Tak bardzo chciałbym, żeby ta drużyna okazała się dziś niepolska. Żeby zagrała nie w polskim stylu. Żeby była brzydka. Żeby katowała oglądających. Żeby zęby bolały. Żeby zanudziła na śmierć, zniechęcając do piłki niedzielnych kibiców. Żeby wytrawnym fanom futbolu, podczas jej oglądania, przebiegała przez czoło zmarszczka cierpienia. Ale żeby wygrała. Jeśli rację ma Tomaszewski, że w obecnej kadrze nie grają Polacy, to chyba nie będzie pięknej porażki, prawda...?
REKLAMA
Jako urodzony w takim, a nie innym momencie, dzięki bramkom Kowalczyka i Juskowiaka w czasie ostatniego polskiego sukcesu na dużej imprezie, wcale nie przeżywałem radości, a raczej złość, że nie mogłem spać. Dziś z perspektywy czasu wściekam się na siebie kilkudniowego, że wolałem spać niż chłonąć to, czego nigdy później nie zobaczyłem. Polską drużynę prącą po medal dużej imprezy.
Pierwsze mecze Polski, jakie pamiętam? Piękne wspomnienia. Łupaliśmy Ukrainę, dawaliśmyh radę Norwegii. Nieświadom jeszcze narodowych przywar, wierzyłem Engelowi, że jedziemy odegrać jakąś rolę w Korei. Nie udało się. Wiadomo, przeszkodził źle zaśpiewany hymn.
Potem katowali nas Szwedzi i - o zgrozo - Łotysze. Przeżyłem ładne Euro 2004 bez martwienia się o Polskę. 2006 już tak ładny nie był. Wychłostali nas jedni - tradycyjnie, drudzy - odnosząc jedno z nielicznych zwycięstw poza Andami. Zaszkodziło oczywiście fotografowanie trybun przez piłkarzy przed meczem z Ekwadorem.
W kadrę Beenhakkera wierzyłem już naprawdę. Bo wyglądał, jakby zmienił mentalność nie wszystkich Polaków, ale chociaż swoich zawodników. Potrafili zagrać jak nie oni. Tyle, że jak się okazało, raz. Wychłostali nas jedni - tradycyjnie, drudzy - w meczu o honor (!), a z jednymi zdobyliśmy tylko punkt. To oczywiste, pozbawił nas radości sędzia.
W kadrę Smudy nie wierzyłem raczej z powodu trenera niż zawodników. Mamy przyjemność zagrania meczu o wszystko, choć jest to niezależne od wyników meczów poprzednich. Ja się po tylu latach już boję wierzyć. Boję się przeżywać potem znów swoją naiwność, że znów się dałem nabrać. Jestem z pokolenia takiego, które Polskę na wielkich turniejach ogląda wiecznie przegrywającą, zawsze nie ze swojej winy, a przez jakiś czynnik zewnętrzny (jeśli tfu, tfu, to będzie to pewnie zamknięty dach na Stadionie Narodowym).
Złorzeczyłem tak już kilka lat temu. Rzucałem w głowie piorunami, robiłem wielką improwizację, wyrzucając futbolowym bóstwom, że muszę do cholery zawsze wspominać Wembley, Niemcy 1974, Hiszpanie 1982, Hiszpanię 1992. Muszę słuchać opowiadań o piłce klubowej w wydaniu Górnika Zabrze 1970, czy Widzewa Łódź 1996, a wy mi olimpijscy bogowie nie pozwalacie nawet obejrzeć polskiej drużyny w fazie grupowej Pucharu UEFA?!?!?!. I wtedy Rafał Murawski huknął w 121. minucie meczu z Austrią Wiedeń gola dającego awans. A na ławce siedział wtedy Smuda...
Wielkiego farta Smudy, o którym mówią wszyscy, widziałem wtedy na własne oczy jedyny raz. Dziś chcę zobaczyć drugi. Chcę jutro włączyć „Plamy na słońcu“ Kazika, dotrzeć do wersów:
Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka
Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka
Gdyby to najczęstsze słowo polskie
Gdyby mama miała fi...a to by była ojcem
Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka
Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka
Gdyby to najczęstsze słowo polskie
Gdyby mama miała fi...a to by była ojcem
i wyśmiać ulubionego muzyka za to jak nieaktualne są jego teksty.