Chelsea to nie moja bajka. Barcelona natomiast to moja pierwsza „dziewczyna“. Tyle, że tę dziewczynę okazało się wkrótce mieć pół miasta. Nic więc dziwnego, że kiedy przestała być dla mnie elitarna, przestała też być atrakcyjna. Z bardzo wielu powodów chciałem, żeby w finale Ligi Mistrzów nie doszło do Gran Derbi. Dlatego dziś wieczorem mam zdarte gardło.

REKLAMA
Spisek, nie spisek, ważne, że złożyło się tak, że Barcelona i Real mogły na siebie trafić dopiero w finale. Im dłużej grają obie drużyny, tym większe dla całej Europy zyski. Abstrakcja? Nie, widzę to w skali mikro. Każdy mecz można w Krakowie obejrzeć w pubie bez problemu, jeszcze z pocałowaniem ręki. Ale kiedy gra Barcelona, ceny wszystkiego idą w górę, przy rynku miejsc siedzących nie ma wcale, a najpośledniejsze osiedlowe speluny zmieniają się w puby sportowe tylko na wieczór, w którym grają Katalończycy. Zawsze są pełne. Tak samo działa ten biznes w skali makro.
„Spisek“ przy losowaniu to jedno. Ale kiedy Barcelona przechodzi do półfinału po dwóch karnych, w tym po jednym baardzo naciąganym, pojawia się niesmak. Gdyby po tym półfinale, w którym był i karny i czerwona kartka, awansowali mistrzowie Hiszpanii, ja czułbym niesmak. Wiem, że zostałbym zakrzyczany przez największych i jedynych wiernych fanów Barcelony, ale w środku pytałbym: czy Barcelona nie mogłaby obronić trofeum, trafiając na Real np. w ćwierćfinale? Czy nie mogłaby awansować bez karnych i czerwonych kartek dla rywali?
Na szczęście, nie muszę sobie zadawać tych pytań. Fergusonowskie zawołanie „Football bloody hell“ znów można przywołać. Były zmiany kluczowych stoperów już w pierwszej połowie. Była czerwona kartka dla kapitana. Były trzy gole w pierwszej połowie. Był karny zmarnowany przez najlepszego piłkarza świata. Była nieuznana bramka. Było wreszcie śmiertelne trafienie faceta wyszydzanego przez większość cywilizacji za nieskuteczność.
Szanuję tureckiego sędziego za to, że odważył się w takim momencie pokazać spalonego. Uratował futbol. Gdyby w finale rzeczywiście spotkały się Real z Barceloną, moglibyśmy myśleć, że sportu w tym wszystkim nie zostało już w ogóle. Wszystko, począwszy od losowania, toczyłoby się w szemranych okolicznościach, zostawiało smród. Europa stałaby się Szkocją, w której o zwycięstwo rywalizują tylko dwie drużyny. Cała reszta byłaby cieniem.
Nie, tak nie jest i to dla mnie jedno z najważniejszych wydarzeń sezonu. Didier Drogba nie zasługuje na to, by skończyć karierę wiecznie będąc cieniem. Jest dla mnie dziś cichym bohaterem, bo w defensywie harował jak Makelele. Podziwiam też Ramiresa, który zachował się, jakby gola lobem przeciwko Barcelonie strzelał codziennie po wsunięciu musli z owocami.
Jutro dzieło ma dokończyć Bayern. Nawet jeśli gdzieś na szczytach futbolu są organizowane biznesowe spiski na rzecz Realu i Barcelony, piłka zawsze się obroni i napisze swój scenariusz. Świat chciał Gran Derbi? Tym gorzej dla świata. Ja chcę Chelsea - Bayern.