Gdy Z nogą w głowie, nie ma w głowie nogi, ma rakietę. A gdy gra Jo-Wilfried Tsonga, to już czasem widowisko jest zdecydowanie lepsze niż na boisku piłkarskim. Trafiłem na potężnego Francuza akurat jak dogorywał w turnieju olimpijskim, czyli zderzył się z serbskim czołgiem. Ale i tak warto było!

REKLAMA
Co za facet. Olśnił mnie kilka lat temu, gdy w Australian Open, grając z kontuzją, w jakimś absolutnie nieziemskim stylu ograł Andy’ego Murray’a. Wtedy był objawieniem. Nieznany mi wcześniej Francuz z 30-któregoś miejsca w rankingu szedł i szedł i szedł, zrobił Nadalowi jesień średniowiecza. W finale, gdy już mówili o nim wszyscy, a nie tylko ci, którzy wstawali nad ranem oglądać pierwsze rundy i opowiadali domownikom o takim czarnoskórym Francuzie, rozjechał go ten sam Djoković.
Tsonga od tego czasu raz gra lepiej, raz gorzej, generalnie w czołówce się utrzymał, choć nie w ścisłej. Uwielbiam patrzeć na jego grę, jak efektownie wygrywa, ale niemal równie uwielbiam obserwować, jak przegrywa z kretesem. Dziś przegrał z Serbem pierwszego seta 1-6. Bez historii? Ależ z historią. I to jaką! Twarz znudzona, jak u studenta o 8 rano w poniedziałek. Gruby, z nadwagą. Trzyma tę rakietę, dynda nią koło nóg. Do piłki nie dobiega, ale leniwie wystawia rękę. Sięgnie, to dobrze, nie sięgnie - też fajnie. Przypomnę, że grał w ćwierćfinale Igrzysk Olimpijskich naprzeciw pierwszej rakiety świata.
Ale, ale... Trzeba pamiętać, że to wybitny tenisista. Raz za czas, leniwie, od niechcenia, zagrywał tak niesamowitą piłkę, że Djoković mógł tylko jęknąć. Choć generalnie od pierwszej wymiany było wiadomo, że Francuz to człapiąca klęska. Ktoś, kto w meczu z Djokoviciem tuż po serwisie, niezależnie od jego siły i precyzji, idzie do siatki, jest skazany na klęskę, ale też na uwielbienie kibiców.
W dobie tenisa w dużej mierze opartego na sile mięśni, w której wielu zawodników stoi za linią i ostrzeliwuje rywala z dystansu, licząc, że przełamie w końcu jego ręce, francuski dziwak, latający do siatki musi budzić konsternację. Mam wrażenie, że gdyby dołożyć do jego umiejętności i stylu gry wolę walki Djokovicia/Nadala/Federera, byłby zagrożeniem dla tej trójki potentatów. A że mu się nie chce, to trochę podynda rakietą, trochę poczłapie, zagra genialną piłkę, trzy razy wystawi przeciwnikowi piłkę tylko po to, by spektakularnie odbić jego smatch i przegra, bo w ten sposób nie da się wygrać. Ale spieszcie się go oglądać. Ma 27 lat, więc prędzej niż później będzie odchodzić. A po Tsondze tenis już nigdy nie będzie tak fajny.