Dopada mnie, gdy tylko skończą 30-kilka lat. Ile dokładnie, jeszcze nie zdiagnozowałem. Gdy mają 20 lat, często ich nie lubię i życzę, żeby poślizgnęli się na skórce od grejpfruta, którą ktoś wrzuci z trybun. Gdy mają 25, stają się mi obojętni. Pięć lat później myślę, że są nawet sympatyczni. A u schyłku kariery, gdy czwarty krzyżyk już mocno wrzyna się im w plecy, oj, wtedy to kibicuje im już najmocniej. Właściwie bez wyjątku. Nagle, nie tak dawno, zacząłem uwielbiać starych mistrzów. Wielkich sportowców wykonujących ostatnie podrygi. Walczących o ostatnie trofeum. Opierających się młodym bezczelnym, którym oczywiście dzisiaj życzę skórki od grejpfruta pod stopami, a za 15 lat będę ich szczerze podziwiał.

REKLAMA
Co jasne, zjawisko zacząłem zauważać po piłkarzach. Kiedyś hierarchia w światowej piłce była jasna. Nikt, kto nie był Holendrem, względnie Abelem Xavierem, Nuno Gomesem, czy Franceso Toldo, nie mógł zasłużyć na moją sympatię. Maksymalnym komplementem, jakim mogłem obdarzyć pozostałych piłkarzy było: „jest mi obojętny”. Wiadomo, wczesne dzieciństwo i początek wrastania nogi w głowę, to etap najbardziej zajadły. Twoi nie wygrywają, to płaczesz i szczerze nienawidzisz tych, którzy z nimi wygrywają. Dopiero potem zaczynają dochodzić takie czynniki jak „obiektywnie, należało im się”, „byli lepsi”, „następnym razem się uda”. Nie, we wczesnej fazie futbolowego zafiksowania, jeśli ktoś wygrywa z twoimi to zawsze kompletnym przypadkiem i bez wyjątków niezasłużenie.
Starych mistrzów teraz jednak podziwiam masowo. A to Raul, do którego nigdy nie żywiłem żadnej sympatii. A to Del Piero. A to Inzaghi. Kiedyś mnie wkurzało, że tylko stoi „na wyżerach”, jak się stało w podstawówce (albo stoi do dzisiaj), a teraz już tęsknie za jego ekonomią ruchów i oszczędnością energii. Nawet do Pirlo złapałem sympatię na Euro 2012. I wcześniej nawet do Beckhama. Czuję, że moja podświadomość spieszy się kochać piłkarzy, których oglądała w pierwszej fazie bzika, bo tak szybko odchodzą. Kiedyś mogłem sobie pozwolić na wybieranie z gromady piłkarzy co lepszych - Kluivertów i Morientesów - teraz trzeba lubić wszystkich, którzy kiedykolwiek biegali z tą dwójką po boisku.
Ale zjawisko jest szersze i rozciąga się poza piłkę. Rogera Federera byłem zawsze zagorzałym przeciwnikiem. Kilka lat temu, w meczu z nim kibicowałbym nawet Antoniemu Macierewiczowi. Irytował mnie tym ciągłym wygrywaniem. Zabijał tenis. Wszyscy grali trzy sety i dłużej a przebrzydły Szwajcar zawsze na końcu wygrywał, nawet jeśli raz na rok miał wakacje i dostawał we French Open bęcki od Nadala. Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie w jednym momencie. Gdy Federer zaczął przegrywać. Nadal ograł go poza Francją, w finale bodaj Wimbledonu, Szwajcar płakał. Zrobiło mi się go żal. Przestał być dla mnie maszyną do rozbijania rywali, a stał się wybitnym sportowcem, który właśnie wszedł na równię pochyłą. Wiadomo było, że jeszcze będzie wielki (kilka lat potem, czyli dzisiaj, znów jest liderem rankingu), ale to już nie to samo. Przestał być skałą, której nikt nie może pokonać. Porażek można się było spodziewać coraz częściej. Byle smród, co wychodził z nim na kort, zaczął sobie wyobrażać, jak by to było wygrać z Federerem. Kiedyś smrody bały się w ogóle coś takiego pomyśleć.
Dlatego strasznie patrzyło się dziś na finał singla. Jednego trofeum mu brakowało. Wszystko inne zdobył. Przecisnął się nawet przez Del Potro, rozgrywając w decydującym secie 36 gemów. Wydawało się, że będzie mógł – jak Phelps – zgarnąć, co jest do zgarnięcia i skończyć karierę. Jak nikt inny zasłużył, żeby wziąć to złoto. Kolejnej szansy mieć nie będzie.
Z jednej strony – obiektywnie, teraz już umiem – wielki szacunek dla Murraya, że tak wielkiego wciąż tenisistę, nie grającego wcale złego meczu, przepuścił jak przez maszynkę do mięsa. A z drugiej strony – już nieobiektywnie - zdemolowanie Federera 6-2, 6-1, 6-4, to objaw kompletnego braku szacunku dla siwych włosów. Nie nauczyli Szkota, że takich rzeczy się nie robi nawet kotu, a co dopiero starszym?