Węgry to nie jest kraj do którego najczęściej zaglądają ci z futbolowym kręćkiem. Ja też nie będę pozował na takiego, co to najmocniej przeżywa mecze Siofoka z Paksi. Ale, przygotowując tekst o Hercie Berlin, nad Dunaj zajrzałem i oniemiałem. Na Węgrzech mamy do czynienia z obalaniem ponad 100-letniego porządku. Jeszcze austro-węgierskiego!

REKLAMA
W europejskiej piłce można znaleźć kilka przykładów dominacji klubów z jednego miasta. W Serbii wiadomo, że liczą się Partizan i Crvena Zvezda Belgrad, ale to nie znaczy, że nie może ktoś - na przykład Vojvodina Novi Sad - pomiędzy nie wskoczyć. W Szkocji karty rozdają zawsze Celtic i Glasgow Rangers, ale takie Aberdeen, Hibernian czy Motherwell raz na kilka, kilkanaście lat wbijają się do czołowej dwójki. Na Węgrzech nie zdarzało się to nigdy.
Nigdy. Nie było od tej reguły wyjątków. Jak zaczęli grać o mistrzostwo kraju jeszcze zanim ludzkość znała pojęcie wojny światowej, tak grali w czasie I i II wojny, za komuny, po komunie. Wszyscy grali kilka miesięcy i dłużej, a na końcu zawsze wygrywali budapesztanie. Albo w najgorszym wypadku zajmowali drugie miejsce. Przez 108 lat istnienia węgierskiej najwyższej ligi NIGDY nie zdarzyło się, by klub z Budapesztu nie został mistrzem, albo wicemistrzem. Tak nasyconych kibiców jak w tym mieście, to nie ma chyba nigdzie indziej.
Mówi się, że warszawscy fani są sfrustrowani tym, że od sześciu lat nie widzieli u siebie mistrzostwa. O berlińskich kibicach już było. Ale podejrzewam, że największy szok przeżywają jednak fani ze stolicy Węgier. W sezonie 2009/2010, po ponad wieku zmagań, pierwsze dwa miejsca zajęły kluby z prowincji. Nowa tamtejsza potęga z Debreczyna, Videoton Szekesfehervar (dobrze, że nie odnosi sukcesów w Europie, bo już słyszę Szpakowskiego jak łamie na tym język) i Gyori ETO. Czwarte miejsce budapesztańskiego Ujpestu można uznać za hańbę.
Rok później powrót do normy? Skądże! Dwa pierwsze miejsca zgarnęły Fehervar i Paksi. Jako że w tym roku niezagrożoną pierwszą trójkę stanowią kolejno Deberczyn, Gyor i Fehervar, można powoli obwieszczać tendencję. Tendencję niesamowitą, bo powstałą nagle. Owszem, w XXI wieku narodziła się na gorących bagnach potęga Debreczyna, który zgarnął pięć mistrzostw w ciągu ostatniej dekady. Ale takie wyskoki się zdarzały. Nigdy jednak taką ławą prowincja nie ruszyła na stolicę i nigdy tak jej nie stłamsiła.
Jest to zjawisko tym bardziej dziwaczne, że dziejące się na Węgrzech, czyli w kraju, w którym 1/5 ludności mieszka w stolicy, a kolejna 1/5 na jej przemieściach. Tymczasem ci, którzy na boiskach Budapeszt ostatnio notorycznie upokarzają, reprezentują miejsca, w których psy... budami szczekają. Gdyby 200-tysięczny Debreczyn zbić w jedno miasto z Gyorem (128 tys.), Szekesfehervarem (170 tys.) i Paksem (20 tys!), wyszedłby ośrodek cztery razy mniejszy od stolicy...
Na całym świecie powszechnie wiadomo, że ludzie lubią ucierać nosa tym ze stolicy. Gdyby brać pod uwagę tylko ten aspekt, można podejrzewać, że prowincjonalna część Węgrów od dwóch lat szepcze jedynie najsłynniejsze wersy „Fausta“.
PS „Trwaj chwilo“ nie powtarzają sobie tylko w Zalaegerszeg. 10 lat temu ich klub zdobywał jedyne w historii mistrzostwo. Kilka miesięcy później wygrał z Manchesterem United 1-0 w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Dziś tkwi niżej niż dno Balatonu. Sezon ma się ku końcowi, a Zalaegerszegi TE jeszcze nie wygrało meczu. Zdąży zanim spadnie?