Jeśli dominuje wojenna retoryka, to w ludziach budzą się wojenne nastroje. Ci, co mniej mają wspólnego z pelikanami, które łykają wszystko, potrafią się od tego odciąć i pomyśleć: „Media nakręcają atmosferę, ale to dalej TYLKO piłka“. Ci, którzy te nagłówki, okładki, artykuły tworzą wiedzą jednak, że znajdą się też odbiorcy, którzy wezmą to wszystko do siebie zbyt dosłownie. A mimo to, te artykuły o wojennej retoryce nas zalewają. A potem święte oburzenie na kiboli...

REKLAMA
To, że ludzie, którzy wczoraj atakowali Rosjan stanowią absolutną patologię, jest oczywiste, nie chce mi się nawet na ten temat z nikim dyskutować. Akcje typu „Bij Bolszewika“, „Bronić stolicy przed czerwoną zarazą“ itp., pokazują tylko to, co widać doskonale również na stadionach ligowych. W polskiej krwi płynie pragnienie męczeństwa, bohaterskiego umierania. Tymczasem teraz nie bardzo jest się przeciwko komu buntować, nie ma jak umierać za ojczyznę, to wroga trzeba sobie stworzyć.
Ludzie pracujący w mediach powinni to wiedzieć. Powinni czuć odpowiedzialność za słowo i obraz, który puszczają. Wojennej retoryki przy okazji meczów warto by w ogóle unikać, ale już przy okazji meczów takich, jak Polska - Rosja, trzeba wyjątkowo ostrożnie dobierać słowa. Tymczasem zewsząd widać tylko było „Wojnę polsko-ruską“, „Bitwę Warszawską“, „Więcej niż mecz“. Przywoływano wszelkie zadry historyczne, jakie występowały między oboma narodami. Podgrzewano miesięcznicę smoleńską, tymczasem Rosjanie złożyli kwiaty, ku czci poległych ofiar i z afery nic nie wyszło. Zaczęła minister Mucha, sugerując przeniesienie Rosjan do innego hotelu. Później były cyrki z pozwoleniem, bądź nie, na przeprowadzenie marszu.
Jedni na stadionach przez cały sezon krzyczeli „A na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści“. Drudzy świętowali zakończenie komunizmu. Wyobraźmy sobie, że retoryka medialna w ostatnich dwóch tygodniach byłaby kompletnie inna. Skończyłoby się to wspólnym przemarszem Polaków i Rosjan, którzy trzymaliby się za ręce, wspólnie pili wódkę i świętowali upadek komuny. Ale nie, oczywiście bez tego byłoby jakoś o siedemnaście gorących tematów mniej, a to przecież dla mediów sytuacja niekorzystna.
Kibolstwo nie skończy się, kiedy tych wszystkich bijących się ludzi spałuje policja, pozamykamy ich w więzieniach, obłożymy karami finansowymi i zakazami stadionowymi. Zrobimy z nich męczenników, bo przecież „oni bronili stolicy przed czerwoną zarazą, a państwo ich za to karze“. Następne pokolenie kiboli i tak wyrośnie. To musi być zorganizowana akcja, w której udział biorą przede wszystkim rodzina, także szkoła, państwo i media. Dopóki w gazetach będzie się najpierw przed meczami pisać „nam twierdzą będzie każdy próg“, a później ubolewać nad „tą swołoczą, która tak zniszczyła wizerunek Polski“, będzie to tylko i wyłącznie hipokryzja. Kibolstwo mamy wyplenić wszyscy, a nie tylko o tym plenieniu pięknie mówić.
PS Załóżmy, że będzie szczęśliwe zakończenie - w sobotę Polska wygra z Czechami, zajmie drugie miejsce i w ćwierćfinale trafi na Niemców. Wtedy, jak zwykle, będą czołgi, Kampania Wrześniowa, Westerplatte (z racji miejsca, gdzie mecz by się odbył), zbiorowe czytanie "Krzyżaków", zbiorowe oglądanie "Stawki większej niż życie". Kolejne nakręcanie atmosfery. Dopóki 11 ludzi będzie musiało nieść na plecach 1000 lat historii, z Niemcami nigdy nie wygramy. Tym większy szacunek, że wczoraj przy takim ciężarze udało się zremisować.