Włochy to nie jest drużyna z mojej bajki, a jeśli już, to raczej postać z niej tak straszliwa jak muminkowa Buka. Chciałoby się, żeby nie istniała, żeby już sobie poszła, dała spokój i przestała męczyć, a jednak zawsze jest. Dziś - choć przez większość meczu była lepsza i bardziej dążyła do tego, by karnych nie było - uratowało ją dwóch kompletnie różnych zawodników. Andrea Pirlo i Alessandro Diamanti.
REKLAMA
Pierwszy przeżywa w tym miesiącu idealne potwierdzenie klasy. Potwierdzenie, które daje całemu światu, ale przecież nie sobie, bo z jego ruchów bije tak absolutna pewność siebie, że jest jasne, iż Pirlo, Pirla uważa za piłkarza wybitnego. Nic dziwnego. Jest wolno dreptającym wyrzutem sumienia Milanu. Odebranie mu piłki graniczy z cudem. Niedokładne podania niemal się nie zdarzają. Jeśli Włochom udałoby się przebrnąć półfinał, wyrośnie na głównego kandydata na gracza turnieju. Jego jednak zna cały świat - przez tyle lat spędzonych w Milanie, to nazwisko musiał usłyszeć każdy.
Drugi bohater Italii to jego totalne przeciwieństwo. Diamanti aż do dziś pozostawał na bocznicy wielkiego futbolu. W Serie A na dobre zaistniał dopiero jako w pełni ukształtowany piłkarz, grając w Livorno. Szybko przeniósł się do Anglii, gdzie przez jeden sezon pokopał w West Hamie. Zatęsknił jednak za ojczyzną i przez Brescię trafił do Bologni. Wielkich klubów, albo choćby aspirujących do tego grona, próżno szukać. 29-latka aż do dziś mogli widzieć tylko nałogowi oglądacze podupadającej ligi włoskiej.
Diamanti skorzystał z okazji, by odwdzięczyć się przed całym światem Cesare Prandellemu. To obecny selekcjoner dał mu, jeszcze jako graczowi Brescii, zadebiutować w kadrze. To on, choć w eliminacjach nie zagrał ani razu, odkurzył go końcem sezonu, zabrał do szerokiej kadry i wpuścił na boisko w dwóch meczach towarzyskich. Wystarczyło to, by przyjechać do Polski. Jednak wcale nie było takie oczywiste, by w meczu z Anglią wpuścić na boisko akurat jego, gdy obok błagalnie patrzył na trenera choćby bezlitośnie regularny Antonio di Natale.
Od pierwszego dotknięcia piłki Diamanti rozruszał Włochów. Wszystko robił tak, jak powinien robić facet, który być może dostaje jedyną w życiu szansę na zaistnienie. Dośrodkowania, strzały z dystansu, dryblingi, sprawiały, że można było się zastanawiać, jakim cudem ten człowiek uchował się przed oczami szperaczy dużych klubów. Jak świetna gra Pirlo mogła dręczyć działaczy Milanu, tak żywiołowa postawa Diamantiego kazała zgrzytać zębami całej włoskiej czołówce. Jego wysiłki niczego jednak nie dały. Do akcji znów musiał wskoczyć stary mistrz.
Gdzieś mi się w mózgu kołacze, że gdyby Pirlo wykonał karnego inaczej, wszystko mogło się potoczyć kompletnie odwrotnie. Zachował się jak lider. Przecież Anglicy w tym momencie prowadzili 2-1. Gdyby nie strzelił, mogło się już zrobić 3-1. Riccardo Montolivo, który z karnego spudłował, już błądził wzrokiem po trybunach, szukając szaleńca, który zrobi mu to, co czasem czynią zawodzącym piłkarzom południowoamerykańscy kibice. W tym momencie Włosi nie potrzebowali kogoś, kto po prostu strzeli gola z karnego. Potrzebowali Pirlo, który beznamiętnie spojrzy na podskakującego Harta i najlżejszą z możliwych podcinek go upokorzy. Komunikat płynął z tego jasny. „Panowie, koguciki mogą podskakiwać, tymczasem my wciąż mamy ich w rękach“. Siła tego przekazu była tak mocna, że natchnęła nie tylko kolegów, ale też przestraszyła Anglików. Bezczelna pewność siebie Pirlo i siłowy, będący kłębowiskiem nerwów strzał w poprzeczkę Younga, są niemal na pewno psychologicznie powiązane.
Potwierdziło się, że czy Anglicy mają na papierze piekielnie mocny skład, czy taki straszący dziurami w każdej formacji, czy prowadzi ich w spokojnej atmosferze od wielu lat wybitny fachowiec, czy wybrany naprędce człowiek, którego kompetencje budzą wątpliwości, czy w bramce stoi fajtłapa czy szczelny mur, ćwierćfinał niezależnie od okoliczności jest dla nich szczytem możliwości. Znamienne, że wbił im to ostatecznie do głów nieprzyzwyczajony do wielkiego obciążenia zawodnik Bolognii, a napięcia nie wytrzymali myjący nawet zęby pod presją gracze Manchesteru United i Chelsea.