Zajrzałem pomiędzy islandzkie gejzery. Znalazłem Fylkir i Valur. Spojrzałem w Pireneje, do Andory. Znalazło się Lusitanos. Szukałem w Finlandii, ale jest HJK. Bardzo blisko byłem w Luksemburgu. Słowem, przeczesałem całą Europę. Całą – szukałem w każdym kraju zrzeszonym w UEFA. I mogę odtrąbić. Nie ma słabszej piłkarsko stolicy niż Berlin.
REKLAMA
Zawsze wiadomo było, które wielkie europejskie stolice mogą tęsknie wzdychać do monumentów, które wznoszone były na prowincjach. Paryż i Berlin. Ale w stolicy Francji tak długo nucili „Los się muuuusi odmienić”, że zmienili rzeczywistość. Wejście Katarczyków, ściągnięcie Ancelottiego, wielomilionowe transfery i walka o mistrzostwo kraju, to to na co wszyscy czekali. Wiadomo, że jest możliwość, że mistrzostwo znów zdobędzie prowincja (Montpellier), ale generalnie w porównaniu do berlińczyków, paryżanie są utuczeni sukcesami.
Przypadek Herthy jest zadziwiający. Klub to stary, bo jeszcze XIX-wieczny, ale też ci, którzy pamiętają jego sukcesy to już, że się tak wyrażę, niedobitki. Drugie i ostatnie mistrzostwo Hertha zdobyła w 1931 roku, a więc jeszcze w czasach Republiki Weimarskiej. Dość sporo się od tego czasu w Niemczech zmieniło, sami przyznacie. Wicemistrzostwo Hertha miała raz, rok po ustąpieniu Willy’ego Brandta. Też to czasy odległe. A na podium berlińskiej drużyny jeszcze w tym stuleciu nie widziano.
W XXI wieku, Hertha to był średniak, którego szczytem marzeń było wzniesienie się do Pucharu UEFA, czego ostatni raz dokonał opisywany już przeze mnie cudotwórca Lucien Favre. Po katastrofie, czyli spadku z ligi w 2010 roku, wydawało się, że klub się obudzi i wzniesie fundamenty pod coś nowego. Ale prawdziwie źle może być dopiero teraz. Na tym przykładzie widać, że prezesi powinni szanować trenera swego, mogą mieć gorszego. Jeśli ma dobre wyniki, naprawdę, lepiej się z nim nie kłócić.
Nie tak dawno jeszcze biegający po boiskach Markus Babbel ugasił pożar. Miał przywrócić Berlinowi elitę i to pewnie uczynił. Miał się spokojnie utrzymać i był na najlepszej drodze. Po jesieni Hertha była tam, gdzie widywano ją najczęściej – w strefie stanów średnich. 18 grudnia Babbelowi zachciało się jednak oznajmić, że nie przedłuży wygasającego w czerwcu kontraktu. Znaczy, trener twierdził, że oznajmił to już wcześniej, władze mówiły co innego. Porozmawiali sobie ostro, skutkiem czego szkoleniowiec wyleciał.
Od tego czasu Hertha wygrała jeden mecz ligowy. Pod wodzą Michaela Skibbe berlińczycy zaczęli wiosnę od siedmiu kolejnych porażek. Zapomnieli się w meczu z Werderem, który wygrali, ale później wrócili do normy, ponosząc cztery porażki, w tym 0-6 z Bayernem. Efekt jest taki, że na cztery kolejki przed końcem Hertha zajmuje przedostatnie miejsce. Jak na to, co fundują kibicom piłkarze, frekwencja na średnim poziomie 53,5 tysiąca zasługuje na Nagrodę Nobla. Ale wiadomo, że ci fani spokojnie kolejnej potwarzy nie przyjmą. Chyba wszyscy pamiętają rozróbę, jaka dokonała się na Olympiastadionie dwa lata temu, po spadku z ligi...
Skalę trudności zadania niech pokaże fakt, że nie radzi sobie z nim Otto Rehaggel. Owszem, składu mocnego nie ma. Ale na środek tabeli, albo choć na utrzymanie, powinien wystarczyć. Wygląda jednak na to, że nie wystarczy. Do końca sezonu berlińczykom zostały mecze z Bayerem Leverkusen (wyjazd), Kaiserslautern (dom), Schalke (wyjazd) i Hoffenheim (dom). Z dwóch wyjazdów do Zagłębia Ruhry ciężko będzie przywieźć jakikolwiek punkt. Ze zdegradowanym już Kaiserslautern jest na to szansa. Ale najciekawiej może być w ostatniej kolejce. Gwóźdź do berlińskiej trumny może wbić... Babbel, zwolniony z Herthy w grudniu. Dziś jako trener Hoffenheim, bije się o europejskie puchary...