Historycznie są z miasta wyjątkowego. Tylko Turyn i Mediolan częściej widywały tytuły mistrzowskie. W Genui teoretycznie żadne dziecko nie powinno zadać pytania „Tato, a co to jest Scudetto?“. No właśnie, teoretycznie. Wielkie czasy genueńskiej piłki przeminęły, ale jeszcze niedawno wydawało się, że nie bezpowrotnie. Genua miała wrócić z dwoma klubami na włoski szczyt. Skończyło się niespodziewanym tąpnięciem. Teraz obie drużyny przeżywają sytuacje odwrotne. Ale łączy je jedno - o wszystkim decyduje jeden punkt. Jeden punkt w tę czy we w tę i zmienia się historia klubu. Sampdoria i FC Genoa.
REKLAMA
Genoa, gdzieś tak w czasach Noego, nie miała sobie równych. Była włoską Cracovią, pierwszym mistrzem, multimedalistą. Tyle, że ostatni raz tytuł zdobyła w 1924 roku. Sampdoria dużo młodsza, dużo mniej utytułowana. Ale to dzięki niej żyją wciąż genueńczycy, którzy widzieli mistrzostwo w swoim mieście. Początek lat 90. to czasy wielkiej Sampy, z jedynym mistrzostwem Włoch, z Pucharem Zdobywców Pucharów. W połowie lat 90. oba kluby wypadły z elity. Czasy były fatalne. Ale nowy wiek był nowym otwarciem.
Pierwsza powstała z martwych Sampdoria. Powrót do Serie A w 2003 roku i od początku dobre wyniki. Dwa awanse do Pucharu UEFA, wreszcie, ledwie dwa lata temu, czwarte miejsce premiowane eliminacjami Ligi Mistrzów. Błyskawiczna odbudowa potęgi, nogami m.in. Antonio Cassano czy Giampaolo Pazziniego. Fakt, że po dramatycznym dwumeczu do fazy grupowej awansował Werder Brema, ale dramatu i to rychłego, nikt nie przeczuwał. Ledwie 12 miesięcy później Sampdoria była już w II lidze. Cały plan odbudowy legł w gruzach, wziął nagle w łeb...
U bardziej utytułowanego i bardziej też zapomnianego lokalnego rywala było w tym czasie nie mniej ciekawie. Wspinaczka do Serie A to była gehenna. Kiedy już w 2005 Genoa awansowała, prędko wyszło na jaw, że w decydującym meczu całkiem nieprzypadkiem rywale przyjechali bez 15 (!) podstawowych graczy, ich bramkarz był bohaterem pierwszej połowy, więc na drugą nie wyszedł, jego zmiennik zawalił dwa gole, a kolega z ataku po strzeleniu bramki był raczej wściekły niż zadowolony. Gdy dodam do tego obrazka walizkę z gotówką koło prezesa Genoi, nie zdziwi was, że zamiast awansu była degradacja do III ligi.
Odbudowa poszła jednak szybciej niż można było przypuszczać. W dwa lata, chyba już czysto, albo lepiej się ukrywali, Genoa awansowała do elity. Też zaczęła w niej nieźle, by nie powiedzieć rewelacyjnie. W drugim sezonie przez większość czasu była na miejscu premiowanym grą w Champions League. Ostatecznie skończyło się na awansie do Pucharu UEFA, z czego i tak nikt nie robił tragedii. Odbudowywali się tu Marco Boriello, Thiago Motta, Diego Milito, renomę wyrobił sobie trener Gian Piero Gasperini, co zaowocowało awansem do Interu Mediolan. W czasach, gdy było jeszcze dobrze, Genoa była najgroźniejszym konkurentem Borussii Dortmund w walce o młodego napastnika Lecha Poznań. Dziś widać, jak dobrze Lewandowski wybrał.
Bo ci, którzy z całkiem niezłymi grajkami mieli wespół z Sampdorią wypchnąć Genuę ponownie na pozycję przynajmniej trzeciego ośrodka we Włoszech, dziś zajmują miejsce punkt nad strefą spadkową. Są cholernie blisko powtórzenia sensacyjnego spadku lokalnego rywala. Niewykluczone, że w przyszłym sezonie derby Genui odbędą się, ale zamiast na szczycie I ligi, to gdzieś w otchłaniach II...
Sampdorii natomiast brakuje jednego punktu do strefy barażowej w walce o awans do Serie A.
Nastroje w obu ekipach są jednak skrajnie różne. Genoa zaczęła sezon nieźle i zajmowała po jesieni bezpieczne 10. miejsce, dające nadzieję na walkę o puchary. Seria 11 spotkań bez wygranej sprawiła jednak, że Genoa jest drugą najsłabszą drużyną ligi na wiosnę i w tym tempie 9-krotny mistrz Włoch szybko znajdzie się pod powierzchnią. Sampdoria? Kompletnie odwrotnie. Po spadku i dużych zmianach w składzie nie mogła się otrząsnąć i po jesieni była zaledwie 11. Spaść to jedno upokorzenie, ale nie wrócić po roku, to być może jeszcze gorsze. Ta straszna wizja podziałała na tyle mobilizująco, że w rundzie rewanżowej nie ma od spadkowicza lepszego zespołu. Teraz do strefy barażowej brakuje tylko punktu, ale tak rozpędzona Sampdoria może do niej już wkrótce spokojnie wejść...
Wymiana miejscami byłaby dla jednej strony frustrująca, dla drugiej nieziemsko satysfakcjonująca. Awans Sampdorii przy utrzymaniu Genoi dawałby nadzieję, że plan restauracji Genui został tylko odroczony, ale nie zarzucony. Ale ten jeden punkt, jakże ważny dla każdej z drużyn, może też je obie zaprowadzić do przyszłorocznych II-ligowych derbów. A to byłoby dla tych, którzy sukcesy odnosili jeszcze przed Noem, jak drugi potop...