Jeśli w Gdańsku wieszczę problemy w czasie Euro 2012, to raczej dotykające dość wąską grupę dziennikarzy prasowych i internetowych, którzy na swoich stanowiskach nie znajdą prądu. W Wielkopolsce ten prąd mają. Jeśli wieszczę problemy w Poznaniu, to raczej większe i dotyczą one zaplecza gastronomicznego. A raczej jego braku, co dotknąć może już każdego.
REKLAMA
Ponad miesiąc temu robiłem pierwsze przetarcie przed Euro 2012, odwiedzając stadion w Gdańsku. Refleksjami podzieliłem się z wami tutaj. Teraz sprawdziłem, jak się mają sprawy w Poznaniu. I kilkoma rzeczami jestem rozczarowany, natomiast ogólnie wracam zachwycony.
Wrażenia z Poznania zaczynają się jeszcze... na Śląsku. Wcześniej sprawdzałem trasę kolejową Kraków – Gdańsk, teraz zajrzałem jak wygląda połączenie drogowe do Poznania. Dramat tym większy, im większy kontrast zachodzi. A największy zachodzi, gdy jedzie się właśnie ze Śląska. Pusta autostrada A4 pozwala komfortowo dotrzeć do Wrocławia. Obwodnica wyprowadza nas na Poznań i się zaczyna... Jeden, tak typowo po polsku dziurawy, pas przez kilkaset kilometrów do samego Poznania. Nie jest to droga boczna, nie jest alternatywna. To droga jedyna. Łącząca dwa miasta organizatorów mistrzostw Europy. Niestety, widzę i czuję już gehennę kierowców, stojących w korkach, jadących za traktorem, który akurat pojawi się na drodze, przez długie kilometry. Mówię od razu. Z Wrocławia do Poznania lećcie samolotem, bo inaczej w czasie Euro przeżyjecie koszmar.
Jesteśmy w stolicy Wielkopolski. Widok stadionu z daleka – całkiem przyjemny, choć do zachwytu, jaki wywołuje PGE Arena w ogóle nie ma co tego wrażenia porównywać. Im bliżej jednak, tym obiekt bardziej przypomina rozciągnięty duży balon. Niestety, zbliża się człowiek jeszcze bardziej i przychodzą mu już do głowy myśli o typowo polskiej fuszerce. Wiadomo, można nie narzekać, bo przecież lepiej jak stadion jest, niż jak go nie ma. Ale z drugiej strony – tak niewiele trzeba, by wyglądało to naprawdę schludnie i efektownie. Zamiast tego plątanina betonu (popękanego) ze stalą. Gdy nad miastem przechodzi ulewa, wszelkie przejścia zamieniają się w... wodospad Niagara. Rynien nie odnotowałem. Po prostu wszystko płynie tym betonem i w dowolnym miejscu oddaje się grawitacji...
Jako że na stadionie jesteśmy sześć godzin przed meczem, przydałoby się gdzieś przycupnąć. Idealny kandydat? Kawiarenka klubowa. Gdzie jest? Hmm, dobre pytanie. Nie ma! Jak to nie ma? No, panie, coś tam robią, ale chyba nie zdążą przed Euro. Jak to jest, że za granicą na stadion przychodzi się z rana w dzień meczu, robi się na nim zakupy, idzie do kina, kupuje karmę dla chomika i zestaw klocków Lego, a u nas nie można wypić kawy?
No to nic, szukamy trochę dalej od stadionu. Sytuacji nie ułatwia fakt, że jest 3 maja, ale w promieniu 500 metrów w każdą stronę od poznańskiej areny, udaje się wyszperać raptem dwa podłe bary bistro. Zamknięte. W końcu trafiamy na jedyną otwartą – też podłą – pizzerię, która zgarnia całą przedmeczową klientelę. Nawet zakładając, że te, które są zamknięte, w normalny dzień byłyby otwarte – trzy punkty gastronomiczne w najbliższym otoczeniu stadionu, na którym będzie ponad 40 tysięcy ludzi? Jak to? W Wielkopolsce przecież podobno mają dryg do interesów...
Czas na odbiór akredytacji, czyli mój „ulubiony” punkt wyjazdów na stadiony, zwłaszcza na te nowe. Podążasz za strzałką „Akredytacje media”. Staje przed tobą goryl i mówi: Czemu tędy, jak przecież tam. No to ok. Ale tam mówią, że nie tu, tylko jeszcze dalej. A potem cofają. Służby informacyjne, czyli zawsze najbardziej życzliwe i najbardziej niezorientowane osoby w okolicach stadionu. Ale wreszcie mam. A jak mam, to znowu muszę tłumaczyć facetowi, na czym polega akredytacja, bo pierwszy raz w życiu widzi. On nowy. Wpuściłby mnie na kartę biblioteczną Książnicy Beskidzkiej w Bielsku-Białej, gdyby tylko zrobić pewną minę.
Na razie tylko narzekam, narzekam, smęcę i lamentuję. To wszystko kończy się z chwilą wejścia na stadion. Od wewnątrz Bułgarska prezentuje się bardzo efektownie, nawet jak jest pusta. Kiedy jest pełna, robi już piorunujące wrażenie. Dziadkowie z laskami (drewnianymi), młodzi, wszyscy naubierani we wszystko związane z Lechem. Wytatuowane herby „Kolejorza”. Miażdżący, dudniący w uszach, melodyjny, głośny doping przez pełne 90 minut. Nie jest to przesadą. To był mój 279. mecz w życiu i na żadnym nie było tak fenomenalnej atmosfery.
To był dla mnie właśnie ideał dopingu. Maksymalnie głośno, kolorowo i żywiołowo, a przy tym niemal bez bluzgów. Muszę jednak wziąć poprawkę na to, że grali z Podbeskidziem. Na meczach z innymi drużynami pewnie tak kulturalnie nie jest, ale z drugiej strony – olbrzymi szacunek, że nawet na starciu z bielszczanami są w stanie zrobić taką fantastyczną atmosferę. W Krakowie jest głośno (ciszej), ale do przesady wulgarnie. W Chorzowie otwarty stadion nie pozwala na spowodowanie drżenia kolan. W Zabrzu nie pozwala na to liczba widzów. W Warszawie atmosfera robi kolosalne wrażenie, ale raczej sugeruje człowiekowi, że jest na wojnie. Tu było najlepiej, jak tylko mogłem sobie wymarzyć.
Po tym sezonie, w którym zjeździłem całą Polskę, w niektóre miejsca za rok nie będzie mi się chciało jechać. Do Poznania wrócę na pewno, za wszelką cenę. Niby już od dawna było to wiadomo, ale teraz poczułem to na własnej skórze. Lech ma w postaci tych trybun niesamowity kapitał. A ja, już dojeżdżając nad ranem do siebie, pomyślałem sobie, że gdyby dziś też był w Poznaniu mecz, to chętnie zawróciłbym i pojechał znów. Słowem, za atmosferą Bułgarskiej zatęskniłem już chwilę po wyjściu ze stadionu...