"I dlatego Red Socksi nigdy nie wygrają mistrzostw". Tak powtarzał Jack, bohater głośnego kilka lat temu telewizyjnego tasiemca „Zagubieni“. On mówił nie o piłce, a o baseballu i nie o Greutherze Fuerth, a o Boston Red Sox. Spokojnie by jednak można obie nazwy w powiedzonku podmienić. „I dlatego Greuther nigdy nie wejdzie do Bundesligi...“
REKLAMA
W serialu, Red Socksi w końcu wygrywają mistrzostwa. W życiu Greuther wchodzi do Bundesligi. To drużyna dla mnie szczególna, skoro umieściłem ją w opisie swojego blogu na natemat.pl. A wydarzenie to jeszcze bardziej szczególne. Wiekopomne i jedyne w swoim rodzaju.
Każdy kraj prawdopodobnie ma swojego Greuthera. W Polsce wieczny II-ligowiec, który prawie zawsze był blisko awansu i nigdy nie mógł go osiągnąć, to Piast Gliwice. Na dobrej drodze wydawało się też być Podbeskidzie Bielsko-Biała. Ale niemiecki pierwowzór bije tych wszystkich nieszczęśników na głowę. Przez 14 sezonów z rzędu zajmował w 2. Bundeslidze miejce w górnej połówce tabeli. Najczęściej wyglądało to tak, że bardzo mocno rozpoczynał, parł do elity, nic go nie mogło zatrzymać, aż tu nagle... Przychodził kryzys, coraz większy, emocjonująca końcówka i... najczęściej piąte miejsce.
Niech was nie zmyli fakt, że drużyna z Fuerth ma nad herbem trzy gwiazdki, oznaczające mistrzostwo Niemiec. Ta, Niemiec. Żeby być prezyzyjnym, w 1914 została mistrzem II Rzeszy Niemieckiej. Kolejne triumfy święciła już w Republice Weimarskiej. A żeby wam uzmysłowić, jak dawno to było, powiem kogo SpVgg pokonało w meczu decydującym o ostatnim krajowym triumfie. „Nasze“ Breslauer SC, w 1929 roku.
Nie można jednak z tego powodu wyciągnąć wniosku, że Fuerth grało w Bundeslidze. Nie, to było jeszcze na długo przed tym, zanim to cudo Niemcy wymyślili. Wtedy mistrza wyłaniało się systemem pucharowym. W Bundeslidze Greuther będzie absolutnym beniaminkiem. Przez większość czasu powojennego ten zespół spod Norymbergi tułał się po niższych ligach. Po fuzji z nieodległym geograficznie TSV Vestenbergsgreuth stał się „Greutherem“ Fuerth i od tego czasu święci największe triumfy. Do niemieckiej elity zawita jako 3. drużyna w tabeli wszech czasów 2. Bundesligi...
Jako się rzekło, przez 14 sezonów Greuther zajmował miejsce w czołówce. Rok temu, ten zespół sprawiał już jednak wrażenie Syzyfa, który ma już gdzieś całą tę zabawę i kamienia wytaczać nie będzie już więcej próbował. 11. miejsce było dalece rozczarowujące i nie wróżące rychłego ataku na Bundesligę, w który notabene nikt już nie wierzył. Pożegnano 10 zawodników, ale nie były to transfery pozwalające budować coś nowego na przyszłość. Jedynie za Nicolaia Muellera, sprzedanego do Mainz za 1,8 mln euro, Greuther cokolwiek zarobił. W miejsce tamtych - same bezgotówkowe transakcje. Jedyne pieniądze trzeba było rzucić na Oliviera Occeana z Kickers Offenbach, ale 200 tys. euro to na Zachodzie brzmi jak cena wacików.
Takim gospodarskim sposobem udało się... zbudować zespół, który w sierpniu zadebiutuje w jednej z najlepszych lig świata. Greuther rozegrał ten sezon inaczej niż ma w zwyczaju. Trzymał się w czołówce, ale nie wystrzelił do przodu. Uciekł peletonowi dopiero w drugiej części sezonu i właśnie w tym tygodniu zapewnił sobie Bundesligę. Nikt mu już jej nie odbierze. Sukces osiągnęli gracze raczej anonimowi, jeśli wyłączyć Geralda Asamoaha, znanego choćby z Schalke, St. Pauli, czy z tego, że był pierwszym czarnoskórym reprezentantem Niemiec. Malutki pustaczek do sukcesu dołożył też Sebastian Tyrała, który rozegrał sześć epizodów, głównie zabierając czas, pozostający do ostatniego gwizdka. Ta anonimowa gromada może jednak w Bundeslidze ocaleć prowadzona na rzeź, bo obiecująco podokazywała już w tym roku w Pucharze Niemiec, odpadając z Borussią Dortmund dopiero w półfinale.
Przez lata Greuther mógł być sfrustrowany tym, że wyprzedzały go w tabeli, obok wielkich, przebrzmiałych trochę firm, rozmaite dziwadła. Wchodziło do Bundesligi Unterhaching, wtarabaniło się do niej Ulm, wskoczyło na dobre Hoffenheim. Teraz wejście Greuthera też budzi kontrowersje. Nie dlatego, żeby miejscowość była szczególnie mała. Ponad 100 tysięcy mieszkańców, to metropolia nie jest, ale biorąc pod uwagę, że Fuerth z Erlangen i Norymbergą tworzy tzw. Trójmiasto Frankońskie, nikomu chyba nie przyjdzie do głowy, by nazywać Greuthera wieśniakami. Większy problem jest ze sprawami organizacyjnymi. To nie jest beniaminek z gatunku Hoffenheim czy wcześniej Wolfsburga, który wchodzi i gra po chwili na dużym stadionie, stać go na wielomilionowe transfery i poziomu nie zaniża, a jeszcze ligę ubarwia.
Przeciwnie. Greuther nie robił rok temu transferów nie dlatego, że taką miał fanaberię, ale dlatego, że nie bardzo miał za co. Zespół gra na stadionie-straszydle, na którym rezyduje od 1910 roku. Oczywiście, jego kształt się zmieniał, ale w na tyle chaotyczny sposób, że stoi na nim... sześć różnych trybun. Na pocieszenie, niedawno ogłoszono plan budowy nowej areny. Jej stawianie ma się zacząć w 2013 roku, a zakończyć dwa lata później. Wtedy na stadionie ma siedzieć 28 tysięcy fanów „Listków Koniczyny“ i nikt nie powinien już utyskiwać na to, że Greuther zaniża frekwencję. Bo musicie wiedzieć, że teraz takie utyskiwania się pojawiają. W końcu 15 tysięcy, to jest, to jest bardzo mało...
Do miasta, w którym radości dostarczała tylko fabryka zabawek i kibicowanie rywalom Norymbergi, wreszcie zawitała futbolowa sprawiedliwość. Bo dotychczas kibicowanie Greutherowi niosło głównie frustrację...