Ani trochę nie było żal patrzeć na zarzynanych jak koguty Francuzów. Dobrze, że nie ocaleli prowadzeni na rzeź, bo nawet tego nie chcieli. Gwiazdy, nowa, młoda drużyna, świetni piłkarze, a nie wycisnęli z Hiszpanów nawet lekkiego potu. Francja - który to już raz - nie była drużyną. Francja nie miała werwy. Nie miała rewolucyjnego zapału. Nie chciała wołać „Kijów albo śmierć“. Przegrała już na starcie.

REKLAMA
Benzema wyglądał na boisku jak Lewandowski - widać było, że to dobry piłkarz, ale jeszcze bardziej jaskrawo rzucało się w oczy, jak bardzo nie ma wsparcia. Malouda potwierdzał obraz wraku zawodnika. Blanc przywiązał się do nazwisk, które go ostatecznie zawiodły. Zabrakło im żądzy mordu. Oglądając, jak bezradni boją się nawet pomyśleć, że mogliby Hiszpanów ograć, jeszcze bardziej doceniłem Chorwatów.
Jakże różne to były mecze! Ja wiem, że słuchając najgorszego duetu komentatorów Szpakowski - Trzeciak, można było w meczu Hiszpania - Chorwacja odnieść wrażenie, że zawodnicy Slavena Bilicia rozgrywali najsłabszy mecz mistrzostw. „O, jacy oni bojaźliwi, jacy asekuranccy, jacy zabójcy futbolu“. Podziwiałem Bilicia już za tamten mecz, podziwiam tym bardziej po tym, jak zobaczyłem, co z przecież teoretycznie mocniejszą Francją zrobili Hiszpanie.
Chorwacja miała jasny plan, jak z mistrzami świata i Europy wygrać. 70 minut żelaznej defensywy, a potem huraganowy atak wszystkimi parami nóg, jakie Chorwacja zrodziła. Grali, jakby miało nie być jutra. Pchali tę piłkę do bramki Casillasa, jakby od tego zależało ich życie. Przegrali, ale na 10 minut przed końcem, pierwszy raz od lat, hiszpańscy kibice musieli się odwoływać do wyższych instancji, by tę nawałnicę udało się przetrwać. A Francuzi? Przede wszystkim nie mieli planu. Ani nie chcieli Hiszpanów zaatakować, ani nie planowali się kurczowo bronić. Pomyśleli, że sobie staną w środku boiska i będą niespiesznie przestępować z nogi na nogę, a Hiszpanie - nie wiedzieć czemu - się tego przestraszą. Brzmi dość naiwnie, wyglądało bardzo naiwnie.
Żeby pokonać Hiszpanię, trzeba mieć zimne głowy i gorącą krew. Jeśli gra się z zimnymi głowami i zimną krwią, nie zmusza się mistrzów świata nawet do wyprania po meczu koszulek.