Przychody ze sprzedaży muzyki w Polsce 2012 roku wyniosły 344 mln zł. W porównaniu do 2011 roku wzrosły o 44 mln zł – oznajmił szef EMI Music Polska. Skąd zatem biadolenie na „piratów”, którzy ponoć niszczą rynek muzyczny w naszym kraju?
REKLAMA
Teza o okradaniu artystów pada zatem, niczym przysłowiowy domek z kart. Zwłaszcza, że rynek cyfrowy również rośnie w zawrotnym, jak na nasze warunki tempie. W 2011 r. oceniano go na 24 mln zł, a w 2012 roku już na 44 mln zł. Widać zatem, że koncerny, które są głównymi graczami tego rynku, w końcu szukają nowych metod dystrybucji utworów, które trafiałyby i byłby atrakcyjne dla internautów.
Skąd zatem tak olbrzymia dysproporcja pomiędzy tezą o krwiożerczych "piratach", którzy mają niszczyć rynek, a liczbami wskazującymi na zupełnie inny trend? "Ściąganie" z sieci to wciąż nowinka techniczna. Historia wskazuje, że koncerny nigdy nowinek nie lubiły. Dla dużych firm fonograficznych były zawsze wyzwaniem i zagrożeniem. Zapewne nie do końca rozpoznanym i rozumianym
Tak było przecież z kasetą magnetofonową (wynalezioną już w latach .40 ubiegłego wieku, a wprowadzoną w obrót dopiero w latach .60, która ostatecznie przyczyniła się do olbrzymiego rozwoju muzyki np. w Indiach), tak było z magnetowidem i słynnym procesem z 1983 r., kiedy to Universal pozwał Sony, chcąc zlikwidować możliwość rozpowszechniania tej technologii ze względu na niespotykaną wcześniej łatwość kopiowania (Universal przegrał przed Sądem Najwyższym w USA w 1984 r., gdzie stwierdzono w skrócie, że „sprzedaż dla ogólnego odbiorcy” nie oznacza automatycznego naruszenia praw autorskich), tak było też innym wynalazkiem – słynnym samplerem AKAI S 900, który wyzwolił rewolucję pod nazwą „sampling” - prawdziwą solą w oku wielkich koncernów, o losach „Napstera”, czy „The Pirate Bay” nie wspomnę.
Tak było przecież z kasetą magnetofonową (wynalezioną już w latach .40 ubiegłego wieku, a wprowadzoną w obrót dopiero w latach .60, która ostatecznie przyczyniła się do olbrzymiego rozwoju muzyki np. w Indiach), tak było z magnetowidem i słynnym procesem z 1983 r., kiedy to Universal pozwał Sony, chcąc zlikwidować możliwość rozpowszechniania tej technologii ze względu na niespotykaną wcześniej łatwość kopiowania (Universal przegrał przed Sądem Najwyższym w USA w 1984 r., gdzie stwierdzono w skrócie, że „sprzedaż dla ogólnego odbiorcy” nie oznacza automatycznego naruszenia praw autorskich), tak było też innym wynalazkiem – słynnym samplerem AKAI S 900, który wyzwolił rewolucję pod nazwą „sampling” - prawdziwą solą w oku wielkich koncernów, o losach „Napstera”, czy „The Pirate Bay” nie wspomnę.
Cały rozwój techniki przyczynia się zatem do rozwoju kultury, a koncerny za tą techniką nie nadążają. „Legendarne i uważane dziś za klasyczne albumy, takie jak „It Takes A Nation of Millions to Hold Us Back” autorstwa Public Enemy, czy „Paul`s Boutiqe” Beastie Boys prawdopodobnie nigdy by się nie ukazały gdyby reakcja przemysłu fonograficznego była szybsza” - pisze Piotr F. Piesiewicz [w: Utwór muzyczny i jego twórca, Wyd. Wolters Kluwers sp. z o.o., Warszawa 2009]. Koncerny nie nadążają również za trendami w muzyce, przegapiły m.in. początek złotych lata rock`n`rolla, tracąc znacznie udziały w rynku na rzecz małych wytwórni, które odzyskały dzięki fuzjom i przejęciom w latach `70 [za znakomitą publikacją Patryk Gałuszka, Biznes Muzyczny, Wydawnictwo Placet, Warszawa 2009].
Bicie w "pirata" przypomina walenie w wielki i pusty bęben. W zalewie postulatów walki o lepsze dla artystów, jakoś kompletnie uciekły wyniki badania „Obiegi Kultury” przeprowadzony przez „Centrum Cyfrowe: Projekt Polska”, które chyba jako jedyne w Polsce pochyliło się nad polskim „piratem”. Z badań tych wynika, że „piraci” to najbardziej aktywna kulturalnie grupa w Polsce. I tak – kupno książki w ostatnim kwartale (!) zadeklarowało aż 68 proc. z nich (wśród niekorzystających z internetu odsetek ten wynosi zaledwie 5 proc. i to w skali roku!), 29 proc. z nich kupiło w ciągu 3 ostatnich miesięcy płytę CD (wśród nie-internautów to zaledwie 1 proc. w ciągu roku), co czwarty z nich kupił w ciągu ostatnich trzech miesięcy płytę z filmem (wśród nie-interautów wskaźnik ten wynosi około 2 proc.).
Kto zatem przy zdrowych zmysłach walczyłby z takimi odbiorcami, przynoszącymi w rzeczywistości zyski, kulturalnie aktywną częścią społeczeństwa? No właśnie. Żeby było jasne, piszę tutaj o odbiorcach, a nie o właścicielach Chomików itp., którzy bezczelnie zarabiają na cudzej twórczości.
Być może znowu trzeba postawić pytanie o to, dlaczego o prawa twórców walczą głównie pośrednicy? Listy przeciwko projektowi ustawie o otwartych zasobach publicznych kolportuje ZAiKS, ten sam, który jak już pisałem, potrafi ściągnąć z tzw. opłaty reprograficznej 225 tys. zł tytułem kosztów obsługi, co jest jakimś ponurym żartem. Przypomnę, że kwota jaka trafiła z tego tytułu do ZAiKS wyniosła w 2011 roku – 3 mln zł. Instytucja ta obraca jednak o wiele większymi pieniędzmi. Z niedawno upublicznionych danych wynika, że w 2011 roku trafiło do niej 304 mln zł, z czego z tytułów kosztów obsługi potrąciła sobie 55 mln zł (!), a 11 mln zł na Fundusz Społeczny. Podobnie ZPAV - z 27 mln zł potrącił sobie 6,3 mln zł (!). Z kolei STOART, z 48,5 mln zł potrącił 8,6 mln zł prowizji.
Ostatecznie więc, być może prawdziwy problem leży nie w potencjalnym „okradaniu” twórców, ale na właściwej dystrybucji środków pobranych przez organizacje zbiorowego zarządzania pomiędzy twórców, albo też na uczciwych umowach podpisywanych pomiędzy artystami, a wytwórniami, czy artystami, a organizatorami koncertów. Gdzieś w ferworze walki o prawa artystów te kwestie uciekają, choć być może to właśnie one, dla samych artystów są najbardziej istotne.
