Finał naszych mistrzostw Europy to dla mnie jak na razie tylko dźwięki przychodzących zawsze za rzadko wiadomości, o tym, co się w Kijowie działo. To strzępki informacji i wyobrażanie sobie, co też tam ci Hiszpanie wyrabiają, co też się stało, że drużyna, która dotychczas była tylko „Roja“ stała się wreszcie „Furia“. Zrozumiałe więc, że skoro oglądałem połoniny i berda zamiast pląsów Maty i Alby, o piłkarskim aspekcie mądrzył się nie będę.
REKLAMA
Ale naszła mnie jednak w tej bieszczadzkiej dziczy, z opóźnieniem, ale ostro, gwałtownie, szokująca prawda: Euro 2012 się skończyło. Było, nie będzie. Przez pięć lat, przez znaczący fragment mojego życia, przez cholernie znaczący fragment mojego świadomego życia, przez całe moje „dorosłe“ życie, myślało się tylko w kontekście Euro. Jak Wojtkowiak się potknął i skręcił kostkę, to pytaliśmy: co z Euro? Jak Wilusz zagrał dwa dobre mecze, a Patejuk trzy razy minął trzech rywali - zastanawialiśmy się: powoła czy nie powoła? Kto przyjedzie do nas, a kto na Ukrainę? Wygonimy działkowców, wykurzymy handlarzy, zrobimy przetargi, zdążymy wybudować, nie wywali nam się to? A drogi? A hotele? A lotniska? A kolej? Z dworcami zdążymy? Pomalujemy na czas trawę? Przez pięć lat leciały liczniki z czasem, który odmierzał dni do Euro. Wlokło się to niemożebnie. Katorga niesamowita.
A potem się zaczęło. Przypomniała mi się tam, na górze, ta nadzieja z pierwszego dnia, ta rozsadzająca radość, gdy Lewandowski chłostał Greków. O, albo jak Tytoń dawał się poznać połowie świata.
Uświadomienie sobie, że od dziś emocje będą zapewniać mecze Lecha z Żetysu, Bełchatowa z Lubinem, że będziemy się taplać w bagnie wyborów PZPN, będziemy uczyć się wymawiać nazwy drużyn, które wyeliminują nasze z europejskich pucharów. Nie będzie już czekania na ten koniec świata, czyli na przyjazd całego świata do nas.
Wiadomo, że się pozbieramy, że tak naprawdę i tak będziemy niektórzy, nieliczni przeżywać czy Szymon Drewniak się potknie, a Mateusz Mak eksploduje talentem. Ale w tym momencie, kiedy wieczorem nie mogę patrzeć na Niemców, Portugalczyków czy Włochów biegających po naszych murawach, a na Kazachów, to mam wrażenie, że wszystko, co najlepsze w polskiej piłce już widziałem.
Już nigdy papieros nie będzie tak smaczny, wódka taka zimna i pożywna, nie będzie tak pysznych ciastek, takiego mleka, takiej musztardy, no i wędlin. Już nigdy.