Skończyłem wczoraj autobiografię Andrzeja Iwana „Spalony” (świetna) i znalazłem tam taki oto kwiatek okolicznościowy. Na dziś, na ostatnią kolejkę sezonu ekstraklasy, ku przestrodze.

REKLAMA
Sezon 1981/82. Liderem jest Śląsk i całe miasto szykuje się do wielkiej fety, malowane są transparenty, zamówiony ogromny, wystawny bankiet. Jednocześnie trwają podchody. Wiemy, że Śląskowi będzie zależeć, byśmy nie odwalili żadnego numeru i grzecznie przegrali (Wisła Kraków – przyp. M.T). Z kolei Widzewowi zależy jeszcze bardziej, byśmy zagrali najlepszy mecz w życiu. Dodatkowo dysponuje mocnymi argumentami: dolarami za sprzedaż Zbigniewa Bońka do Juventusu. (...). W drużynie ustalamy: warunki Śląska są absolutnie nie do przyjęcia.
Oczywiście Śląsk się odpowiednio zabezpiecza. Sędzia Alojzy Jarguz dyktuje dziwny rzut karny (...)
- Panie Alku, no taki karny? – pytam
- Nie mogę jaj robić – odpowiada przepraszająco.
Powstaje zamieszanie, kilku zawodników kłóci się z arbitrem. Widzę, że w tym czasie Zdzisiek Kapka (Wisła) podchodzi do Adamczyka i coś mu mówi na ucho. Wzbudza to mój niepokój, więc podbiegam do „Ciapka” i pytam:
- Co Zdzisiek ci powiedział?
- Żebym szedł w lewo.
- To idź w prawo.
Pawłowski uderza słabo, przekonany, że sprawa jest już załatwiona. Kolejkę wcześniej zmarnował „jedenastkę” i teraz chce zostać bohaterem. Piłka leci oczywiście w prawy róg i – ku zdziwieniu wielu obserwatorów – właśnie tam rzuca się „Ciapek”.
Na stadionie zaczyna się robić nerwowo. Pawłowski lata i niemal płacze. Zapewnia, że Śląsk dołoży pieniądze, licytuje, podbija stawki i prosi, byśmy się nie wygłupiali. Strasznie jest upierdliwy.
- Zbierzcie całe złoto, jakie macie, obrączki, do tego oszczędności. Wszystko. I przynieście na ławkę jako zastaw – mówię mu tak dla jaj.
On rozhisteryzowany, widzi, że kpię. Nie dość, że ciągle jest 0-0, to on nie wykorzystał karnego. Chciał się zapisać jako bohater, a przejdzie do historii jako ten, który wszystko spieprzył (...). W końcu gola zdobywamy my (...). Śląsk rzuca się do ataku i oferuje coraz więcej, ale my się już tym meczem dobrze bawimy. Wprawdzie nie ufamy sobie nawzajem, wiemy, że mamy w swoich szeregach dwóch czy trzech kretów, ale robimy swoje. (...) Ewenement – mecz o tytuł, gospodarze mają u siebie sędziego i jeszcze dwóch albo trzech piłkarzy z zespołu przeciwnego, a jednak przegrywają. Stadion kipi. Połączenie rezygnacji, wściekłości, frustracji i niedowierzania. W powietrzu czuć obłęd.
Po meczu rzucają się na nas małżonki piłkarzy Śląska, jakby chciały nam wydrapać oczy. Hola, hola, a co to za pierścionki na palcach? Trzeba było przynieść na ławkę! Ha! One drą te mordy, że jesteśmy oszustami, że sprzedawczykami! Mistrzem zostaje Widzew, który płaci nam za zwycięstwo we Wrocławiu, ale sporo odzyskuje od Ruchu, który utrzymuje się w lidze i płaci łodzianom. Transakcja wiązana: na cztery drużyny, trzy się cieszą, tylko Wrocław płacze.

W miejsce Widzewa wstawcie Ruch i macie sytuacje z sezonu 2011/2012. A czy skończy się tak samo? I czy któryś z obecnych piłkarzy za 30 lat opisze nam okoliczności tego meczu w autobiografii?
PS Tekst pisany kursywą pochodzi z książki Andrzeja Iwana "Spalony", wyd. Buchmann, Warszawa 2012, s. 101 - 104.