Po kilku miesiącach przerwy, znów widziałem na żywo Koronę Kielce. Dziś już wiem, że nazywanie tej drużyny polskim "Crazy Gangiem" jest nie przesadzone, jak kiedyś myślałem, ale wręcz uwłaczające oryginałowi. Tam grali twardziele, którzy nie zapominali, że są twardzielami, nawet gdy to przeciwnik ich kopał, a nie oni jego. Piłkarze Korony kładą się za każdym dotknięciem, ale wiem, że dla kibiców kieleckich taki zespół to skarb. A ponadto uważam, że trener Leszek Ojrzyński znalazł idealny sposób na zawstydzanie całej ligi.

REKLAMA
Dla niezorientowanych, Korona wygrała dziś w Krakowie z Wisłą, przeskoczyła ją, przeskoczyła nawet Podbeskidzie Bielsko-Biała i jest już w lidze piąta. Patrzyłem na tych przyjezdnych i myślałem "ależ oni zagęszczają środek pola!". Trochę zgłupiałem, gdy po chwili przyszła mi do głowy podobna refleksja na temat zagęszczania lewego i prawego skrzydła. Korona po prostu grała taktycznie re-we-la-cyj-nie. W niej, inaczej niż w tradycyjnej polskiej drużynie, biegają wszyscy, a nie tylko nieszczęśliwiec, który akurat znajduje się przy piłce. Kielczanie robili taktyczny elementarz, czyli przesuwali się wraz z przesuwaniem się akcji rywala, a dla wielu naszych drużyn nie jest to takie oczywiste. Albo nie mają siły.
Oprócz tego goście kontrowali. Wykorzystywali do tego głównie Macieja Korzyma. Niesamowite, jak zmienił się ten piłkarz. Kiedyś, jako młodzian, był perełką, talentem, technikiem. Dziś to młodsza, a więc więcej biegająca wersja, Piotra Rockiego. Czyli na boisku cham, przepychający się, stosujący wszelkie chwyty, nielubiany przez kibiców z całej Polski, ale dla swojej drużyny pożyteczny. Korona grała ostro, brutalnie, a oprócz tego jej piłkarze kładli się co chwilę, jakby ktoś im nagle prąd odciął. Choć tego nie lubię i uważam - jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi - że to zabija futbol, to podziwiam trenera Ojrzyńskiego, że tak maksymalnie wyciska ze swojej drużyny co się da. Bo przecież po tych symulowanych faulach są wolne, które świetnie wykonuje sąsiedni bloger - Aleksandar Vuković.
To symulowanie to też na naszą ligę rozwiązanie idealne. Przy słabości i braku charyzmy polskich sędziów, wiadomo, że arbiter da raczej kartkę temu, który niby faulował, niż jak by się należało, symulującemu. Korona wchodzi piszczelami w nasze potęgi, wykorzystuje beznadzieję arbitrów, technikę Pawła Sobolewskiego i zbliża się do strefy premiowanej pucharami. Ja jej nie przekreślam w tej walce, bo jak potężne są nasze potęgi, pokazują co tydzień. Wpadkę zalicza po prostu w każdej kolejce inna. Prawdziwe wyzwanie kielczan czeka jednak za kilka dni, gdy zagrają z Podbeskidziem. Drużyna to nie mniej twarda, a piłkarzy ma aż dwóch - Patejuka i Ziajkę. Reszta tylko świetnie biega, walczy i wykopuje. W Kielcach gra jeden Sobolewski...
A Wisła? Po dwóch wiosennych kolejkach z 10 punktów straty do Śląska Wrocław mogła zostać połowa, a zostało... 10 punktów. Wisła miała być saperem, to znaczy wygrywać wszystko i nie mylić się ani razu. Dziś już możemy powiedzieć, że takich saperów jak krakowianie... po prostu nie ma. Nie ma, bo nie żyją. Oni mylą się tylko raz, a Wisła co tydzień...