Gdybym wczoraj miał cokolwiek napisać, raczej nie nadawałoby się to do publikacji. Dziś ochłonąłem, ale gorzko nadal. Może to jeszcze nie moment, może za wcześnie na tubalne ogłaszanie, że niemiecka drużyna zatraciła mentalność zwycięzców, że nie może już być określana mianem turniejowej, ale na pewno czas się nad taką – straszną – ewentualnością zastanowić.
REKLAMA
Spójrzmy na XXI wiek. Początkowo wszystko układało się niejako tradycyjnie. Niemcy rozpoczęli od zajęcia drugiego miejsca w grupie eliminacyjnej, za Anglią. Przegrali z nią szokująco wysoko 1-5, do Korei i Japonii przecisnęli się po barażach z Ukrainą. Ale do błyszczenia w eliminacjach to oni nie przyzwyczajali nigdy. Drużyna, po której występie nikt niczego nie oczekiwał, doszła do finału, gdzie przegrała z drugą ekipą znajdującą się wówczas w „wielkim kryzysie” – Brazylią. Pokazali wtedy Niemcy Rudiego Voellera, że są drużyną turniejową? Pokazali.
W 2004 znów nie wygrzebali się z grupy. Ale przyszły mistrzostwa, których byli gospodarzami i znów wszystko układało się jak najgorzej. Przegrywali mecze towarzyskie, prasa atakowała za wszystko Juergena Klinnsmanna. Przyszedł turniej i Niemcy nagle doskoczyli do trzeciego miejsca, w półfinale tradycyjnie przegrywając z Włochami. Znów okazało się, że germańscy piłkarze pełną prędkość osiągają dopiero na turnieju.
Wraz z przyjściem Joachima Loewa, zaczęła się dokonywać w drużynie RFN rewolucyjna przemiana. Jeszcze męczyli się tradycyjnie w fazie grupowej i rozpędzali się z meczu na mecz, doskoczyli do finału, ale już zaczynali grać pięknie, jak nie oni i decydującego ciosu nie zadali. Hiszpania była najlepsza, najbardziej głodna sukcesu, zdeterminowana. To wszystko można było usprawiedliwić.
Do RPA Niemcy przywieźli drużynę, jakiej nikt wcześniej u nich nie widział. Nie Brazylijczycy, nie Hiszpanie, nie Holendrzy, a właśnie Niemcy grali najefektowniej. Oni byli młodzi, świetnie wyszkoleni, oni wbijali Argentyńczykom i Anglikom po cztery gole, gdy Hiszpanie każdego przeciwnika odprawiali z minimalistycznym 1-0. Odprawili też Niemców, co zaczynało być dziwne. Historia kazała sądzić, że skoro Niemcy w ćwierćfinale strzelają cztery bramki, to w półfinale zdobędą pięć, a w finale sześć. Tymczasem znów nie dali rady Hiszpanii. „Zabrakło im jeszcze doświadczenia” – mówiliśmy.
Teraz, niech nikogo nie zmyli szyld „najmłodszej drużyny Euro 2012”. Reprezentacja Niemiec to ludzie młodzi i już zaprawieni w bojach, mający za sobą nie jedno wielkie wyzwanie. Przechodzili u nas fazę grupową, jak zwykli to robić Hiszpanie – efektownie, miażdżąco. Przejechali się po Grekach, jak do 2008 robili Hiszpanie. Wczorajsza bezradność, bicie głową w mur, rozjeżdżanie się defensywy dotychczas skalistej, nieniemiecka nieskuteczność, to wszystko było dla tej drużyny narodowej tak nieprawdopodobne. A Włosi, choć zdecydowanie mniej bogaci w talent, potwierdzili, że oni też są drużyną turniejową. Albo właśnie, nie „też”...
Zjawisko jest szersze. Dawniejsi Niemcy nie pozwoliliby sobie na tak częste przegrywanie ważnych meczów. Przegrali finał w 2002, półfinał (w ostatnich minutach!) w 2006, finał w 2008, półfinał (też w końcówce!) w 2010, przegrali, będąc bezradni jak dzieci, półfinał 2012. Można problem rozciągnąć też na piłkę klubową, gdzie Niemcy ostatni sukces osiągnęli jeszcze ze starą generacją (Kahn, Scholl, Jeremies, Linke) w 2001 roku. Finały 2010 i 2012 Bayern pokazowo przerżnął.
Zaczynam się nie na żarty martwić, czy w tych akademiach, które są owocem klęski na Euro 2000, które wydały na świat dzisiejszych wiążących buty nie rękami, ale nogami, reprezentantów, nie zapomniano o tym, co niemiecką piłkę charakteryzowało. O mentalności. Niemcy nie wygrywali nogami, wygrywali głowami. Grali do końca. Fajerwerki odpalali w najważniejszym meczu, a nie na inaugurację. Nie zachwycali, ale wygrywali. Jeśli ta straszna teoria ma choć trochę w sobie prawdy, trzeba szybko zaradzić, zorganizować jakieś seanse rozmów z Beckenbauerami, Breitnerami i Gerdami Muellerami, bo inaczej to piekielnie zdolne niemieckie pokolenie stanie się drugą Holandią. Będziemy tylko wypatrywać jego kolejnej pięknej porażki.
Jeśli Hiszpanie zdarli z siebie łatkę „grają pięknie jak nigdy, przegrywają jak zawsze”, to w przyrodzie nic nie zginęło. Odnalazła się w Niemczech, chichot losu to niezwykły, bo germańskie ludy są ostatnimi, które bym podejrzewał o brak mentalności zwycięzców...