My mamy wypaczoną perspektywę. Do wiosny byśmy chcieli w europejskich pucharach dotrwać. No, w ostatnich latach plan minimum to chociaż do końca roku. Albo ewentualnie wakacji. Tymczasem są miejsca na kontynencie, gdzie dotrwanie do sierpnia jest wyczynem niebotycznym, porównywalnym z finałem Pucharu Zdobywców Pucharów Górnika Zabrze, opowieściami o którym karmić się będzie pokolenia młodych Luksemburczyków. Tak, od wczoraj zawodnicy Football 91 Dudelange ścigają się już tylko z historią.
REKLAMA
To nie tak, że luksemburska piłka klubowa istnieje tak samo jak czechosłowacka żegluga morska. Ona naprawdę istnieje i co roku daje o sobie znać. Dorośli mężczyźni, najlepsi w swoim kraju, dwukrotnie w ciągu roku, w wakacje, muszą wystawiać gołe miejsce, w którym nie mają nosa i zbierać po nim tęgie razy. Są jednak do tego przykrego i upokarzającego obowiazku przyzwyczajeni. Zbierają razy oni, zbierali ich starsi koledzy, ojcowie, ojcowie ich starszych kolegów, dziadkowie i dziadkowie ich starszych kolegów. Taki los luksemburskiego piłkarza, że przychodzi lipiec, więc trzeba dostać baty u siebie, pojechać gdzieś do Europy, dostać tam lanie, wrócić i walczyć na własnym podwórku o prawo zebrania cięgów w przyszłym roku. Tę walkę przerywa jedynie gra w reprezentacji, czyli dostawanie lania za ojczyznę.
Nie ma w tym wszystkim przesady. Wierzcie mi, przesiedziałem w archiwach cholernie dużo czasu. Szukałem Luksemburczyków, którzy by się zbuntowali. Znalazło się ledwie kilka takich legendarnych wyczynów. O, na przykład w Pucharze Mistrzów 1959/1960 Jeunesse Esch wygrało 5-0 z Łódzkim Klubem Sportowym. Oczywiście, to my byliśmy tak wspaniałomyślni, by podarować temu kraikowi pierwszy w historii awans do kolejnej rundy tych rozgrywek. Powtórzyło się to też cztery sezony później, gdy ta sama drużyna stoczyła morderczy dwumecz z fińską Haką Valkeakoski. Tam przegrała 1-4, u siebie złoiła ją 4-0. Ten niebotyczny sukces, osiągnięty przekładając na nasze, za Gomułki, pozostawał najlepszym, nie do wyrównania osiągnięciem dla kolejnych mistrzów Luksemburga przez 42 lata! Raz kiedyś było blisko wyeliminowania Valuru Reykjavik, ale niestety bramki na wyjeździe przekreśliły szansę najlepszych Luksemburczyków AD 1969 na przejście do historii.
Aż nadszedł 1991 rok, który odmienił piłkarską historię tego kraju. Trzy kluby, trzy problemy, jedno miasto Dudelange. Zamiast mieć trzy problemy, miejmy jeden - pomyśleli mądrzy ludzie, połączyli kluby i założyli Football 1991 Dudelange. A potem się zaczęło... W XXI wieku ten klub aż dziewięć razy był mistrzem kraju (przypominam, że XXI wiek trwa ledwie 12 lat), pięć razy zdobywcą pucharu. Zaczął też podbijać Europę. W sezonie 2005/2006 dziadkowie z Esch, będący już w wieku emerytalnym siwiuteńcy panowie, którzy ponad cztery dekady wcześniej eliminowali potentata z Valkeakoski, mogli wreszcie zapłakać ze wzruszenia. Ich następcy z Dudelange przegrali wprawdzie pierwszy mecz z bośniackim Zrinjskim Mostar, jednak na wyjeździe odrobili stratę, w dogrywce dołożyli kolejne trzy gole i awansowali do kolejnej fazy. Tam zlał ich Rapid Wiedeń, ale bohaterowie tego meczu już mogli uznać, że swój cel w życiu osiągnęli. Przebrnęli jedną rundę europejskich pucharów, zostając zaledwie szóstą luksemburską drużyną, której się to udało (powiodło się też Arisowi Bonnevoie w roku 1979 i Avenirowi Beggen w 1992 w PZP oraz Avenirowi Beggen trzy lata później w Pucharze UEFA). Im - szalonym - zamarzyło się jednak coś więcej.
