Jedną z największych zagadek świata, obok tego skąd się wzięły znaki w Nazca, posągi z Wysp Wielkanocnych oraz, gdzie była Atlantyda, jest dla mnie jak Ivica Iliev mógł kiedykolwiek zostać królem strzelców. A został. I to nie 150 lat temu, kiedy jeszcze był pazerny na gole, jak Inzaghi. Ale w zeszłym sezonie i to nie w rozgrywkach siódmej ligi na Kiribati, które pewnie istnieją tak samo jak w Polsce III liga hokeja, ale we w miarę mocnej lidze serbskiej.

REKLAMA
Fakt, wystarczyło mu do tego ledwie 13 goli, ale i tak - Iliev był najskuteczniejszy w całej lidze. A wcześniej, przez siedem lat gry dla Partizana zdobył 41 goli. Może nieprzesadnie dużo, jak na ofensywnego gracza, ale, jak na jego obecną grę, jest to liczba niewyobrażalna.
Myślicie, że mi to przeszkadza? Że Ilieva krytykuję? Że coś mi się w nim nie podoba? Nigdy. Po tym, jak kariery pokończyli idole mojego dzieciństwa, nie mam jednego zawodnika, którego jakoś bardzo lubię. Ale Iliev na pewno jest jednym z moich ulubionych. A, że niemal nie strzela i przez to Wisła nie wygrywa, jak w zeszłym tygodniu ze Standardem? Szkoda, ale odbieram go, jako artystę, dla którego są wyzwania większe niż jakieś banalne strzelenie gola. Bramki są dla słabych.
Problem z obiektywizmem w jego przypadku mam tym większy, że konkuruje o miejsce na skrzydle z zawodnikiem, którego ewidentnie nie lubię i już to niejednokrotnie to na blogu www.trelik.blox.pl podkreślałem. Małecki to kogucik, a nie kozak. Charyzma to powolne, dostojne kroki Zidane’a, a nie hałaśliwe darcie mordy, na kogo popadnie. Małecki to przeciwieństwo Ilieva. To „boiskowy populista“, który gdy tylko usłyszy szum z trybun, opuszcza na oczy klapki i myśli tylko co zrobić, by przypodobać się publiczności, to jest walnąć z 40 metrów. I owszem, ze statystyki wynika, że raz na dziesięć prób trafia. Nie mówię, że to gorzej. Znaczy mówię, ale tylko subiektywnie. Iliev sprawia wrażenie człowieka, którego nie obchodzi, co o nim krzyknie kibic, zaśpiewa młyn, powie dziennikarz, czy nawet trener. On to na moje oko pasjonat, którego wyobrażam sobie, jak niespiesznie, subtelnie i z polotem przemykał kilkanaście lat temu pomiędzy lejami po bombach, który chętnie spacerowałby sobie po Sukiennicach podbijając leniwie piłkę piętką, a potem oceniał ołtarz Wita Stwosza żonglując udami. Nie wydaje mi się, żeby był szczególnie zainteresowany doskonaleniem umiejętności, czy chorobliwym myśleniem o karierze. On po prostu lubi.
Z samego wyglądu trudno coś w ogóle wywnioskować. Kompletnie zmienia się jego obraz, gdy wbiega na murawę. Normalnie, gdy się nie uśmiecha, wygląda jak chuligan z filmów Kusturicy, który najpierw chce, by orkiestra grała szybciej i głośniej, a potem by się prał po pyskach w obronie kuma. A gdy się uśmiechnie sprawia, że myśli się „o, jaki to sympatyczny chuligan!“. Na boisku tymczasem gra do jakiejś słyszalnej tylko dla niego muzyki. Dla mnie Wisła mogłaby przegrywać wszystkie mecze sezonu, nie strzelać bramek, byle tylko Iliev grał po 90 minut. To piłkarz, który, jeśli okiwa rywala w sposób, który go nie zadowala, będzie go ogrywał tak często, aż efekt stanie się satysfakcjonujący. Tak było z Dudu Paraibą z Widzewa w jesiennym meczu tych drużyn. Ivica wiele nie wnosił, ale po prostu ogrywał Dudu coraz bardziej efektownie. A na co dzień jest bodaj jedynym zawodnikiem, który częściej muska piłkę piętą, niż fałszem, czy wewnętrzną częścią stopy. A już podbicie nie jest dla niego. Co to za sztuka strzelić mocno z 30 metrów? W Polsce zapomniał się dotąd tylko raz i w ten sposób strzelił gola Zagłębiu. Prędkiej powtórki się nie spodziewam.
To wszystko prowadzi do tego, że w Polsce zdobył na razie jedną bramkę i to całkiem niedawno. Jego pierwszy nadwiślański gol, był zupełnie inny od tego, który widziałem w moich wyobrażeniach. Bo to nie jest tak, jak się może wydawać, że on nie chce zdobywać goli. Nie, myślę, że chce, ale tylko takie, które go usatysfakcjonują. Np. po przedryblowaniu siedmiu rywali, założeniu siatki dwóm, położeniu bramkarza i wbiciu głową piłki stojącej na linii bramkowej. Na razie strzelił inaczej, ale gdzieś mi w duszy gra, że co się odwlecze to nie uciecze. I to będzie jeden z ładniejszych goli sezonu.
W ogóle, po erze Mijajlovicia, wreszcie się obecni Serbowie Wiśle udali. Jego rodak Marko Jovanović przyszedł kiedyś do klubu przed konferencją prasową. Pełno dziennikarzy, z każdym się wita, pozdrawia, zamienia słówko. Napotyka mnie, a że byłem na konferencji Wisły bodaj drugi raz, widać po nim, że nie kojarzy, z kim ma do czynienia. Podchodzi, mówi „Hi, my name is Marko Jovanović. We don’t know each other, I suppose“. Zamieniliśmy słówko, przedstawiliśmy się sobie, spytał o redakcję i samopoczucie, a potem poszedł dalej. W kręgu naszych domorosłych gwiazd to raczej zachowanie niespotykane.
Mając takich zawodników w składzie, nie dziwię się kibicom Wisły, że promują serbskość Kosowa niemal tak mocno jak wiślackość Krakowa. Na ich miejscu też bym robił wszystko, żeby Iliev i Jovanović czuli się w Wiśle jak najlepiej i nie chcieli nigdy nigdzie odchodzić. Ich wdzięczność i kłanianie się w pas po meczu ze Standardem pokazały, że chyba idzie ku dobremu.