Każdy turniej od wielu lat składa się dla mnie z dwóch mniej więcej faz. Faza pierwsza, czyli kibicowanie Polsce i innym „słabeuszom“ oraz faza druga, w której zostają już same potęgi. Wtedy całe wsparcie idzie w Holandię. Teraz będzie podobnie, z zastrzeżeniem, że na mistrzostwach Europy zwykle faza druga następuje szybciej, bo nie ma tak wielu sympatycznie nieporadnych drużyn, jak np. na mundialach.
REKLAMA
Kibicem Holandii być, to się umartwiać, zgrzytać zębami, rozrzucać wszelkie przedmioty wokół telewizora. Jeśli przynosi ona radość, to ciągle przytłumioną, bo miecz Damoklesa zawsze nad tymi w pomarańczowych koszulkach wisi. Tym są bardziej fascynujący, im bardziej wiadomo, że i tak w końcu spotka ich klęska. Piłka holenderska to fenomen wielowymiarowy.
Spójrz na rozmiar kraju, spójrz na ilość ludności Holandii, a znajdziesz 17 państw, które powinny się bardziej w piłce liczyć. Dawno temu już jednak doszliśmy do tego, że wśród małych krajów Holendrzy są fenomenem. Dobrze, więc tu mamy jeden wymiar fenomenu - pozytywny. Jest jednak drugi. Jak kraj, który ma w każdym pokoleniu tylu wybitnych piłkarzy, który niemal zawsze porywa tłumy i do pewnego momentu jest głównym faworytem imprezy, może zawsze przegrywać? Jedno mistrzostwo Europy, przy takich zawodnikach to jest żart, a nie sukces.
Po kilku wybitnych i niespełnionych pokoleniach, przyszła generacja jak na warunki holenderskie toporna. Trener sprzeniewierzył się stylowi, który zawsze miał doprowadzać do katastrofy, ale jakże pięknej. Dlatego Holendrzy na mistrzostwach w RPA byli jak nie oni. Grali nieciekawie, a wygrywali. Zdawali się mieć mentalność zwycięzców. Najpiękniejszą bramkę zdobył relikt z minionej epoki, czyli dziadek Gio, wszyscy inni poddali się pomarańczowej rewolucji, która efektowność, zamieniła na efektywność.
Van Marwijk był zewsząd, także ze swojego kraju, krytykowany. Ja kibicowałem mu chyba jeszcze mocniej niż poprzednikom. Po tylu latach niepowodzeń, chciałem żeby oni wreszcie wygrali. Nieważne jak, nieważne gdzie, tylko zwycięstwo liczy się. No i oczywiście, kiedy byli już o krok, kiedy tak krytykowany selekcjoner, kiedy tak relatywnie toporne pokolenie miało skraść to, co nie udało się Cruyffom, van Bastenom i Kluivertom, to oczywiście Iniesta musiał wszystko zepsuć.
Dlatego ja już nie wierzę... Holandia jest niemal niezmieniona w stosunku do tego, co miała dwa lata temu. Pojawiło się owszem kilku młodych - Strootman, Willems (18 lat!), ale trzon zostaje ten sam. Nadal wszystko będzie się opierać na tym, co wymyśli Snejider, który jest w formie daleko gorszej niż w RPA, co się uda Robbenowi, przypominającemu, że to ten sam człowiek, co dwa lata temu, tylko łysinką, jak strzeli van Persie - on akurat się rozwinął. Rzeźnicy van Bommel z de Jongiem trochę piłek i nóg poprzecinają. Wszystko to, co znamy, tylko trochę gorzej.
Niby pozostaję bez złudzeń. Niby wiem, że do Holandii zawsze należy odnosić zasadę „co ma wisieć, nie utonie“. Ale jak wyjdą na boisko w tych pomarańczowych koszulkach to ja - jak zwykle, do diaska - dam się im nabrać i będę wierzył, że to jest ten moment, że to się dzieje teraz...