Analizując przez pryzmat tego, co było cztery lata temu, na rosyjską reprezentację należałoby patrzeć ze sporym niepokojem. Wszak wtedy drużyna, w dużej mierze składająca się z członków obecnej kadry, dotarła sensacyjnie do półfinału, grając wspaniały futbol. W powtórkę jednak nie wierzę. Z dwóch głównych powodów. Pierwszy to - przepraszam za wyrażenie - „Dick“, a drugi „Advocaat“. Obecnego selekcjonera Rosjan z selekcjonerem z 2008 roku łączy tylko narodowość. A, jeszcze to, że Guus Hiddink regularnie udowadnia, że w tych samych miejscach potrafi osiągać zdecydowanie lepsze od Advocaata wyniki.
REKLAMA
Wiele o Advocaacie mówi zdanie, które wypowiedział po wylosowaniu Polski w grupie na Euro 2012. „Nie znam żadnego polskiego piłkarza“. Hmm, były czasy, kiedy takie wynurzenia traktowałem jako smutną rzeczywistość, przecież nasi piłkarze nic nie znaczyli na arenie międzynarodowej. Ale teraz takie słowa źle świadczą nie o polskiej kopanej, a o tym, który je wypowiada. Nie rozumiem tego. Zrobiłem w głowie krótką sondę, bez żadnego oszukiwania, ile jest krajów europejskich, z których nie wymieniłbym ani jednego piłkarza. Znalazłem dwa - Luksemburg i Andorę. 65-letni facet, który od 30 lat nieprzerwanie jest trenerem, sam ośmiesza siebie, mówiąc takie rzeczy.
Rozbawił mnie o tyle, że w drużynie, na której oglądaniu przynajmniej w grudniu, gdy te słowa wypowiadał, powinno mu zależeć, częściej od jego Arszawina, grał Wojtek Szczęsny. Nie znać trzeciego strzelca trzeciej najlepszej ligi świata może laik, ewentualnie niedzielny kibic. Nie trener uznawany za czołowego w Europie.
Jest jeszcze opcja druga - Advocaat zwyczajnie prowokował. To byłoby dla niego typowe. To przecież typ z gatunku bufonowatych, regularnie lekceważących wszystkich, którzy nie nazywają się Dick Advocaat. W 1994 roku debiutował z reprezentacją swojego kraju na mistrzostwach świata. Przez fazę grupową Holendrzy lekko się prześlizgnęli. Wymęczyli wygrane z Marokiem i Arabią Saudyjską, przegrali z Belgią, co było oczywiście narodową hańbą, ograli Irlandię i w ćwierćfinale ulegli Brazylii. Jak na Holandię, osiągnął niewiele, ale najważniejsze było to, że z reprezentacji cały czas dochodziły głosy o fatalnej atmosferze w kadrze, trener nie radził sobie z rozkapryszonymi gwiazdorami. Może dlatego, że sam był do nich podobny.
Później przez lata pracował w piłce klubowej, a raczej na jej uboczu. Zdobywał mistrzostwo Holandii z PSV Eindhoven, zdobywał trofea w Szkocji, ale biorąc pod uwagę, że pracował w Glasgow Rangers, nie były to jakieś wielkie osiągnięcia. Gdyby doprowadził do mistrzostwa np. Dunfermline, to byłoby coś. Wrócił do reprezentacji Holandii po jej klęsce w eliminacjach mundialu 2002. I znów - niby totalnej klapy nie było, ale na pewno dobrze go oceniać nie można. Na Euro 2004 awansował dopiero po barażach, tam wprawdzie wyszedł z grupy śmierci, ale fala krytyki spadła na niego jeszcze w fazie grupowej, gdy (znów!) wyszło na jaw jego lekceważące podejście. W pamiętnym meczu Holendrzy prowadzili z Czechami 2-0, a pewny zwycięstwa trener zaczął oszczędzać zawodników. Ściągnął Arjena Robbena przy stanie 2-1. Przy stanie 2-2 za ofensywnego van der Meyde wpuścił obrońcę Reizigera. W dużej mierze to jego - oraz Heitingę, który dostał czerwoną kartkę - obarczono winą za porażkę.
Przez całe mistrzostwa Holandia była bezbarwna, ale doczołgała się do półfinału, gdzie nie miała szans z Portugalią. Advocaat - jak zwykle - niby nie nawalił, ale niczego niesamowitego nie zrobił. A gdzieś w dalekiej Polsce, w dalekim Bielsku-Białej, był jeszcze 12-latek, który obarczał go winą najbardziej. Przez cały turniej, przez długie 480 minut, Advocaat nie znalazł ani sekundy, by wpuścić na boisko Patricka Kluiverta. Ani sekundy! A to był ostatni turniej, na którym ten wielki piłkarz mógł wystąpić...
Moja mściwa dusza się radowała, kiedy po mistrzostwach ponosił porażki z Borussią Moenchengladbach, radowała się, gdy Korea Południowa odpadała po fazie grupowej mundialu w 2006 - kolejny raz okazało się wtedy, że Hiddink jest lepszym trenerem. On tę Koreę doprowadził do półfinału. On przejął Holandię po Advocaacie i doprowadził ją niemal do finału mistrzostw świata w 1998 roku. Jestem pewny, że teraz znów się okaże, że obecny selekcjoner Rosji osiągnie z nią mniej niż Hiddink.
Rosji się więc w kontekście meczów z Polską nie boję. Zwłaszcza, że piłkarze też nie powalają na kolana. Bohaterowie poprzedniego turnieju - Arszawin, Żirkow, Pawliuczenko - wrócili do Rosji z podkulonymi ogonami. Za granicą z obecnej kadry wojują tylko Marat Izmaiłow (Sporting Lizbona) i Paweł Pogrebniak (Fulham). To byłby raj dla narodowców. Żadnej obcej krwi w kadrze, a nawet niewielki stopień skażenia reprezentantów grą zagranicą. Tylko ten trener Holender...
Boję się natomiast o... Rosję. Minister Mucha już wywołała burzę, sugerując zmianę bazy pobytowej reprezentacji. Boję się, czy jakieś bezmózgi nie będą w czasie miesięcznicy przemaszerowywać pod hotel Bristol. Boję się, czy nikomu nie przyjdzie do głowy wygwizdanie hymnu. Boję się, że przemarsz rosyjskich kibiców przez Warszawę 12 czerwca będzie pretekstem do jakiejś bitwy. No i niestety, tego jestem pewny, głośno w czasie Euro będzie o tym, że ktoś postara się wnieść transparent o treści „Katyń 1940 - Smoleńsk 2010 - pamiętamy“, a ktoś go z tym transparentem nie wpuści. Będzie się to działo oczywiście w kontekście meczu Polska - Rosja, a ten polski kibic zostanie obwołany męczennikiem. Patrząc z perspektywy spraw, które kompletnie nie powinny mieć znaczenia, a jednak będą miały znaczenie, fatalnie się stało, że gramy z Rosją w jednej grupie...
PS Niewygodne sprawy zwykło się pisać małym druczkiem, dlatego ja też lekko na uboczu pozostawiam wzmiankę o tym, że jest jeden epizod za który Advocaata mocno szanuję. To, co zrobił z Zenitem Sankt Petersburg było niesamowite. A, i pamiętajcie jeszcze, że Z nogą w głowie jest też na Facebooku.