Zwycięstwo z początku wakacji 11-0 w dwumeczu z andorską Santa Colomą nie wzbudziło należnego szacunku w Europie. A przecież to wynik szokujący. Luksemburska drużyna wygrywająca w pucharach jedenastoma bramkami! Wszyscy byli na świeżo po Euro, o jakiejś Hiszpanii gadali. Trzeba było zrobić coś jeszcze bardziej niewyobrażalnego. Wygrali u siebie 1-0 z Red Bullem Salzburg. Z Red Bullem, w który pompowana jest olbrzymia kasa. Który regularnie gra przynajmniej w fazie grupowej Ligi Europy. Który może nie ma gwiazd europejskiego formatu, ale postaci rozpoznawalne. Reprezentantów Austrii, uczestników Euro 2008, Davida Mendesa ocierającego się kiedyś o kadrę Holandii, Duszana Svento, reprezentanta Słowacji czy Szweda Rasmusa Lindgrena. A na dyrektorskim stołku Ralfa Rangnicka, budowniczego wielkiego Ulm z przełomu wieków, wielkiego Hoffenheim, a całkiem niedawno trenera półfinalisty Ligi Mistrzów Schalke 04 Gelsenkirchen. Generalnie rzecz biorąc, to była drużyna, która z Luksemburczyków powinna zrobić szpinak z jajkiem sadzonym i ziemniakami.
Pierwszy mecz to tylko pierwszy mecz. W rewanżu spodziewaliśmy się, że Austriacy powiedzą „dość żartów“, wgrzmocą w rywali siedem goli i zakończą ich i tak wyjątkowo długie trwanie w Europie. A tymczasem w dramatycznym spotkaniu, w którym padło aż siedem bramek, ale dla obu drużyn, w którym Luksemburczycy musieli bronić zaliczki w dziesiątkę, musieli bronić jak cnoty. Bardziej. Jak niepodległości. Bardziej. Jak Częstochowy! W ciągu ostatnich pięciu minut z 3-2 dla nich, zrobiło się 4-3 dla Austriaków. A jednak obronili.
Jako pierwsza drużyna w historii swojego kraju przebrnęli przez dwie rundy eliminacji. Ośmieszyli światowy koncern Red Bulla. Ośmieszyli piłkarzy. Sami mogą czuć się jak odkrywcy nowych lądów. Jerry Prempeh, Julien Tornhout, Jean-Phillipe Caillet, Daniel Gomez, Thierry Steinmetz i inni będą teraz mogli opowiadać Luksemburczykom, jak to jest awansować do III rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów. F91 Dudelange nie składa się z piłkarzy. Ona składa się z ludzi, którzy chcieli być piłkarzami, a im nie wyszło. Albo nie wyściubili nigdy nosa poza luksemburską ligę, albo grali w niższych klasach rozgrywkowych we Francji, albo - w najlepszym wypadku - siedzieli na ławkach we Francji lub w Niemczech. Jeden Caillet, który grał w Caen, Metz, czy Genk może o sobie powiedzieć: „Jestem piłkarzem“. Ale już cała reszta, cierpiąca upokorzenia przez długie lata, może dziś wrócić do domów i wykrzyczeć żonom, rodzicom, dzieciom, psom, podśmiewającym się kumplom: A nie mówiłem, że kiedyś się uda?! A może pójdą dalej? Wystarczy pobić NK Maribor, Słoweńcy wydają się słabsi od Red Bulla, a już we wrześniu luksemburski klub zadebiutuje w fazie grupowej Ligi Europy.
Kiedy słyszałem, że Jerzy Engel ma zostać następcą Smudy, myślałem, że nic mnie już w futbolu nie zdziwi. A jednak, udało się.