nie kupi, nie nadajesz się do prowadzenia biznesu.
Na szczęście tworzenie kultury i muzyki trudno sprowadzić do logiki smażenia hamburgera, dobrze chociaż, że nikt nie kwestionuje ich wpływu na życie społeczne. Tu – również warto przypomnieć, że u swoich początków prawo autorskie miało gwarantować TWÓRCOM godne warunki bytowe.
Obecnie, mimo przecież, jak powszechnie się uważa – restrykcyjności zapisów prawa autorskiego - twórca, o czym zapominają chyba wszyscy gracze rynku praw autorskich jest jego najbardziej drenowanym uczestnikiem. Do wyprodukowanego dzieła składają bowiem akces począwszy od internautów z Chomika, przez organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, a kończąc na samych wydawcach.
Czy ktoś dba o twórcę? W Polsce? Chyba nie za bardzo. Do dziś nie wiemy nawet ile tych twórców w Polsce jest, na czym zarabiają, i w końcu ile zarabiają. Czy to jest istotne? Uważam, że tak i to bardzo, mając przed sobą dane na temat opłaty reprograficznej (parapodatek od urządzeń kopiujących na rzecz artystów), która przecież funkcjonuje w polskim prawie autorskim, i z której tytułu ZAiKS w 2011 roku otrzymał (znowu uwaga!) - 3 miliony złotych, z czego potrącił sobie w ramach kosztów... 255 tys. zł! Pytanie, jak te pianiądze zostały podzielone i co było kryterium artyzmu – czy tylko członkostwo w ZAiKS? Tu pytanie pozostawiam otwarte. To jednak dopiero preludium do tego co dzieje się w organizacjach zbiorowego zarządzania (i materiał na kolejny temat).
Ostatecznie więc wniosek jest taki, że prawo autorskie służy chyba wszystkim, tylko nie samym twórcom. Przykładowo w Polsce nikt nie gwarantuje twórcom stawek minimalnych za udzielnie licencji. Skutkuje to tym, że stawki dla artystów w przypadku majorsów (dużych wytwórni) wahają się od 5 do 20 proc. ceny hurtowej netto nośnika. Przeliczmy tą dolną półkę, ponieważ siedzi na niej najwięcej artystów. Wyprodukowanie jednej sztuki płyty to koszt pomiędzy 4, a 7 zł (w zależności od okładki). Cena hurtowa w katalogu wydawcy – zazwyczaj między 10, a 16 zł. Cena nośnika w sklepie to dziś około 35 zł. Procent twórcy dotyczy ceny w ktalogu. Zatem, z pojedynczego nośnika, początkujący artysta może dostać maksymalnie – około złotówki?! Zysk pośredników pozostawiam waszej wyobraźni.
Tak. Zgadzam się. Rynek praw autorskich wymaga zmiany. Powiedziałbym nawet, że natychmiast. Może jednak w natłoku rozmaitych głosów, ktoś pomyśli o ludziach, bez których ten rynek, po prostu by nie funkcjonował.