Szwajcaria to nie jest kraj, w którym wybitni piłkarze rodzą się na kamieniu. Ba, to nie jest kraj, w którym wybitni futboliści w ogóle się rodzą. Narciarze – owszem, wszędzie. Mają zegarki, czekoladę, sery, pieniądze, góry i narty, społeczeństwo obywatelskie, a nie mają nigdy wojen. Gdyby mieli jeszcze do tego dobrą piłkę, niesprawiedliwość byłaby zbyt rażąca.
REKLAMA
Od pewnego czasu piłkarsko stoją jednak całkiem nieźle. Ostatnia dekada to czas, w którym objawiło się kilku niezłych piłkarzy, trochę odbiegających od stylu tradycyjnego szwajcarskiego gracza – defensywnego pomocnika, z blond zarostem, który podaje do najbliższego, a najczęściej w meczu kopie piszczelami. Tranquillo Barnetta, Eren Derdiyok to gracze, którzy technikę kopania skóry opanowali dość przyzwoicie. Najwybitniejszym piłkarzem dekady w Szwajcarii jest jednak Alexander Frei. Gracz niespełniony, gracz niedoceniony, który powoli odchodzi, ale chce jeszcze pokąsać kogo się da. W tym sezonie robi to w sposób zaskakujący.
To snajper, który nie wymawia się kontuzjami (choć ma ich dużo), problemami z aklimatyzacją, krzyczącym po nocach dzieckiem, czy psem, którego wcześnie rano trzeba wyprowadzać na spacer. Oj nie, gdy spojrzymy na jego statystyki, zobaczymy, że w każdym sezonie, w każdej drużynie określoną liczbę bramek strzeli. Mówi się, że dobry napastnik to taki, który gwarantuje minimum dziesięć goli na sezon... Frei tę normę wyrabia w... 20 pierwszych meczach sezonu. W ciągu ostatniej dekady tylko w dwóch sezonach nie udało mu się nastrzelać dziesięciu goli – w latach, kiedy był przykuty do kozetki, wskakiwał na boisko ledwie na 20 meczów w rozgrywkach i strzelał 8-9 goli. To ewenement, że ten facet, choć znany, jest tak w gruncie rzeczy zapomniany.
W całej dobiegającej końca karierze huknął w 404 meczach 212 goli (!), a więc ma średnią bramki na mecz 0,52. Nie trzeba chyba mówić, że to średnia rewelacyjna. Co więcej, Frei im jest starszy, tym lepszy. Gdy z Borussii Dortmund odchodził po „nieudanym” sezonie, w którym strzelił 12 goli (tyle, ile Ebi Smolarek w najbardziej udanym) do rodzinnej Bazylei, wiadomo było, że to raczej koniec kariery tego, który swego czasu był jedynym białym, strzelającym seryjnie gole w lidze francuskiej. To były czasy młodych Djibrila Cisse i Didiera Drogby, to ich atletycznym stylem gry zachwycała się Francja. A Frei w swoim Rennes ładował bramki trochę w ciszy. W pierwszym sezonie w Bazylei, we wszystkich rozgrywkach, zdobył 27 goli. W drugim 35. Teraz mamy trzeci. W 26 meczach strzelił 18 goli, co daje mu najwyższą średnią w karierze 0,69 gola na mecz! Jesienią strzelał bramki Manchesterowi United, które pozwoliły mu dopiero w macierzystym klubie, w ojczyźnie, po raz pierwszy w karierze wyjść z grupy Ligi Mistrzów.
Wczoraj Bayernowi nie strzelił, jednak bez niego mistrz Szwajcarii nie przeżywałby tak pięknego czasu. W reprezentacji, mimo – a jakże – znakomitej średniej – 82 mecze okraszone 42 bramkami, jest niespełniony. Na imprezie życia – Euro 2008 przed własną publicznością, musiał zejść już w pierwszej połowie pierwszego meczu z Czechami. Do końca już nie zagrał, a koledzy nie wyszli z grupy. Teraz jednak, w wieku, który można by uznać za schyłkowy, Frei odnosi największe sukcesy międzynarodowe w karierze i daje trochę radości krajanom. A przy okazji wpędza w kompleksy innych. Pal sześć zegarki, sery, czekolady. To sobie możemy kupić. Pal licho społeczeństwo obywatelskie i neutralność. Ale drużyny, która w fazie pucharowej Ligi Mistrzów ogrywa Bayern Monachium Szwajcarom ciężko mi będzie wybaczyć...